Motto tygodnia: Czy to przejaw bałaganu, szczyt o Iranie bez Iranu?

Autor
Michał Marszał

Walentynki Andrzeja Dudy

numer 6/2019

Podróż ku źródłom miłości do prezydenta.

Jolanta Rosiek, dwudziestokilkulatka spod Łososiny Dolnej, województwo małopolskie, powiat Nowy Sącz, od prawie trzech lat cierpi niewyobrażalne wręcz katusze. Nie ma odcisków ani raka, nie wzięła chwilówki na 6000 proc., a jej telewizor odbiera więcej kanałów niż tylko TVP Info. Przyczyną jej mąk jest tęsknota za ukochanym, którym jest nie byle kto, bo sam najważniejszy obywatel Rzeczypospolitej – prezydent Andrzej Duda.

Żale pani Jolanta wylewa w mediach społecznościowych, gdzie jej emocje – jak to w wielkiej miłości bywa – wahają się od uwielbienia i zachwytu po obrzydzenie i nienawiść.

Jednego dnia jest więc w stanie napisać publicznie: „Skarbie mój, Andrzejku. Nigdy nie zapomnę jak kiedyś, gdy tylko miałeś chwilkę, to rozmawialiśmy o wszystkim”, by drugiego stwierdzić „takiego obłudnika i fałszywego człowieka jeszcze nie znałam”.

Rano potrafi oznajmić: „Kochanie, dajesz mi siłę na to by móc walczyć o prawdę, dla Ciebie, dla Nas. Tulę mocno Cię, i całuje!”, a wieczorem: „Męcz się męcz człowieku, udawaj kolejne lata. Nie chce Cię już znać, bez względu na wszystko i wszystkich”.

Jako że zbliżają się Walentynki, a sam również byłem kiedyś zakochany (wtedy dałbym sobie za nią rękę uciąć – i bym teraz, kurwa, pisał artykuły jedną ręką), postanowiłem pomóc pani Joli, odnaleźć ją i połączyć z Andrzejem Dudą na zawsze.

 

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest

Ustalenie miejsca pobytu domniemanej kochanki prezydenta, ma się rozumieć, nie jest rzeczą łatwą. Szczególnie gdy ta propozycję przyjazdu i wysłuchania jej historii kwituje słowami: „Myślą, że jestem taka głupia i mi zamydlą oczy jakimś tygodnikiem Urbana, co to mało kto czyta. I jeszcze zrobią ze mnie później taką co do »lewicy« poszła się żalić, jakąś lewaczkę czy coś. Tak mnie nie uciszą. O nie!!! Nie nabiorę się na takie coś!”.

Początkowo myślałem, że będę musiał szukać jej po całej Polsce, liczącej – bagatela – 20 milionów kobiet, ale na szczęście przy wnikliwym przetrzepywaniu miłosnych apeli, które Jolanta Rosiek nadawała w formie wideo przez internet, dopatrzyłem się nazwy „Łososina Dolna”. To licząca 11 tysięcy mieszkańców gmina, w której Andrzej Duda otrzymał w wyborach prezydenckich 90 proc. głosów. Prawo i Sprawiedliwość obiecało wtedy, że uradowany tak wyjątkowym w skali kraju wynikiem prezydent gminę wkrótce odwiedzi, ale, jak to z obietnicami PiS bywa, gówno z tego wyszło.

Nie licząc na inne namiary, wsiadłem więc w samochód, przejechałem 400 km i zaparkowałem przed Urzędem Gminy w Łososinie. Tam z miejsca posłano mnie do pokoju opieki społecznej. Nie ze względu na mój wygląd po ponad 5-godzinnej podróży, ale z uwagi na fakt, że pracujące tam 4 urzędniczki wiedzą podobno wszystko o wszystkich w gminie.

– Kojarzą panie może Jolantę Rosiek? To wedle moich ustaleń mieszkanka Łososiny – wyciągnąłem w ich stronę zdjęcie.

– Nie kojarzymy – kręciły nosami.

– Twierdzi, że ma romans z prezydentem.

– Z kim?!

– Z Andrzejem Dudą.

– Ehehehehehe! – Salę spowił gromki śmiech.

Gdy po wyjściu przeczytałem plakietkę, z której wynikało, że najgłośniej zaśmiewała się urzędniczka o nazwisku Rosiek, ponownie otworzyłem drzwi i zapytałem, czy na pewno nie ma ze sprawą nic wspólnego.

– Rośków tu u nas jak psów! Nie mam. Nie znam. A szkoda… – rechotała. – Bardzo dobry żart, niech pan zaraz idzie z nim do kierownika.

Kierownik gminnego ośrodka pomocy społecznej pani Joli również nie kojarzył. I sądząc po reakcji na zdjęcie, w awanse Dudy do niej niespecjalnie wierzył.

Podobna reakcja spotkała mnie na poczcie, w bibliotece i w supermarkecie. Dopiero w okazałym Centrum Kultury i Promocji Gminy Łososina Dolna (a pani Jola wszak gminę promuje) młoda kobieta skojarzyła osobę ze zdjęcia i kazała szukać jej w oddalonej o kilka kilometrów niewielkiej wiosce.

Na odchodnym postanowiłem jeszcze zajrzeć do budynku NFZ, gdzie – co prawda z pominięciem RODO, ale za to dużą troską – poinformowano mnie, iż pani Jola w wąskich kręgach Łososiny znana jest z problemów natury mentalnej. I że pisać o osobie cierpiącej, a już szczególnie w prześmiewczy sposób, zwyczajnie nie wypada.

 

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku

Przez ponad 10 lat pracy w „NIE” koło nosa w ten sposób przechodziły mi już dziesiątki wspaniałych tematów – ot, choćby historia człowieka, który na wszystkie świętości zaklinał się, że jest synem ojca Tadeusza Rydzyka, ale o tatusiu opowie dopiero, gdy przyjadę do niego do Świętokrzyskiego Centrum Psychiatrii w Morawicy.

Jako wyznawca starej dziennikarskiej szkoły, w myśl której z osób chorych naśmiewać się nie wolno, postanowiłem odpuścić opisywanie historii i zacząć wymyślać ściemę, jaką sprzedam Urbanowi, gdy zapyta, gdzie podział się mój tekst na ten tydzień.

Ale skoro miałem już nazwę wsi pani Jolanty, a ta liczyła ponoć tylko kilkanaście domów, w drodze powrotnej postanowiłem opowiedzieć o wszystkim jej rodzicom, aby przynajmniej odcięli córkę od internetu.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.