Motto tygodnia: Czy to dublerka jest Dudowa? Nie, to prezes Gersdorfowa.

Tylko świnie siedzą w kinie

numer 38/2016

Znacie filmy, które są tak złe, że aż fascynujące? Na przykład „Kobieta jeleń”: straszliwy horror o niewieście, ukrywającej pod długą suknią parę kopyt, którymi – w ramach uogólnionej zemsty na męskim rodzie – tratuje na śmierć uwiedzionych uprzednio kierowców ciężarówek, rozsiewając po parkingach skrwawione zwłoki z erekcją. 

Otóż „Smoleńsk” Antoniego Krauzego nie należy do tego gatunku. To znaczy owszem, jest absurdalny i kiczowaty, ale wcale nie czyni go to hipnotyzującym. Jest źle napisany, źle nakręcony i źle zagrany…

do tego stopnia, że oglądanie go jest na swój sposób żenujące – tak jak żenujące bywa oglądanie amatorskich występów w programach typu „Mam talent”, kiedy w jakiś dziwaczny sposób wstydzimy się za księgowego z Przasnysza, który cienkim dyszkantem fałszuje arię Mefista, wbity w przyciasny ślubny garnitur i diabelską maskę.

Jeśli film wnosi coś nowego w nasze (mam na myśli sektę antysmoleńską) rozumienie sytuacji – to jest to interesujący obraz stanu ducha przeciwnika i jego wyobrażeń na nasz temat.

Merytorycznie film oczywiście nie wnosi nic – i to nie tylko jeśli chodzi o tzw. fakty autentyczne, ale nawet o, za przeproszeniem, „fakty Macierewiczowskie”. Jeśli ktoś się spodziewał, że film zbiera do kupy wszystkie odkrycia zespołu smoleńskiego i buduje z nich spójną – nawet jeśli fikcyjną – opowieść, to się rozczaruje; zamiast całościowego obrazu otrzymujemy stek niedomówień, insynuacji i pełnych oburzenia okrzyków, z których nie sposób zbudować żadnego logicznego ciągu.

całość na łamach

 

Wasze komentarze 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Film rozczarowuje, bo o zamachu nic a nic. A tak byłoby fajnie pooglądać te wszyskie rozpylacze mgły na ekranie. Z niedomówień i insynuacji nie można zrobić filmu.