Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

Związeczki

numer 34/2018

„Mamy rzecz najważniejszą: nasze niezależne, samorządne związki zawodowe” – krzyczał 38 lat temu Wałęsa. Mamy? Nasze?

Osobowość prawną ma ok 20 tys. związków zawodowych różnego szczebla – od zakładowych do ogólnopolskich. Jedna trzecia tego towarzystwa to byty statystyczne, których nie ma komu wykreślić z ewidencji. Dzięki rejestrom wiadomo, że w kraju działa ok. 300 federacji, konfederacji i ich struktur terenowych lub branżowych.

Zdawać by się zatem mogło, że związki to potęga. Gówno prawda. W 1991 r. „uzwiązkowienie” w kraju sięgało 19 procent wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym, w 2000 r. już tylko 9 procent. W latach 2005-07 „uzwiązkowienie” po raz pierwszy sięgnęło 6 procent i mimo kryzysu trzymało się na tym poziomie do zeszłego roku. W tym roku jest mniej niż 5 procent. Ludzie masowo się wypisują.

Tak się bowiem w gospodarce wolnorynkowej składa, że moda na przynależność do związku zawodowego jest odwrotna do cykli koniunkturalnych. Jak rynek żre i wszyscy szukają pracowników, to związki odnotowują gwałtowny ubytek w pogłowiu płacących składki. Jeśli zaś jest kryzys i każdy boi się o utratę miejsca pracy, to dochodzi do masowego wstępowania w szeregi.

Ponieważ bezrobocie w Polsce niemal nie występuje, to ludzie masowo występują ze związków. Głównie z powodu zmiany pracy. I ostatnią rzeczą, na jaką w nowej robocie mają ochotę, jest płacenie składek związkowych. Bo za przynależność trzeba płacić. Za członkostwo w „Solidarności” 0,82 proc., a w Związku Nauczycielstwa Polskiego 1 proc. tego, co się dostaje na rękę. Jeżeli się jest na emeryturze i ma fanaberię bycia – nie wiedzieć, po jaką cholerę – związkowcem, to też trzeba płacić składkę. Niewielką, najczęściej 0,1 proc. emerytury.

Statystyki sprzed czterech lat mówiły o 1,6 miliona związkowców. Nominalnych. Składki odprowadzało 86 procent do tego zobligowanych.

W tym roku szacunki mówią, że przynależnością do organizacji zawodowej może pochwalić się nieco ponad 1,3 miliona osób. Ilu związkowców jest naprawdę, nie da się stwierdzić. To tajemnica najgłębiej strzeżona przez wszystkich, którzy mają dostęp do tych danych. To, czego mogliśmy się od przedstawicieli największych organizacji dowiedzieć, to fakt, że wszystkim spada mniej więcej proporcjonalnie. Z wyjątkiem „Solidarności”. Jej leci bardziej.

Według danych z zeszłego roku, najwięcej pracujących Polaków i Polek – 4,6 procent – należało do związków zrzeszonych w Ogólnopolskim Porozumieniu Związków Zawodowych. 3 procent deklarowało przynależność do NSZZ „Solidarność”. Do bycia reprezentowanym przez Forum Związków Zawodowych przyznawało się 1,3 procent pracowników. Pozostałe 9 procent to związkowcy w związkach niezrzeszonych.

Jeśli zatem potwierdziłyby się doniesienia, że „S” jest uboższa o członkostwo 150 tysięcy osób, to ostatnie akcje propagandowe jej szefa Piotra Dudy jawią się jako chwytanie się brzytwy.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 6 komentarzy

Odpowiedz na „ZK47Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • chciałbym nieśmiało zauważyć, że w cywilizowanych krajach europy opłaca się być związkowcem, bo to związki zawodowe negocjują umowy zbiorowe z tzw. „pracodawcami” oraz pomagają swym członkom i ich rodzinom w trudnych sytuacjach i pracownikom nie opłaca się po prostu nie należeć do związku zawodowego – niezależnie od sytuacji gospodarczej w danym kraju . ale z polskim indywidualizmem, jebałpiesiazmem i jakośtobędzizmem samowolnie wypisujemy się z europejskiej wspólnoty krajów cywilizowanych.

  • chciałbym nieśmiało zauważyć, że w cywilizowanych krajach europy opłaca się być związkowcem, bo to związki zawodowe negocjują umowy zbiorowe z tzw. „pracodawcami” oraz pomagają swym członkom i ich rodzinom w trudnych sytuacjach i pracownikom nie opłaca się po prostu nie należeć do związku zawodowego – niezależnie od sytuacji gospodarczej w danym kraju . ale z polskim indywidualizmem, jebałpiesiazmem i jakośtobędzizmem samowolnie wypisujemy się z europejskiej wspólnoty krajów cywilizowanych.
    niemniej, casus dużych polskich związków zawodowych z ich rozbuchaną biurokracją, pogardą dla zwykłych członków oraz pracowników niezrzeszonych , a także obłędnym trybalizmem i egoizmem branżowym – raczejnie przyczynia sie do traktowania idei uzwiązkowienia, jako przyjaznej zwykłym ludziom.

  • Przez 51 lat płaciłem na tzw. związki czyli rady związkowe złożone z układów koleżeńskich. Oni kontrolowali sami siebie. Np. członek egzekutywy zakładowej PZPR, przewodniczący związków zawodowych w danym zakładzie, kontrolował działanie związków, czyli samego siebie. Gdy zgłaszałem sprzeciw, byłem oportunistą. Mimo to, do dzisiaj, mam zachowaną legitymację partyjną PZPR jako dowód, że nic się nie zmieniło. A może tak. Bo, w tym roku, po wpłaceniu składek związkowych za 2018, dostałem zwrot za II półrocze. A dlaczego ? W marcu skończyłem 75+ i amba ze związkami. Już nie mam obowiązku płacić. A na co szły moje składkowe pieniądze przez ponad pół wieku ?!!!

  • Tygodnik NIE Pana Urbana to jedyny zawierający prawdziwe informacje od wielu lat. Życzę Panu Urbanowi dalszych sukcesów na niwie dziennikarskiej i co najmniej 114 lat życia !!!

  • Ha, ha, ha.
    Lech Wałęsa to był XX wiek. A Solidarność to nie był żaden związek tylko partia chciwa władzy.
    W XXI wieku ludzie są głupsi niż dawniej. Gbyby tak 75% wstąpiło do związku i napisali postulaty o zwiększenie realnej o 20% – kosztem oligarchów – to by dali. Ze strachu żeby nie stracić wszystkiego.