Motto tygodnia: Matko Boska! Prezydentem nie będzie Zdanowska?

Siedzieli na leżakach, łapiąc promienie słoneczne i poddając się podmuchom ostrego górskiego powietrza. W myślach snuli plany na przyszłość, która wydawała się bardziej niż świetlana.

Premier trochę starszy, prezydent trochę młodszy, ale obydwaj w takim wieku, który dawał wiele najróżniejszych możliwości.

Załatwić Kaczora – myślał premier. Nie od razu, nie natychmiast, nie na chybcika. Należy stwarzać pozory zależności, schlebiać jego próżności, udawać, że na każde jego kiwnięcie jest się gotowym wykonać każdy rozkaz. Ale w sprzyjającym momencie nie wolno się wahać. Trzeba wyjąć dobrze ukryty nóż Brutusa i zadać cios, po którym już się nie podniesie.

Kaczor w tej grze nie jest tak ważny jak jego gwardziści – myślał prezydent. Jak on ich dobrze znał, tych wszystkich Brudzińskich, Kuchcińskich, Terleckich i Suskich… Bez prezesa nic nie znaczą, ale choć to prawda, to gdy prezesa zabraknie, nie rozsypią się w pył, nie znikną, nie rozpierzchną się. Obnażą kły i będą kąsać. Wściekle i na oślep, co nie znaczy, że mniej boleśnie.

Z Szydłową pójdzie najłatwiej – sądził premier. Wystarczy głośniej krzyknąć, żeby zabrała dupę w troki i czmychnęła, gdzie pieprz rośnie, czyli do Brzeszcz czy gdzie tam mieszka… Błaszczak może fikać, dlatego należy mieć swoich ludzi w policji i tajnych służbach. Jeśli natomiast chodzi o Macierewicza…

Najbardziej niebezpieczny jest Ziobro – uważał prezydent. Jego trzeba spacyfikować najpierw i na jak największą skalę. Do spodu!

Za Macierewiczem staną inni szaleńcy – przewidywał premier. I cały ten nawiedzony lud smoleński. Może nie obejść się bez rozruchów.

Każde zamieszki da się stłumić – tego prezydent był pewien. Jeśli uda się skutecznie zneutralizować Ziobrę, to reszta sama się ułoży. Nie taki Macierewicz straszny…

W promieniach słońca i szumie wiatru malowała się wizja władzy: światłej, pozbawionej zaściankowej zapiekłości, uporządkowanej, europejskiej. Bez sklerotycznych starców, bez histeryczek, bez durniów i bałwanów. Kto, jeśli nie oni dwaj – premier i prezydent – jest zdolny to sprawić? Tylko dzięki ich aliansowi Polska przestanie być zadupiem Europy. Dość wstydu. Dość machania szabelką i siekierką w Puszczy Białowieskiej.

Być jak Władimir Władimirowicz Putin – pomyślał prezydent.

Być jak Dmitrij Anatoljewicz Miedwiediew – pomyślał premier.

Albo na odwrót – pomyśleli obydwaj.

A potem podnieśli się z leżaków i spojrzeli w dół. Gdzieś tam była Polska, która leżała u ich stóp.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.