Motto tygodnia: Ecie-pecie, ecie-pecie, profesor Lech Morawski w Oksfordzie plecie.

Żadniacy wychodzą z szafy

numer 46/2016

15 listopada powiedz jednej osobie, że nie wierzysz w boga.

Tak zachęca organizacja Openly Secular. Akcja, firmowana m.in. przez Richarda Dawkinsa i jego Fundację na rzecz Rozumu i Nauki, zrodziła się w Stanach – ale oczywiście przyda się każdemu trapionemu przez zarazę teizmu społeczeństwu. A Polska, niezaskakująco, należy do krajów najbardziej chorych.

Badania Pew Fundation – amerykańskiej organizacji zdecydowanie chrześcijańskiej – wykazują, że niewiara powoli staje się najpopularniejszą wiarą na świecie. Ludzie określani w amerykańskiej nowomowie terminem nones (co można przetłumaczyć na „żadniacy”, osoby niezwiązane z żadną religią) stanowią już 16 procent światowej populacji. Są wśród nich ateiści, agnostycy i posiadacze jakiejś własnej koncepcji supranaturalnej siły sprawczej, nieprzypisani do żadnej zorganizowanej religii. W siedmiu krajach żadniacy są grupą dominującą, w niemal połowie państw świata populacja wyznająca światopogląd żadniacki jest druga co do wielkości.

W Stanach ich liczba wzrosła w ciągu siedmiu lat o prawie 7 procent, a liczba chrześcijan spadła w tym samym czasie o 8 procent. Co oznacza, że żadniacy stanowią obecnie prawie jedną czwartą amerykańskiej populacji i ustępują jedynie kultowi nazywanemu tu „ewangelicyzmem” (co skądinąd oznacza coś innego niż w Europie – to różnego rodzaju nowe, przeważnie prywatne przedsięwzięcia religijne, oparte na mniej lub bardziej indywidualnej interpretacji Biblii), wyprzedzając katolików, wyznawców tradycyjnych odmian protestantyzmu i wszelkie religie niechrześcijańskie. Mimo to – jak wynika z badań tej samej Pew Fundation – ateiści są w oczach swoich rodaków gorszymi Amerykanami.

Sondaż robiony u zarania zakończonej właśnie kampanii prezydenckiej wykazał, że 53 procent Amerykanów byłoby „mniej skłonnych” do głosowania na kandydata, który jest ateistą. Ateizm okazuje się w oczach amerykańskich wyborców największym grzechem z możliwych – znacznie łagodniej traktują np. palaczy marihuany i cudzołożników; zniechęciłoby to, odpowiednio, 22 i 35 procent wyborców.

Jedynie 27 procent Amerykanów odrzuciłoby kandydata tylko dlatego, że jest homoseksualistą. To zdaje się być szczególnie istotnym sygnałem – zważywszy, jak bardzo walka o równouprawnienie niewierzących przypomina kampanie ruchu LGBT.

Od osób uważających się za „tolerancyjnych konserwatystów” nader często słyszymy, że orientacja seksualna „powinna być sprawą prywatną”. Amerykanie, którzy mają akronimy na wszystko, tę filozofię zamykają w haśle DADT – „Don’t ask, don’t tell”, „nie pytaj, nie mów” – w latach 1993-2011 stanowiącym oficjalną politykę amerykańskich sił zbrojnych wobec osób nieheteronormatywnych. Zasada ta była oczywiście znacznym postępem w stosunku do polityki wyrzucania homoseksualistów z armii, obowiązującej od wojny o niepodległość – jednak trudno uznać ją za przejaw rzeczywistego poszanowania praw mniejszości seksualnych, skoro nikt nie zabraniał heteroseksualistom opowiadać o swoich rodzinach i kochankach oraz sławić zalet życia w zgodzie z „prawem naturalnym”. Dopiero zniesienie ustawy „Don’t ask, don’t tell”, które nastąpiło już za czasów prezydenta Obamy, w rzeczywisty sposób wyrównało prawa homo- i heteroseksualistów w siłach zbrojnych USA.

Historia ta jest szczególnie pouczająca, albowiem dotyka istoty walki o prawa osób LGBT: żeby orientacja seksualna rzeczywiście stała się „sprawą prywatną” – najpierw jakaś grupa osób musiała ją uczynić kwestią publiczną. Żeby homoseksualiści przestali być na różne sposoby prześladowani, musieli najpierw uświadomić współobywatelom, że są wśród nich i nie mają powodu, żeby to ukrywać. Droga od skazywania na śmierć, zamykania w więzieniach i przymusowego leczenia do równouprawnienia homoseksualnych małżeństw wiodła właśnie przez kampanię comingoutów.

Podobną drogę – przekonuje od lat Richard Dawkins – muszą przejść niewierzący. Akcja „Powiedz jednej osobie” to kolejny krok w tej kampanii.

W Polsce wydaje się on szczególnie potrzebny. Mimo iż liczba polskich ateistów wzrosła w ciągu dekady 2-krotnie – z 4 do 8 procent według regularnych badań CBOS – gros Polaków zdaje się nie wierzyć w istnienie niewierzących.

Większość z nas musi dość regularnie odpowiadać na inteligentne pytania z gatunku: „Ale naprawdę nie wierzysz? W nic?!”. GUS wspomaga to myślenie, publikując absurdalne dane, mówiące, że w Polsce 92,8 procent ludzi uważa się za katolików, choć inne opracowania tej samej instytucji wskazują, że sam Kościół – a konkretnie Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego – przyznaje się do liczby wiernych (33,4 miliona), stanowiących nie więcej niż 87 procent populacji III RP.

Polacy – według Pew Foundation – są w absolutnej czołówce świata zachodniego, jeśli chodzi o przekonanie, że wiara w boga jest niezbędnym warunkiem moralności: sądzi tak 44 procent obywateli RP; wyprzedzają nas tylko Amerykanie (53 procent) i, nie wiedzieć czemu, Grecy (49 procent). A badania te były robione w 2014 r., czyli zanim prezes Polski ogłosił, że „w Polsce nie ma żadnego systemu wartości, który byłby realnie konkurencyjny dla tego, który głosi Kościół”, toteż „albo ten system wartości podtrzymujemy, albo popadamy w nihilizm”. Dziś jest oczywiście jeszcze gorzej niż przed rokiem: żaden „bezpartyjny fachowiec”, chcący funkcjonować w jakimkolwiek urzędzie czy przedsiębiorstwie, pozostającym w nomenklaturze PiS, nie przyznaje się do ateizmu; wielu pokornie zapierdala na msze i wykonuje rytualne gesty o znaczeniu magicznym, byle tylko nie stracić środków do życia.

Toteż nie namawiamy do ogłaszania swojej niewiary na murach albo Facebooku, który stał się ostatnio nader częstym źródłem zwolnień z art 52.

Ale jednej osobie moglibyście powiedzieć. Po co? Żeby żyło się lepiej. Wszystkim.

Wasze komentarze 10 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • W Polsce proponuję akcję: Zjedz w piątek schabowego.
    Można by z tego zrobić nawet tradycję.

    • Nie wydaje mi się, żeby Polacy specjalnie powstrzymywali się od jedzenia mięsa w piątek, akcja niczego nie wykaże, nie udowodni, nie zmieni.
      A ja mięsa nie jem wcale i nie wierzę w nic, naprawdę w nic.

    • No tak w koncu przy panstwowym korycie pieknie tucza sie wszelkiej masci swinie. Pytanie tylko, czy zawarty w nich jad nie zabije przecietnego schabozercy?

      • Raczej nie zabije, w ogromnej swej masie są to świnie małokorytkowe-jednokadencyjne i powodują głównie zatrucia stosunków międzyludzkich. Groźniejsze są wieprze kilkukadencyjne, te są jadowite – potrafią jedną decyzją zabić cały pion w przedsiębiorstwie.

  • Ja zwyczajnie nie kumam, po co Polsce ten kościół, skoro Polska nic od niego nie dostaje, a wręcz przeciwnie – przeznacza na niego pieniądze (które mogłyby pójść na pilniejsze cele). Ludzie obudźcie się i przestańcie bezmyślnie podążać za resztą jak baranki.

  • Na rany Chrystusa Króla, co ja wyczytuję za herezje. Akysz szatanie!

  • Mówię jednej osobie (konkretnie AWŁ): Wierzę w Boga. Może być?

  • schabowy w piatek na przekor – odpada, jestem weganinem. Wolalem dac odpor rodzince i nie ochrzcic swoich dzieci, samemu dokonalem apostazji (nie jest istotne czy to konczy sprawe czy nie z wypisywaniem sie kk – spory trwaja a panstwo polskie nie pomaga w tej kwestii). Coz, jedynie co moge realnie zrobic to przekazanie wiedzy z zakresu religioznawstwa, pokazac, ze fizyka, chemia, biologia i inne nauki nie po drodze maja z wiara w starszego goska z dluga siwa broda, siedzacego na chmurce i np. sledzacego wszystkie lajki na fb

  • Moim zdaniem, nawet na wsi jest duży odsetek faktycznie niewierzących, bo wkurwienie na „sługi pana B.” jest coraz bardziej widoczne. Problem polega na chęci przyznania się do tego faktu. Gdyby istniała jasna procedura wypisania się, to prawdopodobniej poszłaby lawina w szczególności, gdyby wprowadzony został specjalny podatek.

  • „…niewiara powoli staje się najpopularniejszą wiarą…” – to wbrew pozorom wcale nie żartobliwy oksymoron (czy jak mu tam). To celny a zwarty opis.