Motto tygodnia: Fantastyczne! Antoni i jego wojska cybernetyczne…

Autor
Michał Marszał

Stosunki polsko-lesbijskie

numer 37/2017

Wybrałem się na grecką wyspę Lesbos, aby uroczyście uścisnąć dłonie terrorystów mających w najbliższej przyszłości wysadzać się w polskich miastach.

Według rozpowszechnionej w świecie legendy na wyspie Lesbos wynaleziono drugie co do ważności zajęcie w historii ludzkości – lizanie cipy. Odpowiedzialna za to miała być Safona, starożytna grecka poetka, która w zamian przykrzyła się miejscowym dziewczętom grą na instrumentach, tańcem i recytowaniem homoerotycznych liryków. Jak większość legend, także i ta nie ma jednak nic wspólnego z prawdą. Seks oralny znany był już bowiem praprzodkom człowieka, którym w harcach pomagały szerokie twarzoczaszki, masywne żuchwy i na tyle słabo rozwinięty mózg, że nie potrafili jeszcze odmawiać. Na ziemie polskie seks oralny zawitał w okresie wczesnopiastowskim – i w tutejszej odmianie polegał na tym, że chłop odbywał z żoną stosunek, a potem orał nią pole.

Choć na pytanie, czy widział na wyspie jakieś lesbijki, 42-letni przepocony taksówkarz Teofanis odpowiada: „Sam jestem lesbijem, bo to po prostu określenie naszej ludności”, dziś niewielka wyspa kojarzona jest głównie jako brama wjazdowa uchodźców do Europy.

 

Nie zadzieraj nosa

Lot wśród złaknionych alkoholu turystów z warszawskiego Okęcia trwał prawie 4 godziny, a wszystko przez międzylądowanie na Samos, wyspie, na której urodził się inny bardzo zasłużony dla seksu Grek – Pitagoras. Podobno to on wymyślił, że można w trójkącie.

– Są tu? Są jacyś uchodźcy? – dopytywali się Polacy wysiadający z samolotu Polaków do samolotu wsiadających.

– Nic. Ani jednego – odpowiadano, a cały pokład, włącznie ze stewardessami, oddychał z ulgą.

Choć Samos leży równie blisko granicy z Turcją, co wysunięte bardziej na północ Lesbos, to jednak lesbijki i lesbije najmocniej odczuli napływ uciekinierów z ogarniętych walkami terytoriów Syrii, Iraku, Afganistanu i Libii. Liczba lotów czarterowych do Mityleny, stolicy Lesbos – miasta o powierzchni Kielc i z 30 tysiącami mieszkańców – spadła z sezonu na sezon o blisko połowę.

Po okraszonym gromkimi brawami lądowaniu opuściłem port im. Odysseasa Elytisa, greckiego noblisty, których ten kraj dorobił się jedynie dwóch i to w duperelowatej dziedzinie literatury. Większość współpasażerów ulotniła się autokarami w bardziej urokliwe zakątki wyspy, a ja stałem i wdychałem woń nieczystości płynnych, stęchłych ryb i rozgrzanych śmieci – całkiem jak u red. Ćwiklińskiego w mieszkaniu. Mitylena nie jest przesadnie urodziwym miastem, czego jedną z przyczyn jest wciąż odbijający się tu czkawką kryzys gospodarczy z 2009 r. Liczne opuszczone wille zabite są dechami, płoty cierpią na ubytki w sztachetach, a na placach zabaw bujają się samotnie zardzewiałe huśtawki; słowem jest tu niczym w lepszych rejonach Zgierza.

Główną rozrywką miejscowej ludności jest leżenie na oddziałach neurologicznych po wypadkach na skuterach użytkowanych bez kasku, wędkowanie, stanie w cieniu i picie wódki o smaku anyżowym, od której lepszy jest już nawet wypadek na skuterze bez kasku. Tym bardziej, że Grecy dopiero ostatniego dnia powiedzieli mi, że to się rozcieńcza z wodą.

 

Nie rób takiej miny

Pierwszym uchodźcą, którego spotkałem, był 24-letni Omar z Iraku. Choć jak na przyszłego terrorystę wydawał się mało wybuchowy, a wręcz nieśmiały, zgodnie z zasadami radykalnego islamu przy kilku piwach zgodził się opowiedzieć jak jest.

– Próbowałem przypłynąć na Lesbos 7 razy. Najpierw oszukali mnie przemytnicy. Potem kilka razy łapała mnie straż przybrzeżna – mówi łamaną angielszczyzną.

Zdecydował się na ucieczkę z rodzinnego Mosulu – gdzie skupiły się główne walki Państwa Islamskiego i armii rządowej – gdy w 2 dni zginęli jego wujek oraz kuzyn. I gdy otrzymał od obu stron konfliktu propozycje nie do odrzucenia – albo dołączasz do nas, albo obetniemy ci łeb.

W warunkach wojennych niemożliwe stało się wyrobienie wizy i legalny wyjazd do jakiegokolwiek kraju. Omar uciekał więc przez Syrię do Turcji. Tam namawiano go do popłynięcia w stronę Grecji, aby to Unia bujała się z problemem. A że ta bujać się nie chciała, kilkakrotnie odprawiano go z powrotem. Stał się więc zakładnikiem negocjacji Brukseli z Ankarą – gdy w Turcji dziurawiono mu ponton, wnioskował, że stosunki się poprawiły. Gdy nie przeszkadzano mu w wypłynięciu – wiedział, że Erdoğan zagniewał się na UE. Po dotarciu na Lesbos na ponad 2 miesiące zamknięto go w obozie. Pracował tam jako sanitariusz, zamiatacz i kalifaktor, a w wolnych chwilach zakuwał angielski. I poznawał zasady działania fundacji dobroczynnych, z których wiele chętnie przyjmowało rozdawane przez Unię euro, a z uchodźcami robiło sobie najwyżej pamiątkowe selfie.

– 70 procent Polaków sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców. Myślą, że ktoś taki jak ty, zanim się wysadzi, będzie u nas kradł albo żył z zasiłku – mówię i pokazuję mu badanie CBOS z maja 2017 r.

– To może ktoś z was spróbuje tu przyjechać i bez języka zacząć wszystko od zera? – uśmiecha się, po czym pociąga solidnego łyka.

– My na szczęście nie musimy – odpowiadam ze wzruszeniem. – Przez pokolenia pchaliśmy się na Zachód i byliśmy tam traktowani z buta. Teraz wreszcie możemy robić to samo!

Rodzina Omara – zanim jej część zginęła, a reszta postanowiła uciec – należała do irackiej klasy średniej. Gdy 24-latkowi nie latały koło głowy pociski, studiował na wydziale ekonomii uniwersytetu w Mosulu. Dzięki temu szybko policzył, że lepiej spieprzać, bo zaraz nie będzie za co żyć. Zburzony dom w jednym z najniebezpieczniejszych miast świata trudno sprzedać, a co dopiero zabrać na łódkę przemytników, na której sama kamizelka ratunkowa potrafi kosztować kilkaset dolarów.

– Irak przestał być bezpiecznym krajem po obaleniu przez Amerykanów, a i Polaków Saddama Husajna – mówi, kończąc drugą butelkę. – Otwarto granice, wymieniono kadry w armii. Przed 2003 r. mieliśmy jednego dyktatora, teraz mamy setki chętnych.

Pytam, dlaczego nie został w kraju, aby go bohatersko bronić.

– Nie będę oryginalny: bo wolę żyć niż umrzeć. Nie czuję lojalności wobec dzisiejszej irackiej władzy ani tych wszystkich ekstremistów, którzy chcą zająć jej miejsce.

Do Polski jechać nie zamierza, choć kojarzy, że to gdzieś koło Niemiec. Bawią go historie o chrześcijańskim podejściu do drugiego człowieka, wkurza wrzucanie wszystkich do jednego worka. Wie, że wśród uchodźców znajdują się źli ludzie, ale tak jest w każdej społeczności.

– Bo co, może nie macie u siebie więzień? – pyta złośliwie.

Marzy mu się Portugalia, ma tam przyjaciela z dzieciństwa. Czeka na pozwolenie na opuszczenie Grecji. Urzędnicy zdecydują o tym w październiku.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.