Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Autor
Andrzej Werblan

Taka piękna katastrofa

numer 23/2016

4 czerwca: triumfalna porażka czy zawstydzające zwycięstwo.

Wiosną 1989 r. byłem dość daleki od bezpośredniego uczestnictwa w polityce. Od ponad ośmiu lat zajmowałem się wyłącznie nauką, wykładałem historię XX wieku na Uniwersytecie Śląskim, intensywnie pracowałem nad monografią o Gomułce. Wydarzenia polityczne obserwowałem z nawyku uważnie.

Miałem kilku znajomych i przyjaciół w ówczesnej, ostatniej już ekipie rządowej PRL. Systematyczny kontakt utrzymywałem jedynie z Mieczysławem Rakowskim. Czasami spotykałem znajomych z opozycji.

Wynik czerwcowych wyborów nie był dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałem się takiego. Jeszcze w połowie marca, po przeczytaniu w prasie informacji o porozumieniu przy Okrągłym Stole w sprawie wolnych wyborów do Senatu na podstawie większościowej ordynacji napisałem do Rakowskiego, wtedy już premiera, prywatny list z krytyczną na ten temat opinią. Kopia tego listu później zawieruszyła się w moich papierach. Rakowski jednak swój egzemplarz przechował i w X tomie „Dzienników” zamieścił prawie pełny tekst. Pisałem: „Bóg chce was pokarać i odebrał wam rozum. Dziś w Polsce system większościowy (tj. jednomandatowe okręgi i wybór większością) rokuje opozycji 100 procent lub blisko tego mandatów przy 65-70 proc. głosów. Jeśli już chcecie wolnych wyborów do Senatu, zróbcie je według przedwojennego pięcioprzymiotnikowego prawa, czyli ordynacji proporcjonalnej. Obecnie rządząca koalicja będzie mogła liczyć na 30-35 proc. mandatów. Skład partyjny Senatu będzie odwrotnością kontraktowego sejmu. Będzie to jakaś równowaga”.

I co zrobił z tym Mietek? Posłał mój list Barcikowskiemu i Jaruzelskiemu. Jaruzelski odczytał to na Biurze Politycznym i zaczęła się dyskusja. Nade mną. Że Werblan dawno odsunięty od władzy, przeto rozgoryczony i czarno widzi… Jaruzelski się z tym zgodził, ale orzekł, że jestem „dobrym towarzyszem” i warto ze mną porozmawiać. Zatem Zygmunt Czarzasty, wówczas sekretarz KC, podjął się nawrócić mnie na optymizm. Rzeczywiście, zaprosił na kawę i perswadował: – Na tej dłoni mam, towarzyszu Werblan, 60 proc. mandatów do Senatu. Tylko się obawiam, żeby „Solidarność” za wielkiej klęski nie poniosła, bo to też nie byłoby w tej sytuacji dobre…

Tłumaczył, że są równe liczby mandatów na Śląsku i w Białymstoku. A w tych małych województwach, wiejskich, mamy murowaną większość.

Ja tych bredni wysłuchałem i ręce mi opadły. Pomyślałem: nie ma rady, przepadłem ja i pchły moje – jak mawiał Onufry Zagłoba.

całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.