Motto tygodnia: Ale draka! Afera Piebiaka!

Twarze obrócone w stronę podestu zbitego z nieheblowanych desek. Oczy wpatrzone w złoto-purpurowy tron, na którym siedział on. Ten, który dawał pieniądze i je odbierał, uruchamiał i zamykał linie autobusowe, ten, który znał kraj lepiej niż kierowcy tirów. Prezes życia i śmierci.

Po lewej stronie tronu w rzędzie siedzieli odziani w czarne togi dublerzy Trybunału Konstytucyjnego. Towarzyszyli im nielegalnie wybrani członkowie Krajowej Rady Sądownictwa oraz posłuszni władzy wykonawczej sędziowie Sądu Najwyższego. Ich zawzięty wzrok to opierał się na tronie, to zwracał się ku stojącemu po jego prawej stronie Prokuratorowi Generalnemu.

Za tronem stali biskupi, arcybiskupi i kardynałowie. Ubrani w paradne szaty liturgiczne, noszący na głowach bogato zdobione mitry, rozgrzeszeni z pedofilii i ukrywania księży pedofilów.

Tłum milczał złowrogo. Ciszę zakłóciły pojedyncze okrzyki i brawa dopiero wówczas, gdy na drewnianą scenę wszedł mistrz ceremonii – uzbrojony w bezprzewodowy mikrofon prezes publicznej telewizji. Widzowie spodziewali się krótkiego przemówienia, ale prezes postukał tylko palcem w mikrofon, aby upewnić się, że działa. Kolumny głośnikowe wydały głuchy grzmot.

Wtedy ubrani na czerwono butle i hycle wprowadzili uwiązanego na postronku Leszka Jażdżewskiego. Odziany był workiem pokutnym. Jeden z hycli uwolnił mu głowę z sukiennego kaptura.

Widownia eksplodowała. Mistrz ceremonii pozwolił, aby przekleństwa, wrzaski i piski wybrzmiały do końca. Trwało to kilka minut.

– Spójrzcie, oto satanofaszysta, czciciel urbanopalikotyzmu, wróg ludu. – Jażdżewskiego przedstawił prezes telewizji.

Tłum zawył.

– Kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę, na was, na nas, na mnie – odezwał się prezes państwa.

– Winny czy niewinny bluźnierstwa? – zapytał Prokurator Generalny.

– Winny! – wrzasnął tłum.

– Winny! – wrzasnęli ci, którzy uważali się za sędziów.

– Winny! – wrzeszczeli biskupi i kardynałowie.

– Winny – orzekł prezes państwa.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie: jeden butel przytoczył pniak, dwaj inni zmusili Jażdżewskiego do klęknięcia i położenia prawej ręki na pniaku, kat podniósł i spuścił topór, w którym odbił się promień zachodzącego słońca.

Jażdżewski krzyknął i zemdlał. Prokurator podniósł jego obciętą rękę i na srebrnej tacy zaniósł ją prezesowi państwa.

Prezes wstał z tronu, ujął rękę pewnym gestem i triumfalnie uniósł ją w górę.

Takiej wrzawy, jaka potem nastąpiła, nie słyszano w Polsce od lat.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.