Motto tygodnia: Gdy Szydło słyszy spicz Junckera, czuje się jak jasna cholera.

Tęskniąc za Kadafim

numer 38/2015

Obowiązkowe kwoty Syryjczyków dla wujów z Ameryki.

Wbrew zachwytom jednych (i pewnemu niepokojowi innych, znacznie mniej licznych) „Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza nie głosi chwały polskiego oręża. Film, który w pierwszy weekend po premierze z 11 września przyciągnął do kin prawie 100 tysięcy widzów, każdemu myślącemu człowiekowi uświadamia, że w Iraku staliśmy się elementem sił okupacyjnych, które z rozmachem stosowały przemoc wobec powstańców usiłujących bronić swojego kraju.

Inna kwestia, ilu wśród tych stu tysięcy widzów było ludzi myślących.

Film opowiada historię 3-dniowej obrony ratusza w Karbali – świętym dla szyitów mieście w środkowym Iraku – przeprowadzonej przez oddziały polskie i bułgarskie przeciwko powstaniu as-Sadra. Reżyser Łukaszewicz, podniecony historią, którą przeczytał w zbiorze reportaży z Iraku, postanowił uwiecznić „największą polską bitwę od czasu II wojny światowej”. Brało w niej udział czterdziestu Polaków, czterdziestu Bułgarów i bliżej nieokreślona liczba powstańców, w filmie konsekwentnie nazywanych „terrorystami”. Terroryści są brudni i źli, porywają dzieci miłujących pokój i Polaków mieszkańców miasta, żeby robić z nich żywe tarcze, a widząc konającego nastolatka z własnych oddziałów, zamiast go ratować, kręcą jego cierpienie komórką. Polacy są dobrzy i Bułgarzy też, choć na ekranie widać tylko jednego. Mamy w filmie sporo głębokiej hollywoodzkiej psychologii – sanitariusz, który na pierwszej rolce, sparaliżowany strachem, nie wyciąga rannego spod ostrzału, w ostatniej samodzielnie ratuje iracką dziewczynkę z płonącego meczetu; porucznik, który upiera się, żeby przerażonego sanitariusza postawić przed sąd za niewykonanie rozkazu, sam ulega paraliżowi, przez co terroryści nieomal rozwalają obrońców ratusza z granatnika… Mamy mnóstwo hałasu, strzelania i bardzo efektownych scen zniszczenia – nie mamy za to nie tylko odpowiedzi, ale także pytania, fundamentalnego dla całej tej historii: po chuj?

Co w zasadzie Wojsko Polskie – którego konstytucyjnym zadaniem jest obrona granic RP – robiło na drugim końcu świata, okupując kraj, który nigdy nie okazał nam wrogości i strzelając do tubylców? Na pytanie to – do pewnego stopnia – usiłuje w wywiadach odpowiedzieć reżyser tłumaczący, iż może rzeczywiście była to „brudna wojna”, albowiem cytowany casus belli w istocie nie zaistniał, ale to „bardziej obciąża Amerykanów niż nas”.

Jasne: my tylko wykonywaliśmy rozkazy…

Awantura o uchodźców i płynąca z niej fala obsesyjnej antyislamskiej agresji zalewającej polskie media i serwisy społecznościowe to absolutnie stosowny moment, żeby przypomnieć, że mieliśmy znaczny udział w wywołaniu katastrofy, która przygnała ten tłum przed nasze drzwi.

Teraz minimum przyzwoitości zobowiązuje nas do otwarcia tych drzwi na oścież. Czy będą ich 2 tysiące, 12 czy 20 – w żaden sposób nie wynagrodzi to szkód i dewastacji, które wyrządziło 15 tysięcy polskich żołnierzy wysyłanych do Iraku w dziesięciu zmianach, przez 3 kolejne polskie rządy. Chcecie wiedzieć, na czym polegała „misja stabilizacyjna”? Obejrzyjcie „Karbalę”.

Choć w jednej sprawie reżyser Łukaszewicz ma rację: rzeczywiście największym zbrodniarzem jest w tej sprawie Ameryka.

 

W 2011 r. USA wdały się w europejską rozgrywkę na rzecz „regime change” w Libii. Muammar Kadafi – kolejny nieszczególnie sympatyczny, acz mający na koncie wiele postępowych ruchów (obowiązkowa edukacja chłopców i dziewczynek, bezpłatna opieka zdrowotna etc.) i twardo walczący z ekstremizmem islamskim dyktator – rozpoczął wówczas kampanię przeciw ruchom, które on określał mianem terrorystycznych, a europejska i amerykańska propaganda ochrzciła „arabską wiosną”. Wśród nich z powiązanym z al-Kaidą Libijskim Ruchem Islamskim, który wsławił się m.in. tym, że wyłapywał i rozwalał mieszkających w Libii Czadyjczyków – przed wojną było ich 300 tysięcy – ponieważ plotka głosiła, że Kadafi sprowadził sobie najemników z Czadu. W odpowiedzi na antyterrorystyczną kampanię Kadafiego prezydent Obama autoryzował serię nalotów bombowych. Ponad jedna trzecia z 9700 ataków trafiła na cele cywilne. Czerwony Krzyż donosił o masowych grobach, które były owocem nalotów dywanowych na miasta Misurata i Sirta. Poza zabiciem bliżej nieokreślonej liczby cywilów kampania zniszczyła armię rządową, wygnała Kadafiego z Trypolisu do Sirty, gdzie wspierani przez amerykańskie naloty bojownicy demokracji rozwalili go bez sądu. Hillary Clinton ogłosiła wówczas swoje godne Cezara motto: „Przybyliśmy, zobaczyliśmy i on nie żyje”. Po czym z radości aż zaklaskała w ręce. Jej doradcy mówili wtedy o stworzeniu i ogłoszeniu „doktryny Clinton”.

Doktryna Clintona wkrótce jednak wykazała słabe strony – gdy terroryści, przed którymi przestrzegał Kadafi, rozpoczęli kampanię, która dziś nosi nazwę II wojny libijskiej. Jej akt strzelisty nastąpił 11 września 2012 r., gdy dżihadyści zaatakowali konsulat USA w Bengazi, zabijając ambasadora Christophera Stevensa, drugiego amerykańskiego dyplomatę, a także dwóch pracowników kontraktowych CIA. Wkrótce gwałty i zbrodnie islamskich ekstremistów doprowadziły do tego, że amerykańskie i europejskie placówki dyplomatyczne wyniosły się z Trypolisu. Krwawe walki trwają do dziś, a spora część libijskiego wybrzeża kontrolowana jest przez Islamskie Państwo Iraku i Lewantu.

No i w końcu przyszła kolej na Syrię, w którym doktryna „zmiany reżimu” miała zrobić porządek z podwójnie negatywnym – bo będącym w orbicie wpływów rosyjskich – Baszarem Al Assadem.

Wasze komentarze 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Sz.P. Urban, obciach jak cholera, coraz więcej pańskich Urbaniotek pisze pierdoły jak politycznie poprawni oszuści czy Michnikoidzi

  • Należy dodać, że podstawową zbrodnią Kaddafiego była jego niezależność i deklarowany zamiar aby zastopować sprzedaż rezerw ropy naftowej za amerykańskie dolary, podstawę imperialnej potęgi USA. Zamierzał wprowadzić wspólną walutę afrykańską opartą na parytecie złota. ustanowić niezależny bank i zawiązać unię ekonomiczną pomiędzy biednymi krajami, zasobnymi w naturalne bogactwa.
    Takie sa prawdziwe przyczyny napadu NATO na Libię.

  • „Teraz minimum przyzwoitości zobowiązuje nas do otwarcia tych drzwi na oścież.”

    Dlatego, że kiedyś zrobiliśmy coś głupiego, a nawet podłego mamy teraz popełnić samobójstwo? Tych, których na ich własnej ziemi częstowaliśmy kulami i nazywaliśmy terrorystami, na NASZEJ ziemi mamy częstować chlebem i solą? Przecież to absurd.

    Nie powinno nas być tam, ale tym bardziej ich nie powinno być tu. Two wrongs won’t make a right.