Motto tygodnia: Hop, siup, po kanapie! Berczyńskiego nikt nie złapie!

Autor
M.Z.

Szczuje

numer 16/2017

W jednej trumnie smoleńskiej zmieszczą się dwie głowy, trzy nogi i mnóstwo bzdur.

Portal internetowy wPolityce.pl, od lat obsługujący propagandowo PiS, w Wielki Piątek podał wiadomość: przy kolejnej ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej okazało się, że do jednej trumny złożono dwie głowy, trzy nogi i cztery miednice.

Włos się jeży no głowie! Prokuratura, nadzorująca ekshumacje, informacji tej nie potwierdziła. Jej rzeczniczka oświadczyła: nie wiemy skąd oni to wzięli, my takich danych nie posiadamy. Kilka tygodników powtórzyło sensację, ale większość prasy, nie wyłączając takich pism jak „wSieci” czy „Do rzeczy”, pominęła ją na razie milczeniem. Jedynie telewizyjne rządowe (dawniej publiczne) „Wiadomości” uczyniły tę informację tematem dnia i powróciły do niej zaraz po świętach. W atmosferze nagonki i szczucia.

Rosjanie świadomie i celowo poniewierali ciałami poległych naszej elity, PO im to umożliwiła, a potem ich kryła, zakazując otwierania trumien w Polsce.

Rzecz wygląda raczej nieprawdopodobnie, choć być może jakieś ziarno prawdy w tym się kryje. Nie można wykluczyć, że w wypadku bardzo zniekształconych zwłok przy dokładnym badaniu w trumnie znalazły się fragmenty obcej czaszki, nogi i miednicy. Ale tylko ignorancja lub cynizm pozwalają budować na tym gromkie i nienawistne oskarżenia o celową profanację.

Wiadomo od dawna, że zwłoki ofiar katastrof lotniczych są najtrudniejsze do identyfikacji, a czasami wręcz do wyodrębnienia. Do dziś nie udało się odnaleźć ośmiu ciał ofiar katastrofy amerykańskiego boeinga nad szkockim Lockerbie (1988). Spośród 185 ofiar katastrofy lotowskiego Iła-62 w Lesie Kabackim pod Warszawą (1987) udało się po kilkutygodniowych wysiłkach zidentyfikować jedynie 121 ciał. Pozostałych pochowano w zbiorowej mogile na warszawskim Cmentarzu Północnym i uczczono wspólnym pomnikiem. Takich przypadków było w historii katastrof wiele.

Najnowsze metody identyfikacji zwłok za pomocą DNA są dużo bardziej precyzyjne, ale też bardzo czasochłonne. Francuskiej żandarmerii i jej świetnym laboratoriom udało się zidentyfikować ciała wszystkich 150 ofiar katastrofy airbusa linii Germanwings w Alpach (2015), ale dopiero po dwóch miesiącach. Tyle czekały rodziny ofiar na zalutowane trumny i świadectwa zgonu bliskich.

Można sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby tyle czasu zwlekano z pogrzebami ofiar katastrofy smoleńskiej. Wtedy działano pod ogromną presją czasu. Trudno się dziwić, że nie uniknięto omyłek. Zwłaszcza jeśli się uwzględni okoliczności, wielkość i ciężar samolotu, uderzenie w ziemię z prędkością ok. 300 km/h oraz 4 dni prac identyfikacyjnych. Rozsądek nakazywałby odnieść do tej sytuacji ze zrozumieniem i ubolewaniem, a nie wykorzystywać do szczucia i bezpodstawnych oskarżeń.

Mitologia katastrofy smoleńskiej w ogóle karmi się fałszami obliczonymi na ignorancję lub naiwność „ciemnego ludu”. Ostatnio prokuratorzy z nowego nadania, rewidujący uprzednie śledztwo, postanowili zaostrzyć zarzuty stawiane rosyjskim kontrolerom ze Smoleńska. Raport Millera i prokuratora wojskowa uznały, że naprowadzając samolot, kontrolerzy podawali błędne informacje o jego położeniu i tym nieumyślnie przyczynili się do „sprowadzenia katastrofy”. Teraz prokuratura postanowiła przypisać im winę umyślną, choć na razie nie podała żadnych faktów to uzasadniających. Dziennikarz „Gazety Polskiej” Grzegorz Wierzchołowski postanowił wyręczyć prokuratorów i uzasadnić ich decyzję. Kontrolerzy ze Smoleńska – pisze – nie tylko informowali załogę niezupełnie ściśle, że jest „na kursie i ścieżce schodzenia”, co od dawna wiadomo, ale ponadto „wydawali pilotom komendy zezwalające na zniżania się oraz warunkowe próbne podejście do lądowania”. To jest fałsz! Czegoś takiego jak „próbne podejście do lądowania” w procedurze lotniczej nie ma. Rzeczywistość zanotowana na rejestratorach głosu była inna. Kontrolerzy poinformowali załogę o tym, że warunków do lądowania z powodu mgły nie ma. Na prośbę mjr. Protasiuka zgodzili się na zejście samolotu do tzw. wysokości decyzji – 100 m. Ale zastrzegli „posadka dopołnitelno” („lądowanie dodatkowo”). Eksperci wielokrotnie wyjaśniali, że taka komenda w rosyjskiej procedurze lotniczej oznacza, iż zgodę na lądowanie trzeba uzyskać osobno po osiągnięciu wysokości decyzji i kontaktu wzrokowego z ziemią. Bez takiej zgody należy z wysokości 100 m odejść na drugi krąg.

Ale eksperci swoje, a smoleńscy mitomani swoje.

 

M.Z.

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.