Motto tygodnia: Opozycja podzielona, a Kaczor ze śmiechu kona.

Autor
Michał Marszał

W obronie Misiewicza

numer 27/2019

Gehenna przydupasa Macierewicza.

Jak wiadomo, Bartłomiej Misiewicz, 29-letni były asystent Antoniego Macierewicza, po pięciu miesiącach odsiadki opuścił areszt śledczy w Tarnowie. I jeśli są jeszcze w kraju jakieś interesujące sprawy dla Rzecznika Praw Obywatelskich, jest nią także to, co przeżywa – i piszę to bez ironii – ten skrzywdzony młody człowiek.

 

Hej, dziewczyno

Od kiedy istnieje polityka, ważnym ludziom potrzebne były przydupasy, które i polecą po flaszkę do sklepu, i odpiszą na korespondencję, spuszczą nieproszonego gościa ze schodów lub pojadą nocą na drugi koniec kraju, bo tego wymaga, ma się rozumieć, ojczyzna. Misiewicz był właśnie takim człowiekiem. Współpracę z Macierewiczem podjął w 2007 r., gdy zaczął pełnić funkcję jego społecznego współpracownika, co znajduje potwierdzenie w sejmowych archiwach. Czyli już jako 17-latek, to jest w wieku, gdy ja np. pasjami leżałem na kanapie.

Różne więc rzeczy można było o Misiewiczu pisać, gdy w 2015 r. pojawił się publicznie jako prawa ręka już nie posła, lecz ministra obrony narodowej, ale nie to, że nie miał w pomagierowaniu doświadczenia. Przez 8 lat biegał za Antonim za gratis.

I tu dochodzimy do pierwszego źródła kłopotów Misiewicza. Gdyby szefem gabinetu politycznego Macierewicza został 60-letni pan z brodą albo siwiejąca kobieta, zapewne nikt nie ważyłby się kwestionować ich kompetencji, do tej funkcji nie bardzo zresztą wiadomych. Takich asów robiących wszystko i nic mamy w kraju na pęczki – od Kancelarii Prezesa Rady Ministrów po gminne wodociągi. Każda władza obsadza nimi stanowiska, zwykle bezszelestnie. W przypadku Misiewicza było inaczej.

Zjawisko zwane adultyzmem, czyli dyskryminacją ze względu na młody wiek, bierze się stąd, że od zarania cywilizacji w powszechnym mniemaniu stary ma zawsze rację. Co nieco od czasów jaskiniowych na szczęście się jednak zmieniło.

Podobną historię, tyle że w 2012 r., przeżył mój kolega z gimnazjalnej ławki. 2 lata po ukończeniu z wyróżnieniem prawa na Uniwersytecie Warszawskim i pracy w dwóch renomowanych zagranicznych kancelariach postanowił – na co jako znajomi pukaliśmy się w głowę – za 3 razy mniejszą stawkę zostać asystentem ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Od rana do nocy dymał jako przynieś, wynieś, pozamiataj, aż na warsztat wziął go „Super Express”, a za nim telewizja. Po serii publikacji, w tym okładkowych, wyrażających oburzenie, że przez 26-latka służba zdrowia leży, emeryci nie mogą wykupić recept, a wynagrodzenie winowajcy może wynosić nawet oszałamiające 3200 zł brutto miesięcznie, kumpel szybko wyleczył się z miłości do ojczyzny i wrócił w prywatę, gdzie dziś kasuje piękne pieniądze. A te same media zapraszają go chętnie na wywiady już jako wybitnego specjalistę od prawa zdrowotnego.

 

Spójrz na misia

Drugą przyczyną kłopotów Misiewicza, co do której nie mam wątpliwości, jest – przepraszam za wyrażenie – jego morda. Gdyby był przystojnym okularnikiem o wrażliwym spojrzeniu, być może społeczeństwo wybaczyłoby mu jeszcze młody wiek. No ale wyglądał jak na typowego przedstawiciela rasy słowiańskiej przystało: przytyty, z włosami na jeża, twarzą szkolnego siłacza, garniturem jak po ojcu i lakierkami kierowcy autobusu.

Słowem: był karykaturalnym nikim. Jeśli obiekt kpin z urzędników miałby jakoś wyglądać, to właśnie tak.

Bez powoływania się na badania naukowe, które objawiają, że ludzie atrakcyjni fizycznie dostają lepszą pracę, są uważani za bardziej kompetentnych, a nawet dostają w sądach niższe wyroki, wiadomo było, że Misiewicz wygląda na kogoś, kto gówno wie i tylko przyszedł się nachapać.

Warto podkreślić, że wbrew powszechnym w polityce zwyczajom asystent Macierewicza nie był członkiem żadnej wpływowej politycznej rodziny. Nie jest potomkiem historyka IPN Jana Żaryna, którego syn jest rzecznikiem koordynatora służb, synem Julii Przyłębskiej, której pociecha robi w banku PeKaO, ani żoną Zbigniewa Ziobry, która dyrektoruje w spółce zależnej od PZU. Fuchę Misiewicz sobie po prostu wypracował.

 

On przypomni

Trzecią – po wieku i facjacie – przyczyną kłopotów Misiewicza był bez wątpienia jego polityczny protektor. Gdy 17-letni Bartłomiej podejmował współpracę z Macierewiczem, ten był skompromitowanym byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, z przerwą w posłowaniu, który nawet formalnie nie należał do PiS. Antoni funkcjonowałby w najlepsze jako radiomaryjna nisza opozycji, gdyby nie szczęśliwa dlań katastrofa smoleńska, która wyciągnęła go z niebytu.

Snując coraz większe bajania o wybuchach, puszkach i parówkach, Macierewicz stawał się niewiarygodny nie tylko dla zwolenników opozycji, ale nawet dla części elektoratu prawicy. W ostatnich latach w badaniach poziomu zaufania polityk ten regularnie zajmuje ostatnie lokaty, osiągając niechęć nawet na poziomie 75 procent badanych. Nic dziwnego więc, że Kaczyński regularnie chowa go do szafy.

 

Całość na łamach

 

 

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Dziwi mnie pan Marszał. niby doświadczony a na takie coś go było stać. Misio jest niewinny , wiadomo było od początku, nie zrobił nic za co obiektywny niezależny sąd mógłby mu dołożyć. Aresztowali go PiSowcy w ramach pokazu jacy to są bezwzględni w walce z korupcją u siebie, Misio wiedział pewnie od początku kiedy wyjdzie , dęta sprawa ukrywająca resztę tego zgniłego towarzycha.

  • Dorosly czlowiek, panie dziennikarzu, nawet jesli nie dziala w obrebie swoich kompetencji – ma to zyciowe doswiadczenie, ze szybciej lapie i szybciej sie przeorientowuje na inne obszary, niz mlokos, ktory uczy sie dopiero zycia w kazdej dziedzinie. Czy pan byl madzrejszy w wieku 20 lat, czy obecnie? Nie jestem tego pewien, czytajac pana artykul…