Motto tygodnia: Pyton grasuje, a policja protestuje.

Sam wyszedł z trumny, która spoczywała na lawecie, nieprzykryta kirem ani flagą Rzeczypospolitej. Sam chwycił bat w dłonie i zeń strzelił, żeby pogonić konie. Konie ani drgnęły. Pchnął zatem armatę i z mozołem toczył ją ku cmentarzowi. Sam.

Spojrzał na audytorium, ale audytorium nie było. Nie było tych wszystkich partii i ugrupowań politycznych, do których należał w porządku alfabetycznym: Akcji Polskiej, Koalicji dla Rzeczypospolitej, Ligi Polskich Rodzin, Przymierza dla Polski, Razem Polsce, Ruchu dla Rzeczypospolitej, Ruchu Katolicko-Narodowego, Ruchu Odbudowy Polski, Ruchu Patriotycznego, Wyborczej Akcji Katolickiej, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.

Zostało tylko Prawo i Sprawiedliwość, ale z Prawa i Sprawiedliwości nie przyszedł nikt, żeby go pożegnać. Nie przyszedł prezes ani żaden jego wysłannik. Był sam.

Nie przyszły ofiary katastrofy smoleńskiej, nawet te trzy, które przeżyły wypadek i o których poinformował świat.

Nie przyszły ofiary likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, zwłaszcza te, które wyrokiem sądu dostały odszkodowanie za oszczerstwa. Nie przyszli zagraniczni tajni współpracownicy WSI, którzy zostali zlikwidowani w efekcie opublikowania raportu po likwidacji WSI.

Nie przyszli przyjaciele, a tym bardziej wrogowie z Rosji. Chciał przyjść Tomasz Piątek, ale spóźnił się na pociąg, zajęty promowaniem swojej książki o jego powiązaniach ze służbami rosyjskimi.

Nie było wraku, bo wrak wciąż trzymali Rosjanie. Nie było mistrali za dolara, bo takich mistrali nigdy nie było, dlaczego więc miałyby się pojawić na pogrzebie. Był sam.

Nie przybył pogromca caracali Wacław Berczyński, bo odfrunął. Nie przyfrunęły caracale, bo stały uziemione na francuskich lotniskach. Nie przyleciał ani jeden obiecany śmigłowiec amerykański, żeby zafurczeć żałobnie śmigłami. Był sam i sam pchał armatę, a na lawecie spoczywała jego trumna.

Nie stał na trasie jego ostatniej drogi wiceminister Bartosz Kownacki. Ani wiceminister Michał Dworczyk, który mówił, że od osiemdziesięciu lat nie było w Polsce tak dobrego ministra obrony jak on. Nie było żadnego innego wiceministra. Nie było nawet jego ulubieńca Bartłomieja Misiewicza. Był sam jak palec. I pchał armatę na cmentarz. A na armacie trumna…

Puste ulice, puste place, puste skrzyżowania. I pusty cmentarz. Nad grobem nie stał nikt. Nie było nikogo, kto by zawołał z lamentem: – Dla Boga, panie Macierewicz! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz! Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, ministrze? Ministrze i żołnierzu? Zaliś swej dawnej przypomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?

Nikt nie zawołał, nikt więc nie odpowiedział.

Był sam. Sam i samotny, jakim był, od kiedy pamiętał. Sam. Sam jak Che Guevara w chwili śmierci. Sam jak on sam. Był tylko z mogiłą – sam na sam.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • I kiedy tak stał i patrzył na tę mogiłę, zauważył, że jednak nie jest sam. Z głębi dołu spoglądało nań dwoje czerwonych oczu. Usłyszał głos, ktoś mówił do niego ciepłym głosem, by wskakiwał. Kurwa mać, pomyślał i wymamrotał pod nosem „miło mi było poznać, to wspaniale, że się pan pofatygował, niestety piekła nie ma”.