Motto tygodnia: Kubica rękę łamie. A Morawiecki? Jak zwykle kłamie.

Początek grudnia 1945 roku był cieplejszy, niż się spodziewano. Ranki – jak to w Londynie – były mgliste, popołudniami siąpił deszczyk. Generał Władysław Anders spędzał je przy kominku, bujając się w fotelu i czytając korespondencję, która szerokim strumieniem spływała do niego od towarzyszy broni rozproszonych po całej Europie.

„W Tobie, Panie Generale, nasza nadzieja…” – tak kończyły się albo zaczynały te listy, wysyłane ze zrównanej z ziemią Warszawy, z dźwigającego się po koszmarze okupacji Paryża, z zajętego przez sowietów Lwowa. Z Rzymu i Wrocławia, z Zurychu i Gdańska, z Krakowa i Wiednia.

Nadzieja… – myślał generał, odstawiając filiżankę z herbatą i sięgając po szklankę oraz butelkę whisky. – Wieczna matka wszystkich Polaków… Piękna i naiwna. Dobra, ale niemądra.

Wyglądało na to, że Stalin nie odda Polski, którą alianci podali mu na tacy. Urządzi jakieś wybory, umieści marionetki na czele rządu, ale bez walki nie odda. Komuniści tacy byli: gdy już wgryźli się w podbity naród, zaciskali zęby i nie puszczali. Chyba żeby im te zęby wybić…

„Nie spoczniemy, Panie Generale, aż Pana na białym koniu wjeżdżającego do Ojczyzny nie ujrzymy, aż Pan nam Jej nie zwróci, tak nam dopomóż Bóg” – przeczytał Anders i otarł łzę. We łzie było więcej wściekłości niż wzruszenia, więcej ochoty do walki niż skłonności do pogodzenia się z losem.

Generał wypił ostatnie krople whisky i postanowił, że skorzysta ze świątecznego zaproszenia od podwładnych, którzy w tajemnicy przed Anglikami i wbrew całemu światu szykowali coś przeciwko Stalinowi. Coś dużego…

 

***

Salutowali, składając meldunki, chociaż żaden nie nosił już munduru. Ściskali mu dłoń, posłuszni, ale przepojeni zamiarem działania – z Andersem na czele albo mimo Andersa.

Usiedli przy stole biesiadnym, ustawionym na zapleczu jednej z wielu stajni Royal Enclosure w miasteczku Ascot, skąd do Londynu było 25 mil.

Jedli to, co z trudem zdobyli. Co miało przypominać święta w Polsce, ale nie przypominało. Barania kiełbasa nigdy nie będzie smakowała tak jak w kraju sucha krakowska. Serom z Berkshire daleko było do polskich oscypków. Na szczęście wódka była polska, wileńska.

Pili zdrowie „szanownego pana generała”, niecierpliwie czekając na zakończenie kolacji, popatrywali na siebie i uśmiechali się tajemniczo.

Aż wreszcie zaprowadzili Andersa do boksu, w którym stał osiodłany biały arab.

– To kobyła, panie generale, my ją Polska nazwali – zameldował sierżant, Anders nie pamiętał jego nazwiska.

Wyprowadzili klacz, poświecili lampami.

Generał ujął Polskę za kantar, zajrzał jej w zęby, pogłaskał po zadzie, spojrzał na siodło.

– A to co? – zapytał takim głosem, że innym skóra ścierpła. – W takim siodle chcecie, żebym wjechał do ojczyzny?! Mam już swoje lata, może nie wyglądam, ale mam 54 lata. Nie mogę jechać do ojczyzny w siodle takim… turystycznym, ekonomicznym. Albo business class, albo nie jadę!

 

***

Oto cała tajemnica, dlaczego generał Władysław Anders nie przyjechał po wojnie do Polski ani na białym, ani na innym koniu. Zamiast męczyć się w niewygodnym siodle, wolał oddać się miłosnym uciechom na obczyźnie. A nuż z tego urodzi mu się córka…

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Ubawiłem się przednio. Moze trzeba klepnąć po zadzie klacz „Senatorka”, rozpieszczoną przez prezesa, bo się znarowiła, i pod byle jakim siodłem nie chce latać? Cwana starucha – wie, ze gdzie lepsze siodło. tam lepszy obrok.