Motto tygodnia: Gwałt, rety, co się dzieje? Prąd drożeje? Nie drożeje.

Dureń w czasach zarazy – fragment pamiętnika

 

Czwartek

Trzy dni do drugiej tury wyborów. Czytam „Dżumę” i marzy mi się epidemia czarnej śmierci, która dotyka tylko pisowców i ich zwolenników. Skacze pchła ze szczura na człowieka, pisowiec, myśli, i kąsa. Albo niepisowiec i nie kąsa. Wkrótce trzydzieści procent Wolaków ma wielkie jak melony węzły chłonne. Martwice, zgorzele, sepsy, wreszcie masowe zgony. A siedemdziesiąt procent? Ludzie różowi jak świnki, czyści, zdrowi, szczęśliwi. Idą na wybory, głosują na różowych, czystych, zdrowych i szczęśliwych. Wolska wolna od PiS-u i morowego powietrza.

 

Piątek

Co, jeśli jednak Majchrowski i Adamowicz przegrają? A wygrają sztywny jak pal Płażyński i wredna jak Ziobro Wassermannówna? Cóż, chyba się pogodzę… Jeżeli jednak w Nowym Sączu wygra żona Mularczyka, to strzelę sobie w łeb ze wstydu.

Zbliża się idiotyczna cisza wyborcza. Ciekawe, co tym razem wymyślą stacje telewizyjne, żeby przykuć zajętą wyborami uwagę widzów? Potwór z jeziora? Pyton? Trump? Czteroletni Kubuś, który wypadł z szóstego piętra i się zabił, biedaczek?

 

Sobota

Ani pyton, ani Kubuś, ani Trump. Odra!

Odra… – myślę i żałuję, że nie dżuma.

Pierwsze ognisko jest już w Pruszkowie, zarazili się rodzice i czworo dzieci. Antyszczepionkowcy jebani i pewnie Ukraińcy. Wołyń pomścimy! Zamknąć skurwysynów w klatkach, polewać wrzątkiem i pokazywać różnicę między cywilizacją chrześcijańską a zaporoską dziczą.

A jednak nie Ukraińcy, chociaż odra prawdopodobnie przez nich zawleczona. Kocham słowo „prawdopodobnie”… Wolacy z krwi i kości, szczepieni, wierzący w Pana Jezusa w Trójcy jedynego prawdziwego, tylko dwoje najmłodszych nie zdążyło się zaszczepić. Taki pech. Tatuś szczepiony, przechodzi odrę jak katar. Mamusia podobnie – kilka krostek na ramionach. Ale achtung! Epidemia niewykluczona. Mus się szczepić.

 

Niedziela

Pinkas, pisowiec o zagadkowo aszkenazyjskim nazwisku, Główny Inspektor Sanitarny, mówi z telewizora, że szczepić się mogą nawet zaszczepieni. Pół dnia szukam książeczki szczepień, lecz znajduję tylko świadectwo ukończenia trzeciej klasy podstawówki, peerelowski paszport służbowy i PIT z dwa tysiące szóstego. Lecę na pogotowie, podwijam rękaw, szczepcie, mówię, wstydu oszczędźcie, na odrę. Patrzą na mnie jak na durnia.

Prywatna klinika, a jakże, otwarta w niedzielę, kapitalizm. Szczepienie na odrę? Proszę bardzo – na odrę, Nysę Łużycką, kiłę, na co pan sobie winszuje. Ukłucie jak ukąszenie komara, bo przecież nie pchły. Czterysta złotych, siedemnaście szczepionka, reszta usługa i VAT.

Jakże szczęśliwy wieczór! Człowiek zaszczepiony, Majchrowski prezydentem Krakowa, Mularczykowa przepadła jak niemieckie reparacje wojenne.

 

Poniedziałek

Chcę skorzystać ze szczepienia, żeby przynajmniej częściowo odbić sobie te cztery stówy. Muszę zarazić się odrą. W tym celu chodzę po ulicach, zaczepiam ludzi i pytam w obcym języku: – Wy z Ukrainy? U was koru?

Za siódmym razem zwijają mnie policjanci, którzy akurat nie przebywają na zwolnieniu lekarskim. Dostaję dwie na plecy i rozkaz: – Spierdalaj!

Spierdalam, włączam telewizor i kogo widzę? Wassermannówna przesłuchuje Tuska. Ona zła, węzły chłonne wyraźnie powiększone, cera jakaś szara, przechodząca w czerń. A on wyluzowany, różowy, czyściutki, zdrowy i szczęśliwy.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.