Motto tygodnia: Duda jest łowcą – ukradł marsz narodowcom.

Patryk Jaki był więźniem własnej kampanii wyborczej. Siedział – jak hrabia Monte Christo – w ciasnej celi szczytnych celów osobistych i partyjnych. Strzegli go strażnicy wyobrażeń o zwycięstwie: spin doctorzy, piarowcy, spece od wizerunku, wolontariusze, podstawieni zwykli warszawiacy.

Budził się na gwizdek, mechanicznie ścielił pryczę z puchowymi poduszkami, ubierał się w pasiak garnituru i krawata, jadł śniadanie na rozkaz, przekraczał progi studiów radiowych i telewizyjnych jak gdyby wychodził na specerniak. Najgorszą torturą było ciągłe uśmiechanie się i robienie dobrej miny do jakże podłej gry.

– Jak się panu siedzi, panie ministrze? – zdawali się pytać dziennikarze, a on z przyklejonym do twarzy uśmiechem odpowiadał jak robot: – Znakomicie, świetnie, fantastycznie.

– Jest pan szczęśliwy?

– Najszczęśliwszy w życiu – kłamał. – Każdy na moim miejscu byłby szczęśliwy, czyż nie?

Dziennikarze uciekali wtedy wzrokiem, a gdy któryś miał na tyle silnej woli, żeby popatrzeć mu w oczy, w jego spojrzeniu widać było pogardę dla galernika.

Bo był galernikiem skazanym na udział w kampanii. Często współczuł sobie, popłakując w tych nielicznych chwilach, gdy pozostawiano go samego. Użalał się nad własnym losem, który był przewidywalny jak śmierć. Dzień podobny do dnia, samotna noc do samotnej nocy, pobudka, śniadanie, spacerniak, Boże, pomóż…

Aż raz usłyszał brzęk upadających kluczy. Jeden z klawiszów najwidoczniej upuścił atrybut swojej władzy. Jaki zrobił się czujny jak ważka. Chociaż wszystko w nim rwało się do wolności, musiał się teraz przyczaić i czekać na najsposobniejszy moment. Prawie przestał oddychać.

Drżącymi z emocji rękami sięgnął po klucze, najciszej jak potrafił otworzył celę, przemknął się labiryntem korytarzy, wyczekał chwili, w której cerber się czymś zajął – i czmychnął na powietrze pachnące wolnością. Miał ochotę biec, nie oglądając się za siebie – tak długo, aż na horyzoncie dostrzeże brzeg morza. Marzył o ściągnięciu garnituru i zanurzeniu się w chłodnych falach.

Nie wiedział, skąd w jego ręku wziął się nóż. Nie miał pojęcia, skąd w jego głowie wzięła się żądza mordu. Jakiś robak wwiercał mu się w mózg i podpowiadał: – Zabij, zabij, zabij!

Zamiast brzegu morza pojawili się dziennikarze. Kamery, reflektory, mikrofony. I pytania, dziesiątki pytań.

Jaki zadał pierwszy cios, mówiąc: – Nie nadaję się na prezydenta Warszawy.

A potem zalał go mrok. Nóż dźgał raz za razem, a słowa same płynęły z ust: – Nie nadawałem się na wiceministra sprawiedliwości, bo nie znam się na prawie. Prawie na niczym się nie znam. Jestem zwykłym chłopakiem z opolskiego blokowiska. Chciałbym napić się piwa, a nie przewodniczyć komisji weryfikacyjnej. Co mnie obchodzi reprywatyzacja? To cyniczna gra partyjnych władców marionetek. Jestem ignorantem i dobrze mi z tym. Nie wiem, co to jest hekatomba i nie chcę wiedzieć. Słyszycie, nie chcę! Nie muszę, nie umiem, nie potrafię…

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.