Motto tygodnia: Kubica rękę łamie. A Morawiecki? Jak zwykle kłamie.

Trump splunął na Polskę

numer 38/2018

Dar narodu amerykańskiego dla narodu polskiego.

Podczas gdy Prezydent RP pojechał do Ameryki żebrać o nową bazę wojskową Fort Trump, Ameryka przysłała nam największy skarb, jaki miała do oddania: Georgette Mosbacher. Chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak hojny to dar.

Być może trudno w to uwierzyć, oglądając dziś nową ambasadorzycę USA w Polsce – jej blikujące oblicze, pole zbyt wielu wysiłków medycyny estetycznej, absurdalne, obciągające uszy do ramion klipsy wyobrażające amerykańskie paski i gwiazdki, krzykliwy makijaż i cokolwiek przechodzoną u 70-latki kokieterię – ale jej szczególnym życiowym talentem było skłanianie milionerów do ożenku, na który nie mieli ochoty.

Georgette Mosbacher wyszła za mąż 3 razy, a każdy następny mąż był bogatszy od poprzedniego. Ostatni miał ten dodatkowy walor, że jako potentat naftowy z Teksasu był także kumplem rodziny Bushów, co Georgette zapewniło wejście do republikańskiej elity.

 

Głowa misji dyplomatycznej naszego Największego Sojusznika i Przyjaciela od najmłodszych lat inwestowała uczucia w mężczyzn dojrzałych i zamożnych. „Może szukałam w nich swojego ojca” – odpowiadała na sugestie, iż jej wybory nie było do końca podyktowane sercem. Z tym że – w odróżnieniu od mężów, którzy byli jeden w drugiego milionerami – jej ojciec, który zginął w wypadku samochodowym, gdy Georgette miała 7 lat, był hydraulikiem. Choć inne wersje jej życiorysu sugerują, że był restauratorem albo kierownikiem kręgielni. Opiewany przez amerykańskie media od lat 80. życiorys nowej ambasador USA w Polsce jest barwny jak płomienna czerwień jej włosów – i zapewne równie prawdziwy.

„Nie urodziłam się ruda, ale urodziłam się, żeby być ruda” – głosi Georgette. Ufarbowanie włosów było jej pierwszym krokiem do „świata glamour”. „Glamour” to francuskie słowo, zaadaptowane do języka amerykańskiego. W oryginale oznacza pewien typ ekstrawaganckiego seksapilu – słownik Larousse’a daje przykład Rity Hayworth – ale Ameryka określa tak wykwintny przepych. I tak rozumie je szefowa misji USA w RP. „Prasa ma problem z »glamour«. W Hollywood jest akceptowalny, ale wszędzie indziej jest podejrzany” – odpowiada Mosbacher, pytana, dlaczego media przedstawiają ją jako kabotynkę z nadmierną skłonnością do autopromocji.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.