Motto tygodnia: Prezes jest już zdrowy jak ryba. Chyba...

Trójmorskie bałwany

numer 34/2017

Obcy ludzie zwracają się do nich per „ojcze”, a najbliżsi muszą mówić „wujku”. Watykan ma wkrótce ujawnić rozmiary zjawiska księżowskich dzieci.

Rumuńskie drogi krajowe, które za czasów Ceaușescu były znakomicie lepsze od PRL-owskich, dziś wyglądają jak gdyby od trzech dekad żaden robotnik drogowy się do nich nie dotknął. Nasza zakopianka sprzed dwudziestu lat mogłaby uchodzić tam za drogę szybkiego ruchu. Rumuńskie autostrady są na samochodowych atlasach Europy, naprawdę jednak po niektórych nie ma śladu. Rumuńskie i bułgarskie wsie pełne są furmanek ciągniętych przez konie lub osły. Wypatrywanie w nich wodociągów, ścieżek rowerowych czy choćby chodników jest bezcelowe. Za bułgarskie czy przede wszystkim rumuńskie bezdroża trzeba płacić. Dopiero winieta kosztująca ok. 30 zł pozwala korzystać nie tylko z niemal niewystępujących tam autostrad, ale nawet z wyasfaltowanych lub posypanych tłuczniem ścieżek.

Mimo że Bukareszt i Sofia są w Unii tylko 3 lata krócej niż my, śladów unijnych dotacji niemal się tam nie dostrzega.

Pisowska propaganda mówi, że środki unijne, które dostawała Polska, zostały rozkradzione. Jeśli tak, to skąd w tysiącach naszych pipidówek bogactwo infrastrukturalne, o którym chłopom w Rumunii i Bułgarii nawet się nie śni.

Kraje te do tej pory nie są też w strefie Schengen. I dlatego żeby do nich wjechać czy z nich wyjechać, czeka się na granicach. W większości miast nie ma tabliczek z nazwami ulic. Do obiektów turystycznych prowadzi tylko GPS.

Najoględniej można powiedzieć, że bałkańscy sojusznicy polityczni i gospodarczy Dudy nie wydają się najlepsi. Rumunia to my 25 lat temu. Bułgaria – 20 lat temu. I z nimi prezydent chce stworzyć przeciwwagę dla Niemiec i Francji? Z krajami, które od Zachodu są uzależnione bardziej niż my?

 

Chyba że Trójmorze to inicjatywa antyputinowska? Jeśli jednak ktoś tak sądzi, jest kretynem. Orbán, Fico oraz nade wszystko Bułgarzy od lat smalą ekonomiczne cholewki do Moskwy. Musieliby zatem być niespełna rozumu, żeby, przystąpić do bliskiej koalicji z krajem, którego politycy karmią się antyrosyjskością.

Jeszcze marniej z punktu widzenia trójmorskiej koalicji antymerkelowskiej wyglądają nasi sojusznicy z zachodniej flanki Trójmorza. Chorwacja i Słowenia są o kilka godzin jazdy autostradą z Monachium. Obroty handlowe z Bundesrepubliką stanowią o ich być albo nie być. Tak samo niemieccy turyści. Czy w imię jakiejś panadudowej fanaberii pierdolną tym wszystkim? A może zrobi tak Austria której gospodarka, jest de facto częścią gospodarki Republiki Federalnej? Czeska zresztą też.

Zachodnia noga Trójmorza nie wymaga nawet budowy infrastruktury drogowej. Bo ją ma. Na Istrię dojedziemy z Warszawy w góra 10 godzin.

 

Po co zatem jeść trójmorską żabę? Po co wchodzić w alianse ekonomiczne z krajami, które własnych technologii nie mają? Po co drażnić misie na Wschodzie i na Zachodzie?

Odpowiedź zdaje się tylko jedna. Taka, że latem woda w Bałtyku rzadko ma więcej niż 20 stopni. Zaś w Morzu Czarnym i Adriatyku temperatura oscyluje w okolicach 25 stopni. To zaś powoduje, że jaja nie marzną. I dlatego można powiedzieć z niemal stuprocentową pewnością, że Duda wymyślił Trójmorze dla jaj.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.