Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Zrób dziecko Jarosławowi

numer 6/2016

Rząd spowoduje spadek sprzedaży prezerwatyw.

A mnie się program „500+” podoba. Głównie dlatego, że wśród efektów, które przyniesie, prawie na pewno nie będzie rozmnożenia bachorów. Może za to mieć niezły wpływ na rynek pracy.

Ile Polak zarabia

Średnie wynagrodzenie w Polsce w zeszłym roku stanowiło, według GUS ponad 4100 brutto, czyli niespełna 3000 zł na rękę. To oczywiście nic nie znaczy; „przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw” uwzględnia firmy zatrudniające powyżej 9 osób (czyli pomija zarówno najmniejszych, najgorzej płacących pracodawców, jak i sektor publiczny) i do tego jest zawyżane przez absurdalne zarobki elity menadżerskiej. Bardziej miarodajne dane pochodzą z raportów publikowanych rzez GUS raz na 2 lata, opartych na analizie 700 tys. miejsc pracy w 30 tysiącach firm. Najnowsza informacja dotyczy niestety roku 2014, ale mówi ona, że dominantą – czyli najczęściej wypłacaną pensją – była kwota 1800 zł netto. Nawet jeśli założyć, że przez ostatni rok wzrosła – powiedzmy o stówę – to i tak tysiak, który rząd obiecuje marnie zarabiającej rodzinie z dwójką dzieci, może mieć pozytywny wpływ na jej postawę wobec pracodawcy. Mając gwarancję dostania tysiąca złotych od państwa, ludzie będą mniej skłonni dać się robić w ciula, zapierdalać za grosze, na śmieciówkach, na czarno. Gwałtownie zmniejszy się liczba zdesperowanych, gotowych podjąć każdą pracę na każdych warunkach. To sprawi, że przedsiębiorcy, którzy dotąd konkurowali na rynku wyzyskiem – jak choćby mój ulubiony Rafał Brzoska, właściciel Inpostu – będą musieli zacząć traktować ludzi przyzwoicie albo biznes im się wypierdoli. To dobra strona projektu „500+”.

Ile Polak płodzi

Zła jest przede wszystkim taka, iż ustawa może zaowocować trwałym wyłączeniem wielu kobiet z rynku pracy. Że rodziny, mające dziś dwoje dzieci i mizerne dochody, postanowią zrobić sobie trzecie i chrzanić kasę w Biedronce. O to zresztą chodzi w tym wysoce ideologicznym projekcie – miejsce kobiet, zdaniem PiS, jest w domu, nawet jeśli firmująca ustawę minister Rafalska zapewnia, że „nikt nie zostawi pracy z powodu 500 zł”. Ale z drugiej strony naprawdę sądzicie, że Polacy zaczną się masowo rozmnażać, bo rząd dał im 5 stów?

Nawet nie dlatego, że – jak twierdzi Nowoczesna – barierami na drodze do rozmnażania są niepewność zatrudnienia, koszt mieszkań czy brak miejsc w przedszkolach i żłobkach (choć miło oczywiście słyszeć wezwania do usztywnienia rynku pracy z ust posłanników biznesu), ale dlatego, że obywatele RP po prostu nie ufają państwu. W sondażu European Social Survey, badającym m.in. zaufanie do polityków, parlamentu i systemu prawnego, Polska nieodmiennie znajduje się na dole tabeli: zaufanie do różnych elementów władzy oceniamy na 2 do 3 – w skali od 1 do 10. W Danii, Finlandii, Szwecji czy Norwegii – krajach, gdzie dość znaczne zasiłki na dzieci skutkują z wysoką, za przeproszeniem, dzietnością (1,75 do 1,9; w Polsce: 1,3) – zaufanie do instytucji i osób sprawujących władzę jest na poziomie 6-7. Gdy państwa skandynawskie – a także inne kraje o rozwiniętym systemie opiekuńczym, jak Francja – mówią obywatelom, że pomogą im w wychowywaniu dzieci, obywatele im wierzą. Gdy mówi to Rzeczpospolita – obywatele, niczym Himilsbach w pamiętnej anegdocie o reżyserze, który kazał mu nauczyć się angielskiego, przewidują, że coś się zmieni (np. władza) i zostaną jak chuj z tym angielskim; czy też, w tym konkretnym przypadku, z tym bachorem. Jeśli rzeczywiście są w Polsce ludzie skłonni robić dzieci za 5 stów miesięcznie – do podjęcia decyzji będą potrzebować gwarancji mocniejszej niż ustawa, którą w każdej chwili można znieść.

Ile Polak rucha

Inna kwestia jest taka, czy Polacy rzeczywiście marzą o tuzinie progenitury. Minister Rafalska, prezentując we wtorek swój projekt, przekonywała, że nie należy odwoływać się do sytuacji Niemiec, gdzie wysokie zasiłki na dzieci wcale nie odbiły się na rozrodzie. Przy wydatkach rzędu 3,1 proc. PKB (średnia OECD to 2,6 proc.) Niemcy mają dzietność niewiele wyższą niż Polska – 1,36 (średnia OECD to 1,74). Nieskuteczność polityki niemieckiej jest wyjątkiem niepodważającym reguły, albowiem Niemcy w sondażach nie deklarują chęci posiadania mnogiego potomstwa, a Polacy owszem – mówiła Rafalska. To prawda, ale kto, na miłość Boga nieistniejącego, wierzy w to, co Polacy deklarują w sondażach?

W kolejnych badaniach 85-95 procent Polaków zapewnia, że szczęście rodzinne jest w ich życiu najwyższą wartością. 55 procent rodaków oświadcza, że pragnie żyć w rodzinie składającej się z rodziców i dzieci, kolejne 29 procent chce mieć dodatkowo na kupie dziadka i babcię. Tylko po 4 procent zwolenników mają małżeństwa i konkubinaty bezdzietne oraz stan zwany obecnie singielstwem. Jedynie trzech Polaków na stu ma odwagę przyznać, że nie chce mieć dzieci; połowa deklaruje, że pragnie dwójki, co czwarty – trójki. 92 procent Polaków, ankietowanych przez CBOS i Centrum Myśli J.P. 2 kilka lat temu, przytaknęło cokolwiek tendencyjnemu pytaniu „Dzisiaj, gdy coraz więcej małżeństw kończy się rozwodem, trwała rodzina powinna pozostać wzorem dla ludzi”. W ciągu ostatniej dekady nabraliśmy zresztą głębokiego obrzydzenia do rozwodów: w roku 2007 akceptowało je 44 procent Polaków, potępiało – 22 procent; 5 lat później stosunek ten wynosił 31:30 na rzecz potępienia. Krótko mówiąc, w sferze deklaracji jesteśmy święci do zajebania.

Nie zmienia to faktu, iż liczba ślubów spada, a rozwodów –przeciwnie; rozpada się już co trzecie małżeństwo. GUS informuje, że

7 milionów Polaków żyje samotnie, z czego połowa to – zdaniem socjologów – single z wyboru: pracujący i nieźle zarabiający mieszkańcy dużych miast, w wieku 25-40, płci obojga, którzy z jasnym czołem przytaczają maksymę o tym, że nie trzeba kupować browaru, żeby napić się piwa.

Według najnowszych badań Centrum Profilaktyki Społecznej zaledwie 8 procent kobiet i 7 procent mężczyzn miało, zgodnie z nauką Kościoła kat, tylko jednego partnera seksualnego – za to 9 procent Polek i Polaków zaliczyło ponad dziesięciu. Do zdrady pucuje się 46 procent mężczyzn i 32 procent kobiet – ale można się zastanawiać nad szczerością tych wyznań, zważywszy, iż 84 procent facetów i 72 procent bab przyznaje, że w ich „bliskim otoczeniu” ktoś komuś przyprawia rogi. I to z powszechną akceptacją: na pytanie „Czy potrafiłbyś wskazać na powody usprawiedliwiające zdradę?” „tak” odpowiada 71 procent mężczyzn i 62 procent kobiet. Na pytanie „Czy uważasz, że kontakty seksualne powinny rozpoczynać się dopiero po zawarciu związku małżeńskiego” – blisko 70 procent odpowiedziało „nie”. Inaczej mówiąc – nazwijcie mnie cynikiem, ale jakoś słabo kupuję zapewnienia o powszechnej tęsknocie za szczęściem małżeńskim i wielorodzicielskim, któremu kłodą na drodze leży tylko brak pięciu stówek.

Co nieco do myślenia daje w tej sprawie także analiza wiekowa odpowiedzi na pytanie „Jak, Pana(i) zdaniem, młodzi ludzie najczęściej przyjmują dziś wiadomość, że urodzi im się dziecko?”. Oczywiście większość jest za „radością” – z tym że radość ta może być powiązania z „obawami” lub „nadzieją” i tak się składa, że „obawy” przeważają (61 do 21 proc.). Jednak 9 procent mówi o rezygnacji, a 1 procent o niechęci, która skłania faceta do porzucenia baby z brzuchem. Ale najciekawsze jest to, że o „radości i nadziei” najczęściej bajdurzą emeryci i renciści, którym szczęście to już nie grozi; o radości z obawami – profesjonaliści w średnim wieku, którzy doświadczenie mają jeszcze świeżo w pamięci; zaś o rezygnacji i niechęci najczęściej wspominają osoby między 18. a 24. rokiem życia, uczniowie i studenci, czyli klienci radością ową na bieżąco zagrożeni. Właśnie ci, którzy – zdaniem rządu – mieliby się rzucić na 500-złotowy dar jak świnia na obierki i chędożyć, chędożyć, chędożyć…

Ilu Polaka w Polsce

To wszystko, generalnie rzecz biorąc, jest dobrą wiadomością: nikt nie wytłumaczył nam jeszcze, na chuj komu 40 milionów Polaków? Bo argument, że „ktoś musi pracować na nasze emerytury” należy do tych krótkowzrocznych: nie przewiduje bowiem odpowiedzi na pytanie, kto będzie pracował na emerytury tych 40 milionów? Następne 60 milionów, które wyprodukują bachory wyprodukowane przez obecne pokolenie? Gdzie oni się pomieszczą? Skąd wziąć dla nich pracę? Tzw. biopojemność Polski – czyli zdolność do odnawiania zasobów, które konsumujemy i absorbowania produkowanych przez nas odpadów – obliczana jest na połowę obecnego zużycia. Czyli

żeby żyć na obecnym poziomie, nie zmierzając do katastrofy, populacja Polaków musiałaby się skurczyć do 19 milionów.

Co odbyłoby się z wielką korzyścią dla Polski i świata.

Oczywiście są też cynicy, którzy twierdzą, że dając po 500 zł na bachora, PiS wcale nie troszczy się o przyrost naturalny i jakość życia rodaków, tylko zwyczajnie umizguje się do wyborców. Zaryzykuję twierdzenie, iż interpretacja ta może być prawdziwa – ale jest też sporą naiwnością ze strony partii rządzącej. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość naprawdę wierzy, że za 4 lata zobowiązany lud pogalopuje do urn, żeby wyrazić wdzięczność – to kompletnie nie rozumie tzw. polskiej duszy. Za 4 lata lud uzna, że 500 zł na dziecko należy mu się jak psu zupa i zawsze się należało. I jakoś nie widzę partii, która w kampanii zapowie zabranie obywatelom tego świadczenia.

Intencjonalnie pomijam w tym wywodzie histerię budżetową, jaką w rozmaitych ekspertach spod znaku Balcerowicza wzbudza koszt projektu. W tej sprawie akurat przyjdzie mi zgodzić się z minister Rafalską: to kwestia priorytetów państwa. Oraz – o czym Rafalska już nie mówi, bo mogłoby zabrzmieć lewacko – światopoglądu gospodarczego, który prawicowy, neoliberalny fetysz zrównoważonego budżetu przeciwstawia keynesowskiej koncepcji ożywiania wzrostu przez wydatki publiczne. Chociaż niewątpliwie byłoby dobrze, gdyby tak znaczne zwiększenie transferu socjalnego wiązało się z cięciem wydatków w innych, niewpływających na rozwój gospodarki dziedzinach, jak choćby absurdalne 2 proc. PKB na armię, czy pół miliarda złotych, które PiS planuje w ciągu najbliższych trzech lat wydać na Fundusz Kościelny.

Wasze komentarze 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Fajnie, że dziennik jest cotygodniowy, bo ciężko się czyta i w dzień sie nie wyrobiłem.

  • W Danii, Finlandii, Szwecji czy Norwegii – krajach, gdzie dość znaczne zasiłki na dzieci skutkują z wysoką, za przeproszeniem, dzietnością (1,75 do 1,9; w Polsce: 1,3)
    czy te dane dotyczą rodowitych białych nie-muzułmańskich rezydentów i obywateli tych państw?

  • Nawet najtańsza k…wa nie sprzeda się za 500 zeta/mies., a patriotyczny, narodowy obywtel owszem :-(. Sugeruję raczej eutanazję, a nie rozmnażanie…