Motto tygodnia: Tusku: na razie są prokuratury, niebawem będą tortury.

– On, proszę wysokiego sądu, zawsze lubił się napić. Czasem, gdy się zdrzemnąłem na wersalce, a nie zdążyłem dopić piwa, to on nosem trącał puszkę, przewracał ją i chłeptał to, co zostało. Stara, znaczy żona Mariola mówiła, że on to zamiłowanie do alkoholu wyssał z mlekiem matki, bo matka też podobno na widok butelki wyła jak do księżyca, drgawek dostawała, a uspokajała się dopiero wtedy, gdy jej się nalało.

– Czy oskarżony znał jego matkę?

– Nie znałem osobiście, jedynie ze zdjęć, znaczy fotografii, co jej żona robiła. Kiedy je robiła, to jeszcze nie była moją żoną, bo ile ona mogła wtedy mieć? Dziewiętnaście lat, szedł jej dwudziesty. A ja się z Mariolą ożeniłem, gdy miała dwadzieścia dwa, już po śmierci matki. Na tych fotografiach widać po oczach, do czego ją najbardziej ciągnęło, tę matkę znaczy…

– Jak by oskarżony opisał jego charakter?

– Wierny był, we wszystkim się słuchał, na spacery chodził, obcych nie zaczepiał. Można powiedzieć do rany przyłóż, gdyby nie to jego upodobanie do alkoholu. Piwo lubił najbardziej, wino też, ale jak była wódka, to i wódkę pił jak wodę.

– Czy oskarżony nie widział w tym nic niewłaściwego?

– Oczywiście widziałem, proszę wysokiego sądu. Ja mu na trzeźwo alkoholu nigdy nie podawałem, żona świadkiem! Jak miałem trzydniówki, czyli trzy dni nie piłem, to on się z domu wymykał, do parku leciał i tam z bezdomnymi pił. Kiedyś wrócił po „Wiadomościach” i od razu na dywan padł jak nieżywy. Powąchałem i wyczułem, że bezdomni denaturatu dać mu musieli. Ale przeżył. Rano trochę się zataczał, jeść nie chciał, ale po południu doszedł do siebie. A wieczorem żonie ukradł z koszyka puszkę piwa, otworzył ją zębami i całe piwo wypił. Nawet na niego wtedy nie krzyczałem, bo się cieszyłem, że nic mu nie jest.

– Co się stało feralnego dnia?

– U Mariana byłem, znaczy sąsiada, bo mu się samochód rozkraczył, a ja mam smykałkę do samochodów. Nic wielkiego się nie stało, wystarczyło komputer odłączyć, odczekać pół godziny i już. Te komputery, proszę wysokiego sądu, to nic dobrego, tak jak te katalizatory i czujniki parkowania. Kiedyś jak w samochodzie coś siadało, to gaźnik się czyściło, świece przedmuchiwało i gitara. A teraz…?

– Proszę nie odbiegać od tematu.

– Oczywiście. „Jak tak dobrze poszło, to się napijmy” – powiedział Marian. I się napiliśmy. Wróciłem do domu po dwóch flaszkach, co tu dużo mówić, niedopity. Mówię więc Marioli, żeby do „Żabki” skoczyła i coś kupiła, bo nie zasnę. A ona, że „Żabka” dawno zamknięta, tak się z Marianem zasiedzieliśmy… „No to” – mówię – „weź termos i do baru leć”.

– Dlaczego oskarżony polecił żonie wziąć termos?

– Bo w barze na flaszki nie sprzedają na wynos, właściciel ich rozlicza. No to przynosi się własny termos, barman przelewa z flaszki, wódka jest zimna i wszyscy są zadowoleni. Mariola trochę się krzywiła, ale poleciała i przyniosła. „Tylko psu nie dawaj” – powiedziała. Ale, proszę wysokiego sądu, ja po alkoholu serce mam miękkie, a on tak na mnie patrzył, dyszał, ogonem machał. Widać było, że cały dzień o suchym pysku siedział. Trzeba być człowiekiem… Nalałem mu do miski kieliszek, sam się napiłem, termos zatkałem, żeby wódka się nie ogrzała. Potem zapaliłem papierosa, no i doszło do nieszczęścia.

– Przesłuchiwany przez policję, oskarżony powiedział, że, cytuję, „nie znęcałem się nad Reksem, on padł ofiarą wybuchu termobarycznego”. Co oskarżony przez to rozumie?

– Musiałem do łazienki, w popielniczce zostawiłem zapalonego papierosa, na stole leżał program telewizyjny, zajął się ogniem, Reks chciał się napić, trącił termos nosem, termos się przewrócił w ogień, ja musiałem w łazience dłużej, termos się tak rozgrzał, aż wybuchł i Reksa zabił.

– Ale dlaczego termobaryczny?

– Termo, bo termos, a baryczny, bo z baru. To proste, proszę wysokiego sądu.

 

PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.