Motto tygodnia: Ecie-pecie, ecie-pecie, profesor Lech Morawski w Oksfordzie plecie.

Autor
Robert Jaruga

Ukochany Żyd Adolfa Hitlera

numer 16/2017

Prezesie, zmień dietę.

Jarosław Kaczyński nie czuje się dobrze – co widać. Blady jakiś, ręce drżące, obniżona sprawność umysłowa i nagła utrata wagi wywołują uzasadnione spekulacje, że prezes Polski cierpieć może na tę samą chorobę, na którą zmarła jego matka. Szukając ratunku dla Polski, aby zachować Jarosława przy życiu, ksiądz Skubiś, redaktor senior z „Gościa Niedzielnego”, wznosi modły.

Natknęliśmy się na epizod z życia innego wielkiego przywódcy, który zmagał się z podobnymi problemami, choć jego sytuacja była psychologicznie trudniejsza.

Adolf Hitler miał ciężkie życie, na które nieustanie ktoś dybał. O ile z wrogami jakoś dawał sobie radę, wieszając ich na strunach fortepianowych i rzeźnickich hakach, o tyle, jak każdy rozwinięty osobnik, pojmował, że największym jego wrogiem jest jego własny organizm.

Hitler był hipochondrykiem. Paranoicznym kancerofobem, co – jak uważają niektórzy badacze jego osobowości – było przyczyną niechęci do Żydów wynikającej z nienawiści Hitlera do niejakiego Eduarda Blocha – żydowskiego lekarza. Ten parch, zdaniem kanclerza, stosując szaloną kurację, zabił mu mamusię chorującą na raka piersi. Tak, tak – Adolf Hitler miał matkę, nazywała się Klara Pölzl.

Paniczny strach przed rakiem towarzyszył führerowi przez całe życie. Sam zdiagnozował u siebie raka przegrody nosowej, nowotwór jądra (podobno miał tylko jedno), nowotwór żołądka i nowotwór przewodu pokarmowego, raka małżowiny usznej, gruczolaka, chłoniaka, glejaka i mięsaka. Były to jednak mylne autodiagnozy.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.