Motto tygodnia: Nie pozwolą sprawiedliwi i prawi – Duda Falenty nie ułaskawi.

Naga, spojrzała na siebie w lustrze. Krytycznie zmarszczyła czoło, tu widząc zbędne wałeczki, a tam wyraźne rozstępy. Wymusiła uśmiech, który ujawnił nowe zmarszczki. Mogłaby przysiąc, że jeszcze wczoraj ich nie było.

– Och! – zawołała teatralnie.

Jej głos zabrzmiał jak krzyk przekupki zachwalającej pietruszkę na straganie.

– Och! – powtórzyła, podwyższając dźwięk o dwa tony.

Zadowolona z efektu, zrobiła lekki makijaż, zastanawiając się nad tym, co na siebie włożyć. Seksi bielizna – oczywiście! Prosta kretonowa sukienka czy wytworne tiule i jedwabie? Tiule i jedwabie. To przecież rendez-vous, a nie popołudniowa herbatka z koleżankami, których zresztą nie miała.

– Och, och, och! – westchnęła, tym razem zniżając głos do erotycznego staccato.

 

***

Jak zwykle spóźnił się pół godziny. Miał wygnieciony, za duży garnitur, przekrzywiony krawat i niewyczyszczone buty. W rękach trzymał butelkę niewyszukanego cabernet i wiecheć biało-czerwonych goździków, które podał gospodyni łodygami do góry.

– Jakże się cieszę! – zawołała. Zabrzmiało jak: „Najlepsza pietruszka na całym bazarze”.

W odpowiedzi mruknął coś pod nosem.

 

***

Nawet jeśli oszołomiły go świece, śnieżnobiały obrus i starannie rozłożone platery, to nie dał tego po sobie poznać. Gdy siadał przy stole, zauważyła rozwiązane sznurowadło.

– Bucik ci się rozwiązał – powiedziała, zmysłowo oblizując usta. – Czyżby to oznaczało, że jesteś rozwiązłym mężczyzną?

Coś odrzekł, ale niewyraźnie. Półuśmiech na jego twarzy świadczył jednak o tym, że rzeczownik „mężczyzna” sprawił mu przyjemność.

Podała przystawkę i idealnie schłodzone prosecco. Jadł, prawiąc jej banalne komplementy, a wino pił jak wodę. Ona tylko piła.

– A teraz dam ci zu… zupy – rzekła, bardziej wstawiona niż myślała.

– He, he, he…

Nie wiedziała, czy ten śmiech oznacza, że zrozumiał żart.

 

***

On jadł, a ona bawiła go romantyczną rozmową. Tak nią kierowała, żeby temat zszedł na Szekspira.

– Och, Werona… – szepnęła zalotnie. – Ja jestem Julia, a ty?

– Jarek – odparł z pełnymi ustami. – Jak byś nie wiedziała… Co słychać u Wolfganga? Czyli chciałem powiedzieć Andrzeja.

Czar prysł. Miała dwa wyjścia: nadal prowadzić tę żałosną erotyczną grę albo wrócić na ziemię.

– W porządku – odrzekła z żalem. – Mówił, że w Berlinie pogoda jest lepsza niż w Warszawie.

– Gdy Polska osiągnie taki poziom pogody jak Niemcy, to… – nie dokończył, a ona nie okazała zainteresowania.

Potem wszystko potoczyło się jak zwykle. Wytarł usta serwetką, wstał, odbiło mu się, bąknął „przepraszam”, podniósł jej dłoń do swoich ust i poszedł w stronę drzwi.

Chciała jeszcze zapytać, co słychać u kotów, ale ściśnięte gardło nie pozwoliło wydobyć jej ani słowa.

 

***

Patrzyła przez okno, jak ochroniarz otwiera mu drzwi do samochodu. Potem usiadła przy stole, nalała sobie wina, wypiła je duszkiem i powiedziała, starannie akcentując każdy wyraz: – Polska nigdy nie osiągnie takiego poziomu jak Niemcy.

Zabrzmiało jak: „Nie ma już pietruszki”.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.