Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Wali się polski koń

numer

Żeby Rzeczpospolita urosła w siłę, potrzebuje reproduktorów o prawdziwie polskich korzeniach.

Ułańską fantazję mamy w genach, wszak Lach bez konia jest jak ciało bez duszy, Kasztanka Piłsudskiego tańczyła walca na bolszewickich trupach, a gdy padła i ją wypchano, zjawiła się na pogrzebie marszałka, by wyrazić ból i cierpienie. Nie ma co kryć: jeśli koń ma narodowość, jest Polakiem, a jeśli Polak jest zwierzęciem, to koniowatym. Polsko-końska miłość jest powszechnie doceniana, o czym publice szczególnie głośno przypomina się z okazji aukcji organizowanych w Janowie Podlaskim, informując o milionerach przybywających z dalekich zakątków globu , aby za górę szmalu nabyć wyhodowanego w Polsce konika. Kupują u nas i za tyle, bo poza narodem wybranym żadna nacja nie potrafi wyprodukować zwinniejszych i przemyślniejszych arabów, choć historia najnowsza dowodzi, że nie zawsze są to zalety.

Tyle bullshitów. Poważnie to w końskiej branży bieda aż piszczy, stada i stadniny należące do skarbu państwa drąży choroba znana jako syf polski, a ssaki, którym zawdzięczamy pokonanie Szwedów pod Kircholmem i zatrzymanie bolszewickiej zarazy, chętnie wiedziemy do rzeźni.

W słynącej z miłości do koni Polsce trwa debata nad tym, czy są to zwierzęta gospodarskie, czy towarzyszące. Różnica jest taka, że pierwsze można ubić i zjeść, a drugie tylko głaskać.

Na razie Equus caballus może legalnie znaleźć się w polskim menu. Konina z powodu jej zasług dla ojczyzny na biało-czerwone stoły trafia jednak rzadko, za to w Belgii czy we Włoszech to przysmak i tam ją eksportujemy. Co roku szlachtuje się w Najjaśniejszej ponad 30 tys. koni, a 20 tys. wysyła za granicę żywcem, żeby tchórzliwi Włosi i protestanccy Belgowie napchali trzewia naszym dobrem narodowym. To źródło dochodów dla około 200 tysięcy mieszkańców wsi i dowód, że nawet pieniądze z konia nie śmierdzą.

Co ciekawe, Polski Związek Hodowców Koni jest za statusem zwierząt gospodarskich, czyli pragnie, by konie można było konsumować. „Każde z 40 tys. gospodarstw rolnych w Polsce z produkcji koniny uzyskuje średnio przychód w wysokości ponad 5 tys. zł, co daje roczny przychód w wysokości ponad 200 mln zł. Kto i z jakich środków utratę takich przychodów zrekompensuje, jeżeli nastąpi zmiana kwalifikacji koni? I czy na jednym gatunku te wrogie działania się zakończą? Może inne gatunki zwierząt gospodarskich też powinny zmienić kwalifikację. Ażeby rozszerzyć paletę jadanych w kraju mięs, uznano za zwierzęta gospodarskie daniele w fermowej hodowli, również strusie stały się zwierzętami przeznaczonymi do konsumpcji. Skąd takim razie pomysł, żeby innym zabronić jadania koniny?” – pyta PZHK.

MACIEJ MIKOŁAJCZYK

całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.