Motto tygodnia: Lud smoleński ryczy i kwiczy: wraża agentura na miesięcznicy!

Tak morduje prezydent

numer 21/2015

Czy prezydent miasta, profesor, laureat nagrody państwowej chodził po lesie zarzynać ludzi? Za rządów PiS polityk lewicy nie miał innych zajęć, zatem od 10 lat siedzi.

W poniedziałek 18 sierpnia 2008 r. około czwartej po południu pan Antoni i jego żona Agnieszka postanowili wybrać się na spacer do pobliskiego lasu. W pewnym momencie ich pies zaczął się dziwnie zachowywać. Zwracał pysk w stronę kopca z liści paproci i gałązek sosny. Zaciekawieni właściciele psa podeszli bliżej. I wtedy zauważyli, że z kopca wystają buty. Potem zobaczyli nogi. A następnie zorientowali się, że tam leży trup. Zawiadomili policję.

Krajem rządziło PiS. O tym należy wspomnieć, gdyż trop doprowadził do prezydenta Zabrza, reprezentanta SLD. Lewicowy prezydent, wykładowca uniwersytecki, członek Polskiej Akademii Nauk, został zapuszkowany. Został oskarżony o to, że za pomocą kija baseballowego zmasakrował człowieka. Później dla pewności poderżnął mu gardło. Dla jeszcze większej pewności przebił ofierze rdzeń kręgowy. A uczynił to wszystko tak estetycznie, że na jego ubranie nie spłynęła nawet kropelka krwi zamordowanego.

Prezydent i naukowiec został również oskarżony o to, że całkiem zwariował. Będąc specjalistą od informatyki przestrzennej, systemów GPS stosowanych w telefonii komórkowej, na miejsce zbrodni zabrał własny telefon komórkowy, który logował się w sieci, zdradzając jego położenie. Nie dość tego: miał dzwonić z tego telefonu tuż przed morderstwem i zaraz po nim.

Za taką głupotę musiał zapaść bardzo surowy wyrok – 25 lat więzienia. Ponieważ wspólnicy zbrodni oświadczyli, że po raz pierwszy zobaczyli prezydenta na wspólnej ławie oskarżonych, proces miał charakter poszlakowy.

Szantaż

Od czasu gdy Jerzy Gołubowicz był prezydentem Zabrza, minęło 10 lat. Cofając się do tej odległej przeszłości w gabinecie prezydenta miasta zobaczymy przyszłego trupa, wtedy jeszcze nie pokrytego liśćmi i gałęziami, jak mówi zaskoczonemu rozmówcy o jakimś długu. Długu gigantycznym, wynoszącym ponad 246 tys. zł i po lichwiarsku oprocentowanym na 5 proc. miesięcznie. Miała to być pożyczka zaciągnięta przez prezydenta Zabrza u przyszłego trupa. Tyle że prezydent nic o takiej pożyczce nie wiedział.

Po zakończeniu rozmowy roztrzęsiony pan prezydent udał się do wojewody. Z relacji prezydenta wynikało, że w jego gabinecie zjawił się bliski znajomy, który w imieniu „grupy biznesmenów” prosił o zgodę na zamianę posiadanych przez nich niezbyt atrakcyjnych terenów na takie, których cena wkrótce wzrośnie, gdyż znajdują się obok budowanej właśnie drogi ekspresowej. Jeśli prezydent wyrazi zgodę, nikt nie będzie wspominał o gigantycznej pożyczce. Jeśli zacznie się ciskać, radni dowiedzą się, że sfałszował oświadczenie majątkowe, ponieważ nie wykazał w nim tak znaczącej pożyczki.

Wojewoda doradził zgłoszenie sprawy na policję. Zajął się nią wydział do zwalczania korupcji Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Pod ubraniem prezydenta i w jego gabinecie zainstalowano aparaturę podsłuchową i kamery. Ale podczas następnego spotkania przyszły trup nie chciał nic mówić, tylko wyciągał karteczki, na których coś pisał i żądał odpowiedzi. Prezydent próbował pokazywać je ukrytej kamerze, ale przyszły trup coś podejrzewał i szybko mu je wyrywał.

Kolejne spotkanie miało odbyć się w aquaparku w Tarnowskich Górach. Prezydent miał być w slipkach. Policja wyposażyła go w nagrywający portfel, ale ten nagrał wyłącznie szum, ponieważ przyszły trup wyznaczył spotkanie obok fontanny.

Dalsze spotkania nie odbywały się przy fontannie, zatem portfel działał prawidłowo. Nagrywał Lecha F. – tak nazywał się przyszły trup. Zdobyto dowody korupcji, szantażu i poświadczenia nieprawdy. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach i Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach wydały nakaz zatrzymania Lecha F. pod zarzutem korumpowania prezydenta Zabrza. Prokurator rejonowy w Zabrzu osobiście postawił Lechowi F. zarzut sfałszowania umowy pożyczki. Akt oskarżenia trafił do sądu.

Interwencja

Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro odwołał prokuratora rejonowego w Zabrzu. Prokurator był widać zbyt niezależny. Po czym Prokuratura Okręgowa w Gliwicach odwołała nakaz zatrzymania Lecha F., a później umorzyła śledztwo prowadzone w sprawie szantażu korupcyjnego.

Kolejne działania państwa polskiego wyglądały dosyć szokująco. Zajmowano się nie tym, kto był przestępcą, lecz ofiarą przestępstwa. Jerzy Gołubowicz został oskarżony o to, że sfałszował oświadczenie majątkowe (nie wpisał ćwierćmilionowej pożyczki), że zapomniał wykazać diety w wysokości 320 zł (za udział w posiedzeniach Komunalnego Związku Komunikacyjnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego), że nie wykazał w oświadczeniu majątkowym działki, na której stoi jego domek jednorodzinny (domek wykazał, a ziemi pod nim nie). Tu mu się upiekło, ale został również oskarżony o złożenie fałszywego doniesienia o przestępstwie przyszłego trupa (chodziło o sfałszowaną umowę pożyczki). Za to skazano go na 7 miesięcy więzienia w zawieszeniu.

I wreszcie kolejny sąd uznał roszczenie Lecha F. Najpierw zapytał go, skąd miał taką wielką kwotę. Przyszły trup odparł, że co prawda nie ma stałej pracy, ale utrzymuje się z renty matki, nie ponosi więc znacznych bieżących wydatków. Dlatego ma oszczędności. Sąd chciał wiedzieć, skąd aż tak duże. Lech F. wyjaśnił, że kilkaset tysięcy złotych zarobił, jeżdżąc do Niemiec na zbiory truskawek i szparagów.

Na tej podstawie sąd uznał, że bezrobotny Lech F. rzeczywiście pożyczył prezydentowi Zabrza 246 tys. zł. Uznał nie tylko roszczenie główne, ale lichwiarskie odsetki wynoszące 5 proc. miesięcznie. Z wyroku wynikało, że Gołubowicz musi przyszłemu trupowi oddać okrągły milion złotych.

Śledztwa i procesy szeroko relacjonowała lokalna prasa, która z prezydenta zrobiła oszusta i naciągacza. Głoszono, że jego problemy wynikają z zamiłowania do hazardu, tylko nie było na to żadnych dowodów, tak się z tym nałogiem ukrywał.

Nałogowy hazardzista i oszust nie mógł wygrać kolejnych wyborów. Władzę w Zabrzu przejęła prawica. Gołubowicz zaś powrócił do pracy badawczej. Poza informatyką przestrzenną zajmował się również ochroną środowiska. Jako profesor prowadził zajęcia w Politechnice Śląskiej, pracował w PAN. Za osiągnięcia naukowe otrzymał nagrodę państwową I stopnia.

Potworne zabójstwo

Jako naukowiec przestał być również atrakcyjny dla „grupy biznesmenów”. Komornik windykujący dług na rzecz Lecha F. doprowadził do spotkania obu panów. Przyszły trup zadeklarował, że nie chce unieszczęśliwiać rodziny Gołubowicza, zabierając mu cały majątek. Będzie zadowolony, jeśli zamiast miliona złotych otrzyma 80 tys. zł. Następnie oświadczył, że i z tych 80 tysięcy zrezygnuje, jeżeli pan profesor pomoże napisać pracę doktorską. Uszczęśliwiony profesor gotów był osobiście mu ten doktorat napisać. Zaczęli się często spotykać. Praca nad doktoratem rzeczywiście szła naprzód. Lech F. całkowicie zawiesił egzekucję długu. I 2 tygodnie po tej decyzji pies wytropił w lesie trupa. Ciało ledwie było zamaskowane, jak gdyby komuś zależało na tym, żeby szybko zostało odkryte.

Swojemu przyjacielowi, naczelnikowi wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Zabrzu, Lech F. wielokrotnie mówił, że kogoś się boi. Narzeczonej i matce mówił, że boi się pewnego biznesmena. I wymieniał nazwisko tego człowieka, do którego udawał się po spotkaniach z Gołubowiczem, monitorowanych przez policję. Mimo to wytypowano tylko jednego podejrzanego. Dla prokuratury, a później dla sądu oczywiste było, że tylko jedna osoba mogła zabić Lecha F. – Jerzy Gołubowicz. Zatrzymano go, przesłuchano (co było formalnością) i aresztowano. Przez 13 miesięcy, które upłynęły od zatrzymania, do momentu gdy akt oskarżenia wpłynął do sądu, z Gołubowiczem nikt nie rozmawiał, nikt nie pytał go, co ma na swoją obronę. Ani jemu, ani obrońcom nie pokazano akt, nie było więc wiadomo, jakie dowody należy zabezpieczyć. Dopiero od sądu Gołubowicz dowiedział się, w jaki sposób zamordował Lecha F.

Mord był wyjątkowo okrutny. Pan profesor, który nigdy nikogo nie uderzył, swoją ofiarę miał zarżnąć jak kurczaka. Wcześniej zakatować. A po morderstwie spokojnie odjechać samochodem, zrobić zakupy, rozmawiać z ludźmi i w ogóle zachowywać się, jak gdyby to był kolejny zwykły dzień.

Co ustaliła prokuratura, w to uwierzył sąd, który w uzasadnieniu wyroku dosłownie przepisał niektóre fragmenty aktu oskarżenia. Czyli rzekomo było tak:

Gołubowicz miał zaczepić człowieka, którego bardzo słabo znał i poprosić o pomoc w wynajęciu zbirów do obezwładnienia Lecha F. Ten przypadkowy człowiek okazał chęć pomocy i znalazł trzech takich ludzi. Każdy z nich miał w zamian dostać po tysiąc złotych. Potem Gołubowicz zwabił Lecha F. do lasu. Ofiara została obezwładniona, skrępowana i zakneblowana. Następnie pomocnicy odjechali, a Gołubowicz wziął kij baseballowy i kijem tym rozwalił ofierze czaszkę. Potem odłożył kij i wziął do ręki nóż. Poderżnął umierającemu już człowiekowi gardło. I jeszcze próbował odciąć głowę, ale okazał się za słaby.

Gdy już zakończył mordowanie, sekatorem poobcinał gałązki okolicznych drzew, liście paproci, i nakrył nimi zwłoki. Na zwłokach nie znaleziono materiału biologicznego należącego do Gołubowicza, a na jego ubraniu, w jego samochodzie i domu też nie było niczego, co mogło świadczyć o udziale profesora w zabójstwie. Zdaniem prokuratury i sądu to tylko potwierdzało tezę, że Gołubowicz wszystko doskonale zaplanował. Był tak przebiegły, że chociaż jest praworęczny, podrzynając gardło Lecha F. trzymał nóż w lewej ręce. Profesor informatyki i spec od systemów GPS w swej przebiegłości jednak zapomniał o tym, że zdradzić go może telefon komórkowy. Wziął go na miejsce zbrodni, a tuż przed nią i zaraz po niej nawet z niego wydzwaniał do jednego z wynajętych zbirów. Gołubowicz twierdzi, że parokrotnie zdarzyło się, iż jego telefon zaginął, ale prokuratura i sąd uznały to tłumaczenie za śmieszne. Zresztą nawet i tego do końca nie sprawdzono, czy sposób logowania się telefonu komórkowego Gołubowicza w sieci potwierdza obecność urządzenia w pobliżu miejsca zbrodni.

Atak sądowy

Wynajęte rzekomo przez Gołubowicza zbiry do dziś uparcie twierdzą, że mokrą robotę zlecił im pośrednik, a byłego prezydenta Zabrza nie widzieli ani na miejscu zbrodni, ani nigdzie indziej, z wyjątkiem ławy oskarżonych. Była to na tyle niewygodna okoliczność, że jednemu z oskarżonych zagrożono zakazem widzeń z rodziną, jeśli nie zezna, iż widział Gołubowicza na miejscu zbrodni. Innemu prokurator dyktował, co ma zeznać. Rzecz rzadka, ale w protokole zachowało się następujące stwierdzenie prokuratora: „Pan musi spontanicznie odpowiadać, nie mogę za bardzo sugerować”.

Gołubowicz tłumaczył, że nie może być zabójcą Lecha F., gdyż w dniu morderstwa najpierw pojechał do miejscowości zniszczonej przez tornado (to część jego badań), następnie sprzątał mieszkanie córki, a potem zrobił zakupy w sklepie Makro. Sąd nie dał mu wiary. Wówczas Gołubowicz przedstawił wykonane przez siebie zdjęcia policjantów zabezpieczających domy zniszczone przez tornado. Zeznali oni, że służbę w tej miejscowości pełnili tylko raz – właśnie wtedy.

Sąd otrzymał nagranie z kamer w Makro, na którym widać byłego prezydenta. Komentując ten fakt, sąd stwierdził, że Gołubowicz w ten sposób robił sobie alibi.

W ogóle nie sprawdzano, czy był on feralnego dnia w mieszkaniu córki, czy nie – mieli go widzieć sąsiedzi – gdyż okazałoby się, że nie mógłby znaleźć się na miejscu zbrodni. Popełniono ją w wymysłowskim lesie (wschodnia część województwa śląskiego, okolice Będzina), a miejscowość dotknięta przez tornado znajduje się na Opolszczyźnie.

Policzono, ile trwa przejazd od wsi zniszczonej przez tornado do wymysłowskiego lasu, a następnie do sklepu Makro w Zabrzu. Ustalono, że Gołubowicz miał najwyżej 7 minut na użycie kija baseballowego, potem noża, następnie ścięcie gałęzi i liści, nakrycie nimi zwłok, przebranie się i dokładne umycie (ze zdjęć wykonanych przez policję wynika, że mord był bardzo krwawy). 7 minut to bardzo dużo, Sąd Okręgowy w Katowicach nie miał więc najmniejszych wątpliwości i skazał byłego prezydenta na 25 lat puchy.

Jerzy Gołubowicz siedzi w więzieniu już piąty rok. Ponieważ nie zabił wszystkich spadkobierców Lecha F., włącznie ze skarbem państwa, spadkobiercy wznowili więc windykację długu, który spłacić ma pani Gołubowiczowa. Tymczasem wyrokowi przyjrzał się Sąd Apelacyjny w Katowicach. Rzadko kiedy sędziowie są tak krytyczni wobec swoich kolegów. W tym przypadku na kilkudziesięciu stronach apelacji mamy bardzo poważne zarzuty, np.: „Nie tylko nie mamy do czynienia z prawidłową oceną zgromadzonych dowodów, ale część z ustaleń jawi się jako dowolna, a czasem wręcz sprzeczna ze zgromadzonym materiałem dowodowym”.

Proces Gołubowicza ruszył po raz kolejny. Po czym do ministra sprawiedliwości trafiło doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez obrońców byłego prezydenta. Mieli oni rzekomo wręczyć sędzi prowadzącej proces 200 tys. zł za „załatwienie sprawy prezydenta”. Prokuratura i policja sprawdzały billingi rozmów sędzi i adwokatów. Okazało się, że ani razu nie rozmawiali ze sobą. Prowokacja się nie powiodła. Nie ustalono, kto był jej autorem i komu zależy na zastraszeniu sędzi i obrońców. Ale sam fakt jej przeprowadzenia świadczyć może o tym, że Gołubowicz został w morderstwo wrobiony. A to, że jako prezydent reprezentował SLD, tylko mu zaszkodziło.

Wasze komentarze 12 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Mam nadzieję że prezydent Słupska czyta „NIE”. W przeciwnym razie może nie wiedzieć że ma dług.

  • Tak rzeczywiscie funkcjonuje w Polsce prokuratura i sady. Jest to porazajace.!

  • Nic dziwnego, że w polsce tak trudno dostać pozwolenie na broń. Zbyt wielu ludzi tak załatwionych przez kurestwo z prokuratur i sądów, i nie tylko, wzięło by swoją obronę we własne ręce. W tym państwie tylko bandyci czuję się bezpiecznie.

  • Czekajcie, niech tylko Duda sterowany przez „prezesa” zostanie prezydentem. Oj, będzie się działo.

    • Po debacie zmieniłem zdanie. Do tej pory oczywiste było tylko to – kiła czy rzeżączka, teraz oceniam Komorowskiego na zapalenie płuc. Nie chcę choroby wenerycznej.

  • Jak doszło do tego w kraju w którym nie ma już komuny?

  • „W poniedziałek 18 sierpnia 2008 r… Krajem rządziło PiS.”

    Nie kretynie, w 2008 nie rządziło już PIS, bo przegrali wybory w 2007 r.. Jeśli nie znasz tak podstawowych faktów, to znaczy, że w NIE piszą już chyba sami Gimbusiarze.

  • Tylko „życzliwy” może nazwać kogoś (bez względu na powód) kretynem.
    W 2008 roku to już był „finał” ciągnącej się wcześniej (za rządów PIS) sprawy.

    • Jednak ten finał to morderstwo dokonane w czasie wolnym od PiS-u. Prawie rok wolności to dużo. Całe śledztwo w sprawie morderstw było prowadzone przez „wolną” od nacisków prokuraturę. Cała to obrona swojaka po legitymacji, nie trzyma się kupy a właściwie jest do dupy.

  • a mi za rządów PIS pękła szyba w aucie

  • porażające…, nie do uwierzenia! … PIS może coś takiego zrobić Kukizowi i niestety, wielu przypadkowym niewinnym … ( nie mam wątpliwości, że będzie się działo… )

  • Pan Gołubowicz nie był profesorem ani czlonkiem PAN. Był jedynie pracownikiem placówki PAN w Zabrzu. Trochę rzetelności dziennikarskij by sie przydało.