Motto tygodnia: Tusku: na razie są prokuratury, niebawem będą tortury.

Autor
Marian Śrut

Śmierc przeszczepów

numer 50/2015

W Polsce Kaczyńskiego, Rydzyka i biskupów prof. Religa byłby… zbrodniarzem.

Premier Beata Szydło wyjawiła, że rząd uratuje służbę zdrowia przed zatracaniem, „wracając do programu śp. prof. Zbigniewa Religii”. Czytaj: lubiany przez Polaków kardiochirurg wielkim przyjacielem PiS-u był.

Nieco później Jarosław Kaczyński, Naczelnik Państwa Polskiego, bawił na urodzinach Radia Maryja. Porządek zbudowany przez PiS będzie zgodny z programem Radia Maryja. Rozgłośni nadającej, że śmierć mózgu nie istnieje, a szpitale, aby pozyskać narządy do przeszczepów, odstępują od leczenia pacjentów, czyli stosują utajoną eutanazję.

W imię Boga Wszechmogącego dawców narządów ubędzie, a kolejka do transplantacji się wydłuży. To wersja optymistyczna. Realistyczna jest taka, że program transplantacji w ogóle się zawali.

Cynaderki i wątróbka

Polska plasuje się na szarym końcu Unii Europejskiej pod względem liczby wykonywanych transplantacji. W zeszłym roku przeszczepiono 1500 narządów od zmarłych dawców, głównie nerek (ponad 1000) i wątrób (niecałe 400). Serc zainstalowano raptem kilkadziesiąt. Potrzeby są większe. Z danych na koniec 2014 r. wynika, że w kolejce za nową pompą stało ponad 300 chorych, 1000 oczekiwało na nerki, a ponad 130 łaknęło wątroby. Statystyka wskazuje, że 20 procent kolejkowiczów problem ma już z głowy – tyle wynosi roczna śmiertelność wśród pacjentów w stanie kwalifikującym do przeszczepu.

Powód degrengolady: brakuje dawców.

Aby to zmienić, od 2011 r. realizowany jest Narodowy Program Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej (NPRMT). Stawia on na edukację społeczeństwa, czyli na „upowszechnianie informacji dotyczących transplantacji jako bezpiecznej i skutecznej metody leczenia, integrację środowiska bioetycznego współpracującego w dziedzinie transplantacji, zmianę nastawienia społecznego do przeszczepów oraz budowę dobrego odbioru społecznego transplantacji jako metody leczenia”. Ale kosztowne wysiłki edukacyjne – łącznie do 2020 r. planuje się wydanie 450 mln zł – nie przynoszą spodziewanych rezultatów.

Rodzina w furtce

Zgodnie z założeniami NPRMT liczba pobrań i przeszczepień narządów w 2015 r. powinna być wyższa o 50 proc. w porównaniu ze stanem sprzed czterech lat. Ale to tylko pobożne życzenia: wskaźniki utrzymują się na tym samym niskim poziomie, a na dodatek wzrosła liczba odstąpień od wycinanek ze względu na postawę rodzin dawców.

Jest tak: każdy, kto nie chce, aby jego ciało po śmierci zostało wykorzystane jako źródło części zamiennych, musi złożyć oświadczenie. Jest ono ewidencjonowane w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów. Figuruje w nim niewiele, bo raptem 30 tysięcy osób, przy czym ponad połowa ma więcej niż 60 lat, zatem niewiele już może dać. Wystarczy, że dwóch członków rodziny potencjalnego dawcy stwierdzi, iż nie życzył sobie oddawania organów po swej śmierci – i po zawodach: lekarze nie dokonują pobrania, nawet jeśli sprzeciwu nie ma w rejestrze. W 2010 r. zanotowano 50 takich przypadków, w zeszłym roku było ich 100.

Wciąż blado

Jak bardzo transplantologia wrażliwa jest na klimat, okazało się w 2007 r., gdy CBA po wodzą Mariusza Kamińskiego przyskrzyniło dr. G., ordynatora kardiochirurgii warszawskiego szpitala MSWiA. Po tym jak Zbigniew Ziobro zakomunikował, że już nigdy nikt przez tego pana życia pozbawiony nie będzie, dramatycznie spadła liczba zmarłych dawców narządów i Polska ze wskaźnikiem 9,2 pobrań organów na milion mieszkańców wylądowała na przedostatnim miejscu w UE. Dziś jest ciut lepiej, ale nadal wyglądamy blado, w czym wielka zasługa katolickich publicystów i teologów.

Pacjent wyklęty

Żeby doszło do przeszczepu, specjalna komisja musi orzec śmierć mózgu dawcy. Organy prasowe Tadeusza Rydzyka mówią o tym dużo i chętnie. Podstawowe tezy: a) dziurawe kryteria śmierci mózgowej przepuszczają ludzi, których można wyleczyć i pozwolić wrócić do pełni zdrowia; b) gdy pacjent w śpiączce trafia do szpitala, traktowany jest jako potencjalny dawca narządów i traci prawo do leczenia; c) w zarządzanej przez bezbożników służbie zdrowia chory w śpiączce na wzór żołnierza wyklętego uzyskuje status pacjenta wyklętego i po nim. Wniosek: teoria śmierci mózgu ma nienaukowy charakter, zatem transplantacja na niej oparta o nią jest dla katolika nie do przyjęcia.

Pogląd taki w mediach Rydzyka głoszą różne autorytety moralne i naukowe, ale szczególnie często głos dają profesor od rehabilitacji Jan Talar oraz ojciec dr Jacek Maria Norkowski, dominikanin. Duet ten nienaukowe kryteria śmierci mózgu przeciwstawia ścisłej nauce Kościoła katolickiego. Zgodnie z nią zgon człowieka polega na oddzieleniu duszy od ciała. Ponieważ lekarz nie jest w stanie stwierdzić, czy dusza uleciała do nieba, piekła lub czyśćca, nie wie, czy ma do czynienia z trupem, czy też z żywą, bo wciąż zamieszkałą przez ducha materią, czyli istotą ludzką. Nie ma zatem prawa pobierać narządów, bo np. po wycięciu serca pacjent kipnie, choć gdyby pompy mu nie wycięto, żyłby w najlepsze, bił żonę, płodził dzieci i inkasował co miesiąc 500 zł od łba. Zwłaszcza że dusza jest nieobliczana i bywa, że uleci z ciała, a potem wraca. Żeby nie było wątpliwości, ojciec Norkowski wykłada kawę na ławę: „Kościół katolicki broni ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tzw. śmierć mózgowa nie jest śmiercią w ogóle, a śmierć na stole operacyjnym w charakterze dawcy narządów na pewno nie jest naturalna”.

Wyczyny Radia Maryja i „Naszego Dziennika” to wcale nie szczyt możliwości. W „Polonii Christiana” , periodyku wydawanym przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi w lipcu ukazało się 6 sążnistych artykułów przedstawiających Polaków jako naród wybrany przez lobby transplantacyjne na dawców darmowych organów. „Choć tak naprawdę przeszczepienie prowadzi do szybkiej śmierci biorcy, nawrotu choroby, z powodu której narząd wymieniono, rozwinięcia u biorcy choroby nowotworowej lub ciężkiej choroby zakaźnej” – zauważają publicyści pisma.

Ku czemu zmierza Polska Kaczyńskiego i Rydzyka, można było się przekonać podczas konferencji „Życie bliskie śmierci” zorganizowanej przez kurię warszawsko-praską.

Odlot ducha

W trakcie tego wiekopomnego wydarzenia abepe Hoser powiedział, że Kościół nie godzi się na śmierć jednej osoby, aby mogła żyć druga. Pewna natchniona lekarka stwierdziła, iż to, co powszechnie mówi się o transplantologii, czyni się po to, aby uspokoić sumienia i szeroko rozumianą opinię publiczną; natomiast ks. prof. Tadeusz Guz, wykładowca filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, wytłumaczył, że śmierć mózgu to bulszit, gdyż zgon jest aktem rozdzielenia duszy i ducha ludzkiego od ciała, po czym zażądał, aby „medycyna służyła najważniejszej nauce, jaką jest teologia katolicka”. Wywodząc przy tym mniej więcej to samo, co rozgłośnia Rydzyka: lekarz nie jest w stanie stwierdzić zgonu według kryteriów teologicznych, zatem nie ma prawa pobierać narządów na podstawie orzeczenia o śmierci mózgu, bo jest ono wydawane wedle zwodniczych wskaźników medycznych.

W tym świetle Religa jawi się nie jako genialny lekarz z sercem na dłoni, ale ohydny zbrodniarz, bo wszystkie pompy, jakie wszył w swym życiu, pochodziły od dawców uznanych za martwych na podstawie wykitowania mózgu, a nie odlotu ducha.

Lecz niebawem zbrodni takich nie będzie.

W konferencji „Życie bliskie śmierci” brał udział Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia w rządzie Beaty Szydło. Książę – katolik prawy i sprawiedliwy – uprzejmie zgodził się z prof. Guzem, dodając, że medyk w tak metafizycznych momentach jak poczęcie lub śmierć jest bezradny. Póki co Na razie przeszczepów nie zakazał, ani kryteriów zgonu wywiedzionych z nauczania Kościoła nie ustanowił, ale z finansowaniem programu in vitro z publicznych pieniędzy rozprawił się błyskawicznie.

W imię

Światły i oparty na empirii pogląd, iż śmierć mózgu nie jest śmiercią, a mafia przyczepowców wykorzystuje to pojęcie, aby bezkarnie pobierać narządy od żywych dawców, powinien być oczywisty dla każdego katolika. W katechizmie o śmierci mózgu nie ma bowiem ani słowa, za to stoi, iż „w momencie śmierci, będącej rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu, podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem, chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem”. Na razie katechizm nie jest obowiązującym w RP aktem prawnym, ale gdy Kaczyński w imię Boga Wszechmogącego zaprowadzi porządek, katechizm zastąpi konstytucję i specjalny trybunał pod przewodem prof. Guza będzie badał, czy wydane przez świeckie władze obwieszczenia, rozporządzenia i ustawy – w tym o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów – są z nim zgodne.

Jelenia, nie Jasna

Zbigniew Religa na własnej skórze doświadczył, co znaczy zmagać się z deficytem dawców w polsko-katolickim klimacie. Dlatego postanowił się od klimatu uniezależnić, opracowując prototyp sztucznego serca.

Lecz nie tylko dlatego tyle ma wspólnego z PiS-em, co przeszczep mózgu ze skrobanką. Religa w latach 2006-2007 jako minister zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego był wyjątkowym okazem. Program ratowania służby zdrowia, na który dziś powołuje się premier Szydło, rzeczywiście spłodził, ale polegał on na sformułowaniu koszyka świadczeń gwarantowanych, czyli skatalogowaniu usług, do jakich pacjent ma prawo z tytułu opłacenia obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Jeśliby uznał, że to mało, mógł wykupić dostęp do innych świadczeń. W ten sposób Polacy z zasobniejszymi portfelami mieli dodatkowo zasilać budżet służby zdrowia. Ponadto Religa domagał się, aby wydatki na leczenie wynosiły co najmniej 6 proc. PKB, wobec czego postulował podwyższenie obowiązkowej składki z 9 do 13 proc. Ergo: uzdrowienie służby zdrowia ściśle wiązał ze wzrostem wpływów ze składek. Pomysły te pisuarom wybitnie nie przypadły do gust, a Bolesław Piecha, wiceminister zdrowia, mając namaszczanie prezesa, jawnie rył pod prof. Religą. I nic dziwnego: partia prawa i sprawiedliwa głosiła wtedy to samo, co dziś, czyli że każdy ma prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Bezpłatnej, czyli finansowanej z budżetu państwa. Religa stanowczo był przeciwny takiemu rozwiązaniu, a gdy zrozumiał, że jest osamotniony, zagroził dymisją. Nie doszło do niej, bo znany i ceniony przez ciemny lud kardiochirurg był dla PiS-u zbyt cennym kąskiem. Prezydent tysiąclecia namówił go do pozostania w rządzie. Profesor z Piechą się pojednał, ale w ramach podzięki za konsensus na Jasną Górę się nie wybrał. Za to pojechał do Jeleniej Góry, żeby od producenta leków dowiedzieć się, dlaczego w sprzedaży znalazł się medykament niebezpieczny dla zdrowia. Bo ateiści tak mają, że wolą Jelenią od Jasnej.

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Litości nie cofajcie Polaków do epoki kamienia łupanego

  • och, mam natchnienie do pracy:
    akwarela+węgiel, obraz”Oczekiwanie Tadeusza”.
    Na obrazie będzie można zobaczyć jak dusza Tadeusza Rydzyka, po śmierci, oczekuje na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbianym ciałem. Piękny ten obraz będzie do nabycia bezpośrednio odemnie. Aga

    • A mogłabyś namalować hybrydę prezydenta i jego mentora i zatytułować ją „Dukacz”? Może mieć przed sobą jakąś mównicę.