Motto tygodnia: Pies z kulawą nogą by tej sztuki nie pamiętał, gdyby "Klątwa" przez czarnych nie była przeklęta.

Judo i eksport

Judo i eksport dzieci

numer 38/2016

W Polsce PiS-u w najlepsze kwitnie handel żywym towarem. Towarem są dzieci – wychowankowie domów dziecka.

Polski Związek Judo po wizycie Pawła Bednarza w Sejmie jest pod wrażeniem. „Minimum wysiłku, maksimum efektu” – pochwalili judocy zachowanie Bednarza.

W poniedziałek, 12 września, podczas konferencji prasowej pisowskiego wicemarszałka Ryszarda Terleckiego doszło do incydentu. Pracownicy biura prasowego PiS szarpali, odciągali i próbowali obezwładnić człowieka, który chciał zadać wicemarszałkowi takie pytanie:

– Panie marszałku. Dzieci od roku czasu proszą, żeby ich nie sprzedawać za granicę i żeby nie rozdzielać rodzeństwa. Robimy to non stop. Zawiadomiony jest pan minister sprawiedliwości, pan prezydent, pani premier i dzieci cały czas są rozdzielane. Dzieci z domów dziecka pytają się, kiedy przestaniecie sprzedawać je za granicę?

Do pytającego mężczyzny podszedł w końcu szef biura prasowego PiS Krzysztof Wilamowski, złapał go oburącz i siłą zaczął odciągać. Paweł Bednarz przez całe lata trenował dżudo: wyuczonym chwytem powalił Wilamowskiego na ziemię. Funkcjonariuszom Straży Marszałkowskiej dał się wyprowadzić na zewnątrz. Pan marszałek, który podczas całego incydentu, zachował nienaganne maniery i delikatnie się uśmiechał, nie musiał odpowiadać.

 

Św. Paweł z Sosnowca

Paweł Bednarz już po raz kolejny przyjechał do Warszawy z Sosnowca. Jest założycielem i prezesem Fundacji Dobrego Pasterza. Nazwał ją tak, jako gorliwy katolik, ale fundacja nie ma nic wspólnego z kościołem. Zajmuje się dziećmi z najbiedniejszych rodzin. Przez lata prowadził świetlicę w salce wynajmowanej od księdza w Sosnowcu. W slumsach Sosnowca wyszukiwał młodzież i małolaty, którymi nikt się nie chciał zajmować, zapraszał do świetlicy, dokarmiał.

Zajmował się również wychowankami domów dziecka z kilku różnych miast woj. śląskiego. Nie będziemy podawać, z których, gdyż mogłoby to zaszkodzić wychowawcom z tych domów dziecka, współpracującym z Bednarzem. Otrzymał zgodę sądu na urlopowanie niektórych wychowanków. Brał ich na lody, na basen, organizował wycieczki.

W styczniu tego roku po raz pierwszy dowiedział się o tym, że wybrane dzieci przeznacza się do adopcji zagranicznych. Według obowiązujących przepisów prawa adopcja zagraniczna jest ostatecznością. Pierwszeństwo mają polskie rodziny. Dopiero, gdy jakiegoś dziecka nikt nie chce adoptować w Polsce, zezwala się na adopcję zagraniczną. Ale wygląda na to, że przepis ten jest omijany. Co gorsza, rozdziela się rodzeństwa. Bracia i siostry też są przedmiotem kupczenia. Jeśli któreś spodoba się przyszłym opiekunom, wówczas jedno z nich przeznacza się do adopcji, a drugie nie. Znamy przykład rodzeństwa, które trafiło do dwóch różnych krajów. Inny przykład – część dzieci wywieziono za granicę, część pozostała w domach dziecka. Ze względu na ochronę dóbr osobistych tych dzieci (i dla bezpieczeństwa ich wychowawców) ich imion i nazwisk nie będziemy podawać. W artykule wystąpią pod innymi imionami.

Asia wio, Radek sio

19 stycznia tego roku to była niedziela. Paweł Bednarz odprowadzał swoich podopiecznych do domu dziecka. Chodziło o te dzieci, na których urlopowanie wydał zgodę sąd. Już w domu dziecka rzuciła mu się na szyję pięcioletnia Joasia. Dziewczynka znała Bednarza, ponieważ często odwiedzał swoich chłopaków w domu dziecka. Bardzo go lubiła. Na powitanie zawsze rzucała mu się na szyję.

W powitaniu uczestniczyła jedna z wychowawczyń.

– Żegnamy się z Joasią – powiedziała.

– Jak to? – zdziwił się Bednarz.

– Dziewczynka została adoptowana. Będzie z nami jeszcze do końca stycznia, a potem jedzie do Włoch.

Joasia miała młodszego o rok braciszka. Była z nim bardzo zżyta. Paweł Bednarz zapytał więc o niego.

– A Radek?

– Adopcja dotyczy wyłącznie Joasi. Radek zostaje z nami – odparła wychowawczyni.

Następnego dnia Bednarz udał się do prokuratury. Tam złożył doniesienie o przestępstwie polegającym na działaniu na szkodę dzieci. Sprawę przekazano policji. Prezes Fundacji Dobrego Pasterza został przesłuchany i to wszystko. Postępowanie dalej się toczy, a Joasia od dawna przebywa za granicą.

Miesiąc później z Bednarzem skontaktowała się inna wychowawczyni z domu dziecka.

– Czy pan wie, że Radek i Joasia mają jeszcze jedną siostrę, Paulinę?

– Nie wiem.

Paulina przebywa w placówce opiekuńczo-wychowawczej w innym mieście. Wychowawczyni podała nazwę miasta i adres placówki. Powiedziała: – Przeglądałam akta tych dzieci. Nie było żadnych podstaw, żeby te dzieci rozdzielić, ale tak się stało. Paulina jest najstarsza. Ma siedem lat i bardzo cierpi z powodu rozłąki z rodzeństwem. Chcę panu jeszcze coś powiedzieć. Pracuję tu (…) lat i zastanawia mnie fakt, dlaczego dzieci od nas tak często wyjeżdżają za granicę, a zwłaszcza do (…).

Ci wyjeżdżają, ci zostają

Po tej rozmowie Paweł Bednarz usiadł do komputera i powysyłał maile do Prokuratury Rejonowej w Sosnowcu, do Rzecznika Praw Dziecka, do Kancelarii Premiera i do Kancelarii Prezydenta. Poinformował o tym, co się dzieje.

W kolejnym domu dziecka przebywała Ewelina wraz z dwójką rodzeństwa. Ewelina także wyjechała do Włoch. Dwójka rodzeństwa pozostała w domu dziecka.

Jeszcze inny dom dziecka. Chłopcom z tego domu dziecka Paweł Bednarz zorganizował wycieczkę. Kiedy już wracali, wówczas chłopcy powiedzieli mu o tym, że jeden z kolegów także wkrótce wyjedzie za granicę.

– Wie pan, że Damian jedzie do (…)? – zapytali chłopcy.

– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? A przecież Damian ma brata Marka. Marek też wyjeżdża? – dopytywał się Bednarz.

– Nie, proszę pana. Marek, odezwij się. Powiedz, co z tobą będzie?

– Ja zostaję – powiedział cichym głosem Marek.

Okazało się, że obaj chłopcy mają dwie siostry. Obie są już pełnoletnie. Musiały więc opuścić dom dziecka, ale utrzymują stały kontakt z młodszymi braćmi. Bednarz zapytał czy chłopcy chcą, aby wystąpił do sądu o zgodę na ich urlopowanie. Damian i Marek chcieli, ale zgody już nie otrzymał. Sprzeciwił się dom dziecka.

Panie Duda – boimy się

W jeszcze innym domu dziecka odbył się sąd nad Bednarzem. Dyrektorka poprosiła go na spotkanie. Zjawił się o umówionej porze. Poproszono go do gabinetu, a w nim czekała na niego nie tylko szefowa placówki, lecz również kilkoro wychowawców i sekretarka.

– Co pan uczynił najlepszego? – dyrektorka w ten sposób rozpoczęła rozmowę.

– Nie rozumiem. Proszę wyjaśnić, co chodzi? – poprosił prezes Fundacji Dobrego Pasterza.

– Działa pan na szkodę dzieci – oskarżyła go dyrektorka.

– Ja? Nigdy w życiu – oburzył się.

– To niech pan się dowie, że Rzecznik Praw Dziecka wstrzymał nam wszystkie adopcje zagraniczne do czasu wyjaśnienia tych poprzednich. Dzieci wyjeżdżają do bogatych krajów. Co one tutaj mają? A tam będą miały wszystko. Jadą do lepszego życia.

– Czego się boicie. Jeśli działacie prawidłowo to jeszcze dostaniecie laurkę.

– Od dziś ma pan zakaz wchodzenia na teren naszego ośrodka i kontaktowania się z innymi dziećmi niż te, na które ma pan zgodę sądu – oświadczyła pani dyrektor.

Kilka dni później Paweł Bednarz próbował porozmawiać z dziećmi z tej placówki, ale te bały się do niego podchodzić. Okazało się, że otrzymały zakaz rozmawiania z nim. Chciał więc zrezygnować z opieki nad sierotami, zająć się czymś innym. Ale odwiódł go od tego jeden z wychowawców.

– Niech pan tego nie robi. One mają tylko pana – usłyszał.

Kupił więc worek cukierków i pojechał do tego samego domu dziecka, gdzie otrzymał zakaz kontaktów z dziećmi. Zdążył dać cukierki dwóm dzieciakom. Za chwilę z domu wybiegł jeden z wychowawców i kazał wszystkim dzieciom uciekać. Cukierki się rozsypały. Kilka godzin później wychowawca zadzwonił do Bednarza. Przeprosił za swoje zachowanie.

Paweł Bednarz osiągnął tylko tyle, że procedura adopcyjna Damiana przedłużyła się o kilka miesięcy. 11 czerwca tego roku wyjechał do (…).

Zanim Damian i Marek zostali rozdzieleni, na wyrwanej kartce z zeszytu w kratkę, napisali list. Pisownia oryginalna:

„pani beata Szydło

pan Andrzej Duda

Tu damian (…) i marek (…)

domu dziecka w (…).

boimy sie że ktoś z nas wy jedzie do innei rodziny

tak iak mała asia iedzie do włochuw a iei brat zostaie

chcem być razem w Polsce i prosimy o pomoc bo sie boimy

zapraszamy do nas w do domu dziecka w (…)”.

Dzieci? To do śmieci

Ponieważ policja prowadziła śledztwo, a dzieci i tak wyjeżdżały za granicę, Bednarz zawiadomił Prokuraturę Okręgową w Katowicach, a następnie Prokuraturę Krajową. Skontrolowano jeden dom dziecka. 4 lipca otrzymał odpowiedź ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach: „W toku czynności kontrolnych ustalono (…) Zgodnie z procedurą, po tym gdy lokalny ośrodek nie znalazł rodziców gotowych przysposobić dzieci, ich dane trafiły do Bazy Centralnej. poszukiwania trwały wśród kandydatów w całej Polsce. Następnie zgodnie z procedurą, jeśli dziecko w okresie 55 dni nie zostanie adoptowane, ośrodek centralny dokonuje kwalifikacji do adopcji międzynarodowej, co nastąpiło”.

Prokuratura Krajowa: „Pismo pana zostało przekazane do Prokuratury Okręgowej w Katowicach, skąd proszę oczekiwać odpowiedzi. Nadto uprzejmie informujemy, że w wyniku dotychczasowych ustaleń nie natrafiono w Biurze Prezydialnym na ślad wcześniejszej pana korespondencji”. Poproszono Bednarza o przesłanie kopii pism, które wcześniej skierował do PK.

Ministerstwo Sprawiedliwości: Wyrażana w nadesłanej korespondencji troska o los polskich dzieci, skierowanych do adopcji zagranicznej, zasługuje na wyrazy uznania. Uwzględniając jednak aktualne regulacje prawne w zakresie procedur adopcyjnych należy stwierdzić, że zawierają one rozwiązania służące ochronie dobra małoletnich. (…) Słuszne wydaje się wnioskowanie, że aktualne uregulowania prawne pozwalają na zachowanie właściwych proporcji pomiędzy gwarancją realizacji dobra dziecka, a doborem właściwych kandydatów na rodziców adopcyjnych”.

Zaś Ministerstwo Rodziny uspokoiło Bednarza, że do Polski trafiają z zagranicy raporty adopcyjne. Wiadomo więc, że wyekspediowanym do innych krajów sierotom nic złego się nie dzieje. Ponadto do adopcji zagranicznych kwalifikowane są wyłącznie dzieci z rodzin wielodzietnych, starsze i ciężko chore lub opóźnione w rozwoju, czyli takie, których nikt w Polsce nie chce.

W świetle tego, co pisało Ministerstwo Rodziny, dzieci, o których wiedział Bednarz, nie powinny zostać wysłane za granicę. Wobec tego wsiadł w auto, pojechał do Warszawy i w Kancelarii Premiera zostawił pismo do Beaty Szydło. Proponował w nim wprowadzenie przepisów ułatwiających adopcję rodzinom polskim i zakaz adopcji zagranicznych z rozdzieleniem rodzeństw. W tym samym dniu inne pismo zostawił w Ministerstwie Sprawiedliwości. Wskazywał w nim, że w Polsce rozdziela się rodzeństwa, a następnie część dzieci trafia za granicę, a część pozostaje w kraju. Sprawą obiecał zająć się wiceminister Patryk Jaki.

Od Dudy ani od Szydło żadnej odpowiedzi nie było. Ale Bednarz dowiedział się, że pod koniec sierpnia premier będzie uczestniczyła w pielgrzymce kobiet w Piekarach Śląskich. Dopchał się tam i do premier Szydło i do minister Beaty Kempy. Obu zostawił naprędce skreślone krótkie pisma, przedstawiające sytuację.

Terlecki się usmiechnął

I znowu nie było odpowiedzi. 12 września posłanka Barbara Chrobak z Kukiz’15 organizowała w Sejmie konferencję pod nazwą „Dobro dziecka jako cel najwyższy”. Bednarz był jednym z jej uczestników. W westybulu sejmowym zobaczył wicemarszałka Terleckiego otoczonego wianuszkiem kamer. Postanowił skorzystać z okazji i zadać marszałkowi pytanie. Dziś prezes Fundacji Dobrego Pasterza mówi, że bolą go żebra, ale nie żałuje. Dzięki funkcjonariuszowi biura prasowego PiS osiągnął swój cel. Jego pytanie przekazały obie największe ogólnopolskie telewizje prywatne. Zarówno jego pytanie, jak i odpowiedź wicemarszałka.

– Bardzo dziękuję za informację – odpowiedział Terlecki.

Według danych Ministerstwa Rodziny co roku około 300 polskich sierot trafia za granicę. Najwięcej do Włoch, USA, Francji, Szwecji, Holandii, Belgii, Hiszpanii. Na liście kilkunastu krajów, do których eksportujemy dzieci są również Australia, Wenezuela i Cypr. Jednocześnie w kolejce po dziecko czeka około 1,2 tys. rodzin w Polsce.

Wasze komentarze (4)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

  • Takie ukryte transakcje to okazja do nadużyć. Na publicznych licytacjach sprzedawać!

  • A jakby tak zlustrować majątki dyrektorów Domów Dziecka i ich nadzoru? Handel żywym towarem zawsze był intratnym interesem.Jak sprawdzą, czy dzieci nie trafiły w ręce pedofili. Adopcje zagraniczne są podejrzane. Nie mają własnych sierot?

    • Ale pierdolicie bez sensu. Ja nie znam żadnego przypadku takiego. Zato kilka adopcji zagranicznych gdzie dzieci które tam poszły osiągały relatywny dobrobyt i wykształcenie. Trochę im zazdroszczę ponieważ w Polsce od wyjścia z bidula tylko walko o byt i przetrwanie. Ale miałem szczęście być w domu dziecka w turku, państwowym im. Czesława Babickiego wybitnego pedagoga.

Strona główna