Motto tygodnia: Gdy Szydło słyszy spicz Junckera, czuje się jak jasna cholera.

VAT im stanie po braveranie

numer 32/2016

Od zdrowego Polaka, dla PiS-u ważniejszy jest Polak kupujący DX2 w srebrnej tubie.

Polacy są narodem wybranym przynajmniej do jednego. Aby napełniać kieszenie wszystkim, którzy produkują cokolwiek mającego rozwiązać mu problemy z trawieniem, wagą, snem, zbyt małymi piersiami, potliwością, potencją, koncentracją w trakcie sesji egzaminacyjnej lub zakwaszonym organizmem.

Oczywiście z paleniem papierosów, siwizną i łysieniem również, nie wspominając o niekontrolowanych wyciekach z pochwy. Na wszystko jest jakiś specyfik. A nawet na więcej.

Zakwaszony umysł

Reklamy wmawiają ludziom schorzenia, o jakich współczesna medycyna nie ma pojęcia. I – rzecz jasna – oferują do ich zwalczenia określony preparat. Najlepszym tego przykładem jest wspomniane już zakwaszenie. Gastrolodzy i dietetycy, gdy o tym słyszą, duszą się ze śmiechu. I są wkurwieni. Na nic jednak ich wyjaśnienia, że organizm sam produkuje kwas solny. Po to, by w żołądku mogło się rozpocząć trawienie. Ten sam organizm jednocześnie sam w sobie, a właściwie w trzustce wytwarza silną zasadę, czyli sok trzustkowy. Nie ma zatem możliwości, aby równowaga kwasowo-zasadowa była w organizmie naruszona w sposób trwały. No, chyba że ktoś ląduje w kadzi z kwasem siarkowym czy palonym wapnem.

Każdy z nas – osesków nie wyłączając – wpierdala rocznie zawartość 21 opakowań „leków” bez recepty (w branżowej terminologii zwanych OTC) oraz suplementów diety. Wydajemy na to ponad 13,5 mld zł. Znaczy niemal 60 proc. tego, co państwo wypłaca w ramach „500 plus”.

Na to całe – w większości do niczego niepotrzebne badziewie parafarmaceutyczne – płacimy zresztą coraz więcej. W ciągu ostatnich pięciu lat wydatki przeciętnego Polaka na ten cel wzrosły o blisko 40 proc. Do końca dekady sprzedaż tzw. parafarmaceutyków ma według szacunków specjalistów od tego fragmentu rynku rosnąć w tempie ok. 8 proc. rocznie.

Zespół niespokojnej marży

Ludzie zachowują się w kontakcie z parafarmaceutykami jak odkurzacze, bo sądzą, że mają do czynienia z lekami. Niemal nikt nie ma pojęcia, że na półkach sklepowych i aptecznych znajdują się 3 kategorie produktów: leki, wyroby medyczne i suplementy diety. Gdyby komukolwiek na tym zależało, to rozpropagowałby wśród gawiedzi wiedzę, dzięki której każdy, kto ogląda reklamę środka na siwiznę, będzie wiedział, z czym ma do czynieni.

Po pierwsze, w reklamach leków nie występują lekarze ani aktorzy w kitlach. Prawo farmaceutyczne tego zabrania. Dlatego widząc w spocie lekarza, albo kogoś kto się za niego podaje można być pewnym, że dany produkt nie jest lekiem.

Po drugie, w reklamach leków musi znaleźć się sformułowanie „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu”. Coś reklamowane bez tej formułki nikogo z niczego nie wyleczy.

Natomiast nie ma żadnych przeciwwskazań, aby ludzie w białych kitlach wystąpili w reklamach suplementów diety oraz wyrobów medycznych. Suplementy diety są produktem żywnościowym i nie potrzebują żadnych certyfikatów medycznych. Trochę inaczej jest z produktami medycznymi. Producenci lubią to określenie, bo użycie w nazwie takiego produktu określenia „medyczny” budzi skojarzenie z produktem leczniczym. Sugeruje zatem, że klient ma do czynienia z lekarstwem. Tymczasem produktami medycznymi są też plastry, opatrunki i strzykawki. Bo tak naprawdę produkt medyczny wspomaga leczenie. I w związku z tym musi przy rejestracji mieć wyniki badań laboratoryjnych i certyfikaty zgodności z różnymi normami.

Brak jakichkolwiek obostrzeń farmaceutycznych spowodował, że w ostatnich latach suplementy stały się siłą napędową polskiego rynku produktów farmaceutycznych. Producent leku musi przedstawić w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych wyniki badania i testów medycznych, które poza wszelką wątpliwością potwierdzą, że środek ma opisane działanie lecznicze. Przy zgłaszaniu suplementu diety wystarczy wizyta w Głównym Inspektoracie Sanitarnym z zaświadczeniem, że zgłaszany produkt nie zawiera zakazanych lub niebezpiecznych substancji. Producenci leków, zamiast inwestować w badania i czekać na rejestrację, nauczyli się zatem rejestrowania produktów leczniczych jako suplementów. Tak jest taniej i szybciej. Brak fazy badań klinicznych skraca czas przygotowań do wejścia nowości na rynek i zmniejsza koszty.

A czas to pieniądz. W tej branży niebagatelny. Przeciętna marża na leku nie przekracza dziś 30 proc. W przypadku suplementów rzadko spada poniżej 40 proc., a są preparaty, na sprzedaży których producent zarabia 300–400 proc. Najlepsze są pod tym względem pigułki i proszki na odchudzanie – koszty w tym przypadku to ledwie 3–5 proc. ceny detalicznej.

całość na łamach

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.