Motto tygodnia: Do Wolski przyjechał pan, prawdziwy pan. Jaśnie pan Erdoğan.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki czuł, że zaciska mu się pętla na szyi. Jeszcze się bronił, odszczekiwał, zaprzeczał i oskarżał rzekomych kłamców, ale długo już to nie potrwa… Pewnego ranka łapsy ze Służby Kontrwywiadu Wojskowego – niektórym najpewniej wręczał nominacje oficerskie – przyjdą po niego, skują i postawią przed sądem. I to będzie koniec.

Wymienił w smartfonie kartę SIM, a w miejsce karty pamięci włożył czip, który od dawna nosił w portfelu. Zresetował aparat, wpisał PIN, odczekał, aż się załaduje, wybrał numer i wysłuchał nagranego komunikatu.

– Tri, tri, sjem, wosjem, tri, nol, nieobchodzjmo transportirowat – powiedział i się rozłączył.

Po piętnastu sekundach ktoś oddzwonił i podał kilkanaście cyfr, które Kownacki zapisał na kartce. Nauczył się ich na pamięć, a kartkę spalił w umywalce i spłukał wodą. Potem zdjął z półki podręcznik chirurgii dla studentów i za pomocą zapamiętanych cyfr odczytał komunikat: „Przerzut jutro, godzina alfa, miejsce gamma”. Spojrzał na zegarek – do transferu pozostały dwadzieścia trzy godziny.

Musiał się przygotować. Nie wolno mu zabrać żadnych dokumentów. Ubrania bez metek, kilkaset euro w używanych banknotach, mała butelka wody… Coś jeszcze?

Wyjął twarde dyski z laptopa, położył na desce do krojenia i przyniesionym z piwnicy młotkiem rozbił je na drobne kawałki. To samo zrobił z dwoma smartfonami. Elektroniczny złom włożył do torebki foliowej, którą zawiązał, wrzucił do sedesu i spuścił wodę. Deskę umył i położył na suszarce.

Żadnych śladów.

Skłamałby, gdyby powiedział, że się z tym nie liczył. Wiedział, że kiedyś musiało do tego dojść, nie sądził tylko, iż stanie się to tak szybko. Stanowczo za wcześnie. Mógł jeszcze tyle zrobić… Trudno. Nie szkoda róż, gdy płonie las. Jak to będzie po rosyjsku? Jebat rozy, kagda ljes gorit…

Zaczęła go boleć głowa. Połknął trzy tabletki paracetamolu, lecz mu nie przeszło.

Niczego nie żałował. Znał stawkę tej gry. Zawsze wysoko licytował, nic więc dziwnego, że w końcu musiał wpaść. Gdyby…

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu stacjonarnego.

– Kiedyś myślałem, że nigdy nie miałem tak fascynującej i udanej przygody. Teraz myślę, że nie lubię takiej wesołej podróży. Dlatego pomyśl o tym dziś lub jutro, mój przyjacielu – powiedział minister Antoni Macierewicz i odłożył słuchawkę.

Co?! Po co to powiedział? Bez sensu. Chyba że…

To, co powiedział Macierewicz przez telefon, Kownacki napisał na kartce. Dwadzieścia osiem wyrazów. Kownacki przepisał je w czterech rzędach po siedem słów. Wyobraził sobie konika szachowego, który stoi na polu ze słowem „kiedyś”.

No pewnie!

Trzy ruchy i trzy słowa: „Udanej”, „podróży”, „przyjacielu”.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.