Motto tygodnia: Czapki z głów i w górę kiecki – będzie rządził Morawiecki.

Wycieczka w głąb Wałęsy

numer 41/2017

Uczciwie powiedziawszy, przyczyny, dla których tegoroczny zdobywca nagrody Nike, Cezary Łazarewicz wraz ze zdecydowanie nietegorocznym Andrzejem Boberem postanowili zrobić wywiad-rzekę z Lechem Wałęsą, wydają się trudne do ogarnięcia. Przecież nie trzeba profetycznych talentów, żeby przewidzieć, że postawienie mikrofonu przed Wałęsą nie tylko nie pomoże mu, ale wręcz przeciwnie – stanie się przyczynkiem do jeszcze głębszego zakopania „wodza”.

 

Cienki Bolek

Szczególnie zabawny przykład dotyczy genezy „Bolka”: na początku książki dowiadujemy się, że „Bolek” wziął się od nazwy „aparatu do podsłuchu”, z którego SB pozyskiwała wszelkie informacje, przypisane później  osobowemu źródłu informacji o takim właśnie pseudonimie – podczas gdy pod koniec czytamy, że chodziło o powiedzenie „cienki Bolek”, którym jakoby działacze opozycji „nazywali każdego, kogo podejrzewali o kablowanie”.

I żeby chociaż to rozpaczliwe przebieranie łapami budziło jakiś rodzaj współczucia – niestety, megalomania Wałęsy utrudnia sympatię. Zawziętość, z jaką Wałęsa mówi źle o wszystkich – także tych, którzy stoją po jego stronie – znamionuje niewątpliwie człowieka dotkniętego głębokim poczuciem osamotnienia, ale jest także także cokolwiek paskudna.

 

Józek wystawia Lecha

Z kolei słynny atak na Kwaśniewskiego – będący ponoć powodem, dla którego z promowania książki wycofała się „Gazeta Wyborcza” – jest kompletnie kuriozalny. Pełna żalu opowieść  o tym, że tzw. „afera Olina”, czyli prowokacja wymierzona w Oleksego, miała skłonić go, aby „sypnął Kwaśniewskiego”, ale Józek Wałęsę „zrobił  w konia”, bo najpierw zasugerował, że to świeżo wybrany prezydent jest „na pasku Rosjan”, a potem się z tego wycofał i biedny Wódz wraz z Milczanowskim i całą ekipą prowokatorów „zostali na lodzie” – jest oczywiście zupełnie absurdalna. Choćby w kontekście służalczości Kwaśniewskiego wobec USA. Jest też w istocie rzeczy niezwykłym w swej otwartości lamentem szantażysty nad nielojalnością ofiary szantażu. To linia obrony bardzo charakterystyczna dla całego Wałęsowego  myślenia o świecie.

 

Złe krzesła

Jeśli książka Bobera i Łazarkiewicza wnosi coś ciekawego do rozumienia Lecha Wałęsy – to ma to wymiar przede wszystkim psychologiczny. Otóż, przy całym Wałęsowym egotyzmie, nader trafnie opisanym w tytule pierwszego rozdziału książki – „Ja, ja, ja” – jest on człowiekiem, który niezależnie od wody sodowej, jakiej nalała mu do głowy oszałamiająca światowa kariera – w istocie rzeczy uważa, że nic od niego nie zależy.

Teoria poczucia umiejscowienia kontroli, opracowana w połowie zeszłego wieku przez  Juliana Rottera i kreatywnie rozwinięta przez kolejne pokolenia psychologów społecznych, mówi mniej więcej tyle, iż to, czy przyczyn naszych porażek i sukcesów szukamy w sobie, czy w świecie zewnętrznym, nie jest wynikiem rozumowej oceny, tylko cechą osobowości.

Wałęsa tak naprawdę źródła swojego losu widzi poza sobą. To widać np. w opowieści o tym, dlaczego w końcu nie został szefem komitetu strajkowego w Stoczni w 1970 roku: „Miałem na to ochotę, ale usiadłem na złym krześle”. Krzesło spowodowało, że przyszły przywódca robotniczy nie mógł zabrać głosu, albowiem „dyrektor stoczni zawinął mu kufajkę za krzesło i nie mógł wstać”.

Owa instynktowna skłonność do przypisywania siły sprawczej wszystkim, poza sobą samym,  dotyczy w zasadzie wszystkich działań Wałęsy. Od banalnych życiowych wyborów, do udziału w tworzeniu historii.

Podstawówka, w której się obijał? „Myślę że przeszkodziło mi to, że byłem zdolny. Przez to przestałem się uczyć. Gdybym miał ojca, to by mnie przypilnował i rozwinął moje zdolności”.

Technikum, do którego nie poszedł? „Przed zakończeniem szkoły dano nam zastrzyki przeciw durowi czy żółtaczce, i pięciu pierwszych zachorowało na tę chorobę. Byłem w tej piątce. Stąd słabe świadectwo”.

Małżeństwo? „To było na trasie ze stoczni i gdy wracałem z pracy, występowałem do jej kiosku. Przeznaczenie rozkraczone na drodze”.

Hobby? „Byłem bardzo sprytny, miałem refleks, ale mam za krótkie nogi i nie mogę biegać za piłką”.

 

Wszyscy inni poza nim

Tak samo wódz solidarnościowej rewolucji widzi całą swą polityczną działalność. To prawda, przeskoczył przez płot, dał Polakom wolność i rozwiązał Związek Radziecki – ale jeśli idzie o szczegóły, to już tak wiele nie miał do powiedzenia.

Po grudniu 70. na przykład nie działał, bo „dali mu mieszkanie w bloku na Stogach. To było chytre. Nikogo tam nie znałem, daleko było do centrum, nic nie mogłem zrobić”.

W sierpniu 80 zaczął działać, bo Borusewicz podjął decyzję, że to on zostanie przywódcą strajku w Stoczni. „Zgodziłem się, ale mi nie pasowało”.

Potem stanął na czele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego: „Wszyscy na kolanach mnie prosili: Człowieku! Tylko ty możesz! Nikt inny! I mnie uprosili”.

Heroiczna historia Wałęsowego internowania także pełna jest cudzego sprawstwa. Albo obaw przed nim.

„Bałem się, że mnie cholera, odłączą od związku. Wszyscy pójdą siedzieć, a mnie zostawią” – opowiada o źródłach swojej radykalizacji z ostatnich dni prze stanem wojennym, owego pamiętnego wystąpienia o „targaniu po szczękach” – „Wolałem iść siedzieć ze związkiem”.

A w pierdlu, jak to w pierdu, panie. Bezwolność.

Że pił z bezpieczniakami? „Przychodzili do mnie przecież z alkoholem. I to nie ja piłem, tylko oni. Przychodzili do mnie, żebym zgodził się im towarzyszyć, bo mają jakieś urodziny czy imieniny”.

Że nie uciekł z Arłamowa? „Dowiedziałem się, że wokół jest mnóstwo zlikwidowanych wiosek, porastających trawą, przysypanych śniegiem, gdzie można łatwo wpaść do starej studni. A jak się wpadnie, to się nie wyjdzie”.

A wcześniej, z Otwocka? „Miałem zejść po piorunochronie w czasie nocnej zmiany warty. A potem przez fosę. Obawa była, czy lód na fosie wytrzyma”.

Nawet kontakt ze światem w internowaniu złośliwie odebrał wodzowi los: „Przemycili mi małe radyjko ze słuchawką, na którym słuchałem Wolnej Europy. Miałem pecha, wpadło kiedyś w łazience do wody i się popsuło”.

Także, uwaga, spotkania z naszym Wielkim Rodakiem, Świętym Ojcem Świętym nie były w pełni dobrowolne: „Nasze spotkania były ważne politycznie, bo gdybym się z nim nie spotkał, znaczyłoby, że się pokłóciliśmy. Były to więc nawet spotkania bardziej wymuszone”. Podobnie zresztą jak Matka Boska w klapie: „Nagle wyrywa się jakaś kobieta, rozpycha wszystkich i zakłada mi ten znaczek na szyję. Byłem zaskoczony, ale ochrona ją dopuściła, kamery filmowały, to co miałem powiedzieć?”…

I na tym się oczywiście manipulacje losu nie kończą.

 

Biedny jak Wałęsa

Kiedy przyszła wolność, postanowił zaufać inteligentom. A oni go w konia zrobili. „Myślałem, że nasi intelektualiści mają w szufladach rozwiązania, że mają wszystko przemyślane. Jak nadejdzie wolność, to oni wyjmą te swoje pomysły z szuflad i zaczną realizować. Okazało się, że nic nie było”.

No i potem oczywiście nie chciał, ale musiał: „Uwierzcie mi. Naprawdę nie chciałem tego. Nie chciałem być prezydentem. Ale jak popatrzyłem na całą tę warszawkę, to mówię: nie mam wyboru”.

Po wyborczym zdruzgotaniu Mazowieckiego i jego koncepcji reform, Wałęsa postawił na jeszcze bardziej liberalnych prywatyzatorów od Jana Krzysztofa Bieleckiego. Ale tak właściwie to nie on: „Bardziej żona, niż ja. Trzeba mi było premiera, to ona mi go wskazała. Ja go wcześniej nie znałem”.

Także inne jego niezbyt szczęśliwe prezydenckie aktywności nie były jego inicjatywą. Ułaskawienie gangstera Słowika?  „Skąd miałem znać tych wszystkich ludzi? Sprawdzałem, kto się wcześniej pod takim wnioskiem o ułaskawienie podpisał. Zawsze zwracałem uwagę, ile było tam  księży. U Słowika kilku się podpisało”. Bezpartyjny Blok Wspierania Reform i jego kompletna klęska? „Moje otoczenie to wymyśliło”. Zwycięstwo SLD w 93 roku? „To nie była moja wina.  Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. Puściłem wam na nogę 100 kilo złota, a wy macie pretensje bo nie utrzymaliście”. Przegrana z Kwaśniewskim w 95? „Oni mówili: przecież my od Rosji jesteśmy uzależnieni. Wałęsie Rosja nie pomoże za cholerę, a Kwaśniewskiemu tak”…

Z niezwykłą w dzisiejszych czasach  odwagą wyznaje, iż słynne zabójstwa – ks. Popiełuszki, czy działacza WZZ Tadeusza Szczepańskiego, wyłowionego bez nóg z Motławy – były w jego opinii efektem nieszczęśliwych wypadków: „trochę wypił, chcieli go postraszyć albo mu przyleć, uciekał, ktoś podstawił mu nogę, trzasnął głową o krawężnik, padł martwy”.

 

W zaparte

Wewnętrzne poczucie umiejscowienia kontroli przynosi ludziom przekonanie że to, co im się przydarza, to efekt ich zachowań i decyzji, że ich wysiłki przynoszą sukcesy, a źródłem porażki są ich zaniedbania. Mają wyższą samoocenę, wierzą w swoje możliwości, mają stabilne poczucie bezpieczeństwa, wyższy poziom aspiracji i samoakceptacji. Locus zewnętrzny przynosi przekonanie, że świat (los, bóg, ludzkość) daje i odbiera, a ja jestem w tym wszystkim ofiarą. Stąd niepowodzenia u internalistów wywołują poczucie winy, zaś u eksternalistów – poczucie krzywdy. Kiedy zrozumiemy tę zależność, łatwiej pojąć, dlaczego – zamiast wziąć na klatę grzechy lat 70., rozbroić amunicję wrogów i spokojnie pławić się w chwale historycznych wyczynów lat 80. – Wałęsa idzie tępo w zaparte, skutecznie uniemożliwiając obronę nawet swoim największym zwolennikom.

 

AWŁ

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.