Motto tygodnia: Myśliwce F-35 – zakupy do dupy.

– Rzygam już tą polską pedofilią – powiedział Franciszek, sięgnął po miskę i zwymiotował.

Na twarzy siedzącego naprzeciwko papieża arcybiskupa Charlesa Scicluny nie drgnął nawet mięsień.

– Drobne złodziejaszki i pozbawione poczucia humoru pyszałki – narzekał Franciszek. – Nawet ich pedofilia jest nieznośnie nudna.

Scicluna skinął głową.

– Nie to, co nasz słynny drań… Przypomnij mi, jak się nazywał.

– Degollado – posłusznie podpowiedział arcybiskup. – Marcial Maciel Degollado.

– Tak! To dopiero był pistolet! Ruchał kobitki, facetów, dzieci, w tym własne. Kradł miliony, łgał, Jana Pawła II owinął sobie wokół palca. A Polacy? Jeden coś dziubnie, drugi kogoś zahaczy… Nuda!

Scicluna powtórnie skinął głową.

– Albo drużyna z Chile! – ciągnął papież. – Każdy ruchał, każdy każdego osłaniał, żaden się do niczego nie przyznawał.

– Do czasu… – rzekł Scicluna głosem tak spokojnym, że aż przerażającym.

– Do czasu, masz rację, mój Scicluno, do czasu… To ty ich przejrzałeś na wylot, odkryłeś wszystkie przewały i dałeś ultimatum. Jak oni się płaszczyli, jak przepraszali, jak przyrzekali poprawę… – Franciszek zamknął oczy, chcąc sobie przypomnieć tamtą chwilę, ale zaraz je otworzył. – Tego samego oczekuję od ciebie teraz w Polsce. Jedź, odkryj i podaj mi ich na tacy.

– Polaka też?

– Nie, Polaka nie. Głódzia! Chcę go widzieć na kolanach!

– A Jędraszewskiego? – zapytał arcybiskup, wcześniej spoglądając do notesu.

– Z Jędraszewskim się zabawimy. Najpierw ty mu powiesz, że wylatuje, a potem ja zaproszę go do Watykanu i powiem, że żartowałeś. Dobre? – spytał Franciszek, który słynął z poczucia humoru.

Scicluna zgodził się milcząco.

– Trzeba by też coś zrobić dla tych chłopaków od filmu. Jak się nazywają?

Arcybiskup zerknął do notesu i odparł: – Sekielscy. Marek i Tomasz.

– Jakiś krzyżyk albo order? Tylko jaki? Krzyż Laterański wystarczy?

Scicluna mrugnął na znak aprobaty.

– Mało! – zawołał Franciszek. – Dam im jeszcze po Wielkim Krzyżu Orderu Świętego Sylwestra. I po Pro Ecclesia et Pontifice, co mi zależy? Muszę ci też powiedzieć, mój Scicluno, że z tego bardziej takiego…

– Grubego? – zapytał arcybiskup. – To Tomasz.

– Z tego Tomasza to byłby kardynał jak się patrzy, co?

Scicluna najpierw udał, że ze zgrozy wznosi oczy ku niebu, a potem głośno się roześmiał.

Papież też się śmiał. Nie wiadomo, z czego bardziej – z tego, że wyobraził sobie grubego Sekielskiego w kardynalskim kapeluszu, czy z widoku Głódzia, na kolach błagającego o łaskę.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Wyrażenie, „…czy z widoku Głódzia, na kolach błagającego o łaskę.” nie oddaje miary upodlenia błagającego. Ja myślę, że byłoby większe prawdopodobieństwo błagania o flaszkę.