Motto tygodnia: Czy to dublerka jest Dudowa? Nie, to prezes Gersdorfowa.

Spieprzaj, Unio!

numer 18/2016

Najpóźniej za 5 lat PiS rozwiedzie nas z Europą.

Gdyby uważnie wsłuchać się w głos pisowców na bliskim zapleczu Kaczyńskiego, to okaże się, że sprawa polexitu jest w zasadzie przesądzona. Kuźmiuki i zbliżona do Prawa i Sprawiedliwości profesura szermują danymi wskazującymi, że członkostwo w strukturach europejskich niewiele nam daje już teraz, a za chwilę wyjdziemy na mariażu z Europą gorzej niż Zabłocki na środkach czystości.

Ochłapy dla Polski

Liczby, którymi posługują się eurosceptyczni propagandyści są jak najbardziej prawdziwe. W latach 2007-13 naprawdę otrzymaliśmy z UE ok. 97 mld euro brutto, a po odliczeniu składki Polski do budżetu unijnego było to ok. 73 mld euro. Naprawdę część z tych środków wróciła do państw płatników netto, z których pochodzą firmy realizujące inwestycje w Polsce. Można się nawet zgodzić, że mają ręce i nogi rachunki eurosceptyków mówiące, że jest tego trochę ponad 10 mld euro. Ale z tym, że dostaliśmy zatem ledwie ponad 60 mld euro netto w latach 2007-13 zgodzić się nie sposób. Przecież żadna zachodnia firma nie dostawała środków unijnych, po to by je stąd wywieźć. Dostawały hajs za to, że zbudowały autostradę, stadion, aquapark czy fontannę. A zbudowały dlatego, że wygrały przetarg. I nawet jeśli wiązała się z tym łapówka, to dostawał ją nasz polski zleceniodawca. Zbudowana za dotacje infrastruktura na Zachód nie wyjechała. Łapówki pewnie też nie. Dlatego odliczanie od kwoty, którą dostaliśmy, szmalu zarobionego przez firmy z Zachodu, jest pieprzonym nadużyciem.

Srebrniki na waciki

Pisowscy ekonomiści z lubością powtarzają też argument, że jeśli porównać wielkość otrzymanych środków z PKB Polski, który w tych latach wyniósł ok. 2500 mld euro, to kwota 97 mld euro stanowi 3,8 proc. tegoż PKB, zaś po odliczeniu naszej składki – 2,8 proc. A zatem nie jest to wielki zastrzyk finansowy. Gówno otóż prawda! Każdy minister odpowiadający za rozwój gospodarki w każdym rozwiniętym cywilizacyjnie kraju dałby się pociąć, by móc co roku wykazać PKB większy o niemal 3 proc.

Ciekawostką w rachunkach pisowskich jest też to, że pisowcy nigdy nie zestawiają kwoty unijnej pomocy z wielkością polskiego budżetu. Gdyby zestawili, to okazałoby się, że 73 mld euro to niemal całe jednoroczne przychody państwa polskiego. To tak jakbyśmy w ciągu siedmiu lat mieli do dyspozycji przychody z jednego roku więcej. Dzięki temu co roku można było wydawać 15 proc. więcej. I to wydawać nie na emerytów, leki czy inne sztywne, niczego niewnoszące pozycje, ale na inwestycje. W ludzi, infrastrukturę i innowacyjność.

Odeszły nadwyżki

To dzięki unijnemu hajsowi podnieśliśmy standard cywilizacyjnego poziomu życia. Dotacje z Brukseli zwiększyły łatwość podróżowania i bezpieczeństwo jazdy, poprawiły estetykę otoczenia, pozwoliły zbudować nowe hale i boiska sportowe, obiekty kulturalne i w cholerę innych ustrojstw. Dzięki tym środkom majątek Polski po prostu się zwiększył. I tego akurat pisowcy nie kwestionują, tyle że opatrują tę obserwację stwierdzeniem, że skok cywilizacyjny by nastąpił i bez środków unijnych, chociaż mniejszy. Gówno po trzykroć prawda. Czy ktoś pamięta, ile kilometrów autostrad i ekspresówek budowaliśmy przed rokiem 2004? A dlaczego było tego po kilka kilometrów rocznie? Bo państwa nie było na to stać. Musiało utrzymywać 20 procent bezrobotnych.

Tak się też składa, że wejście do Unii wiązało się dla Polski nie tylko z dotacjami, ale również z pozbyciem się 2 milionów ludzi, którzy nie mieli tu nic do roboty. Unia wchłonęła dwakroć więcej Polaków niż przypłyniętych na Bałkany ciapatych. I to bez gadania o kryzysie uchodźczym.

całość na łamach

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Co za jezyk. Niczym hejterskie komentarze w necie. Meczace.

  • Jezyk bardzo mi sie podoba. A ciapatych trzeba nazywac po imieniu :-))