Motto tygodnia: Idzie PiS przez las, nagle w gówno wlazł.

Rząd się zaćpał

numer 29/2015

Mocarz i jego pogromcy.

Przez ostatnich kilka dni rząd i policja walczyły z dopalaczami. Podano straszliwe dane, szkoda tylko, że nieprawdziwe. Nieprawdą było to, że w ciągu jednego dnia w Katowicach zatruło się dopalaczami około 60 osób, a więcej w całym województwie śląskim. Nieprawdą było to, że wiele zatrutych młodych osób walczyło o zdrowie i życie w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu.

W sobotę 11 lipca nasz ulubiony minister zdrowia

Marian Zembala

zaprosił dziennikarzy na konferencję prasową, którą zorganizowano przed głównym wejściem do Instytutu Medycyny Pracy. To właśnie w szpitalnej części instytutu, w Regionalnym Ośrodku Ciężkich Zatruć, lekarze ratować mieli życie ofiar legendarnego „Mocarza” – dopalacza o działaniu rzekomo 800 razy silniejszym niż marihuana. Choć konferencja prasowa poświęcona była sprawie ważkiej, czyli walce z truciznami zabijającymi polskie dzieci i polską młodzież, minister zamienił ją w kabaret. „Oddalał” pytania dziennikarzy i żądał, aby udawali członków rządu.

Następnie w sprawie dopalaczy wypowiedziała się premier

Ewa Kopacz.

W niedzielę stwierdziła, że potrzebna jest skuteczna akcja uświadamiająca. W poniedziałek ogłosiła, że rząd przygotowuje operację przeciwko zbrodniarzom, którzy produkują dopalacze, i zbrodniarzom, który je sprzedają.

O odpowiednie tło dla słów pani premier zadbała policja. W Śląskiej Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach 13 lipca zorganizowano naradę poświęconą walce z substancjami psychoaktywnymi zwanymi dopalaczami. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zwołano „pilną” naradę z komendantem głównym i komendantami wojewódzkimi policji. W Śląskim Urzędzie Wojewódzkim zebrał się nowo powołany zespół kryzysowy zajmujący się tylko tą sprawą. A przez cały weekend podgrzewano atmosferę, podając coraz wyższą liczbę osób, które ucierpiały wskutek zażycia dopalaczy. Był także sukces. Zatrzymano kilku tzw. handlarzy. Prasa pokazała zdjęcia morderców. Ale złośliwy sąd nie chciał umieścić ich za kratkami, uznając, że przestępstwo nie było zbyt poważne.

Pierwsze dane na temat zatruć dopalaczami podano na wspomnianej konferencji prasowej ministra Zembali, któremu towarzyszyli lekarze z Regionalnego Ośrodka Ciężkich Zatruć w Sosnowcu. Twierdzono, że w całym województwie śląskim uległo zatruciu ponad 80 osób, ale pogotowie cały czas przywozi do szpitali nowe ofiary „Mocarza”. Najcięższe przypadki trafiają właśnie do Instytutu Medycyny Pracy. Na podstawie oficjalnych danych prasa podawała, że w piątek zatruło się dopalaczami 50 osób, w sobotę było już 86 ofiar tych groźnych substancji, a w niedzielę liczba zatrutych przekroczyła 150. Poniedziałkowy „Dziennik Zachodni” straszył tytułami: „Czarna seria w Śląskiem. 154 osoby zatruły się dopalaczami w weekend. Jedna walczy o życie”. Wszystko to była hucpa, a dziennikarze zostali oszukani. Podczas konferencji prasowej minister Zembala i towarzyszące mu osoby podawały dane zebrane nie w jednym, lecz w trzech województwach: śląskim, opolskim i wielkopolskim.

Te 3 województwa zamieszkuje w sumie 10 milionów ludzi. 154 osoby zatrute dopalaczami to żadna sensacja, a tym bardziej stan nadzwyczajnego zagrożenia. Ot, bilans zwykłego przeciętnego wakacyjnego weekendu. W poprzednich latach było podobnie. Ale nie wiadomo, ile w tej liczbie było osób, które świadomie przedawkowały, podejmując próby samobójcze, z czym lekarze-toksykolodzy ciągle mają do czynienia. Nie wiadomo też, ilu ludzi zakwalifikowanych jako ofiary „Mocarza” brało inne substancje, np. panadol czy psychotropy.

Nieprawdą były też informacje o pacjentach w ciężkim stanie przywożonych do Regionalnego Ośrodka Ciężkich Zatruć w Sosnowcu. W chwili gdy minister Zembala pouczał i straszył dziennikarzy na stopniach prowadzących do głównego wejścia do Instytutu Medycyny Pracy, hospitalizowanych było tam zaledwie dwóch pacjentów z objawami ciężkiego zatrucia, a trzeci w innym szpitalu. I nie było wiadomo, czym zatruli się dwaj z tych trzech pacjentów w stanie ciężkim. Raczej nie dopalaczami. Ale rząd lubi z dopalaczami wojować. Poprzednio czynił to

Donald Tusk

w 2010 r.

Mówi się, że tym razem o „Mocarzu” i podobnych mu substancjach przypomniał sobie wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki. To on poddał ministrowi Zembali pomysł zorganizowania konferencji prasowej w Instytucie Medycyny Pracy w Sosnowcu i postraszenia ludzi. Konferencja prasowa dlatego odbywała się na ulicy, przed wejściem do podlegającemu Ministerstwu Zdrowia szpitala, gdyż bano się, że relacje ze spotkania z ministrem dziennikarze okraszą migawkami pokazującymi gomułkowski wystrój ministerialnej placówki. Zapewne też obawiano się – i słusznie – że któryś z dziennikarzy zechce zobaczyć rzekome tłumy pacjentów zatrutych „Mocarzem”.

Słusznie też zakładano, że ktoś może poznać tę przykrą prawdę, iż w największym i najważniejszym ośrodku leczenia zatruć dla ludnego województwa śląskiego przebywa tylko dwóch pacjentów, których stan można uznać za ciężki. Dyrektor instytutu kazał więc „przyjmować wszystko jak leci”. Mimo to nie udało się zapełnić szpitala. W sumie uzbierano zaledwie kilkunastu lekko podtrutych pacjentów, nie licząc tych dwóch, którzy ledwie zipią.

Instytut Medycyny Pracy oraz wchodzący w skład Instytutu Regionalny Ośrodek Ciężkich Zatruć są placówkami Ministerstwa Zdrowia. W 2008 r. obecny wiceminister

Igor Radziewicz-Winnicki

starał się o pracę w tym upadającym, zadłużonym i rozkradanym instytucie. Ówczesny dyrektor nie dał mu posady, gdyż w tym czasie szukano na gwałt oszczędności, zwalniano ludzi, a jako przyczyny wypowiadania umów o pracę podawano względy ekonomiczne. Sytuację instytutu badały prokuratura i urząd skarbowy.

W tym roku kończyła się kadencja kolejnego dyrektora instytutu, a o to stanowisko ubiegał się lekarz, który był tam dyrektorem właśnie wówczas, gdy obecny wiceminister bez skutku starał się o etat. Ostatecznie szefem instytutu został Leszek Wieczorek, protegowany wiceministra Radziewicza-Winnickiego i dobry znajomy oraz wieloletni współpracownik ojca pana wiceministra.

Wieczorek tytułuje się profesorem i doktorem habilitowanym, ale prawdziwym profesorem nie jest. Ten tytuł nadał mu Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie pracuje na pełnym etacie. Kolejny etat ma w Instytucie Pedagogiki Pracy Uniwersytetu Śląskiego. Będąc dyrektorem Instytutu Medycyny Pracy w Sosnowcu, Wieczorek jest więc jednocześnie na trzech pełnych etatach w placówkach państwowych. A do marnych trzech pensji dorabia sobie dodatkowo w Wyższej Szkole Humanitas w Sosnowcu, Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej i w więziennictwie.

Na zastępcę ds. medycznych dyrektor Wieczorek powołał dr.

Szymona Skoczyńskiego,

którego zrobił kierownikiem Kliniki Toksykologii i Chorób Zawodowych. Odbyło się to oczywiście w wyniku konkursu.

Pan wicedyrektor nie ma dla instytutu zbyt wiele czasu, gdyż jednocześnie jest pełnoetatowym pracownikiem Kliniki Pulmunologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Zresztą nie bardzo wiadomo, co mógłby robić w Instytucie Medycyny Pracy, gdyż jako pulmunolog nie zna się na toksykologii ani na medycynie pracy. Pochwalić go należy za to, że stara się uzupełnić edukację, podpytując podwładnych.

Drugi konkurs na stanowisko wicedyrektora wygrał

Marek Sękiewicz,

prywatnie wielki przyjaciel dyrektora Wieczorka. Ale konkurs wygrał uczciwie – wykazując się znajomością prawa. Studiował je bardzo wnikliwie – przez blisko 10 lat.

Pan Sękiewicz specjalizował się w startowaniu w konkursach. Szczególnie lubił konkursy na dyrektorów administracyjnych sądów, ale odpadał w pierwszej turze. Gdy nie chodziło o pracę w sądzie, zdarzało mu się wygrać. Co kończyło się wielkimi długami jednostki, którą potem zarządzał. Np. zadłużenie Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych w Dąbrowie Górniczej doszło do 35 mln zł.

W Instytucie Medycyny Pracy Sękiewicz został zastępcą dyrektora ds. administracyjno-organizacyjnych. Jest odpowiedzialny za restrukturyzację.

Restrukturyzacja już trwa. Jedną z pierwszych decyzji dyrektora Wieczorka było zwolnienie niektórych pracowników. Jako powód zwolnień podawano przyczyny ekonomiczne. Ludzie pytali, dlaczego akurat ich się zwalnia. Dyrektor odpowiadał, że to zwolnienie zaproponował jego zastępca. On nie zna dokładnie tematu, ale przyjrzy się sprawie. Jest możliwość cofnięcia tej decyzji – w tej sprawie prosił, by przyjść do niego za parę dni, najlepiej za tydzień. Dyrektor odwlekał ponowne spotkanie. Gdy po dwóch tygodniach pracownik dostawał się przed jego oblicze, słyszał, że decyzja została podtrzymana. Dyrektor dodawał, że można się od niej odwołać do sądu, ale to nie ma sensu, gdyż minął już ustawowy termin. Ten niemoralny zabieg zastosował wobec większości wyrzuconych osób.

Nie zwolnił natomiast żadnego z sześciu profesorów mających etaty w Instytucie Medycyny Pracy, choć ich średnia wieku wynosi 86 lat. Wśród etatowych pracowników Instytutu jest licząca 93 wiosny pani prof. Langauer. Co dowodzi słuszności tezy, że w Polsce można pracować bardzo długo, a wiek emerytalny przedłużać w nieskończoność.

W tym roku Ministerstwo Zdrowia po raz pierwszy w dziejach nie ogłosiło naboru wniosków na zakup sprzętu i na sfinansowanie niezbędnych inwestycji w podległych mu jednostkach. Ale minister Zembala podczas wizyty w sosnowieckim instytucie obiecał, że da pieniądze na zakup sprzętu do wykrywania dopalaczy. Następnego dnia, mimo że to była niedziela, dyrektor Wieczorek ściągnął do instytutu współpracowników i kazał napisać im wniosek. Minął dzień, a im się nie udało sporządzić pisma. Nikt bowiem nie wiedział, jaki to ma być sprzęt.

Wasze komentarze 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Od początku polskiej demokracji uważałem że NFZ to zbrodnicza organizacja wykańczająca chorych a ludzie w białych kitlach to mordercy.I jak widać nie trzeba budować obozów koncentracyjnych aby likwidować naród.

  • CIEKAWE ŻE NIE MA NIC W ARTYKULE O POPRZEDNIM WESOŁYM DYREKTORZE PANU EDMUNDZIE A. KTÓRY TO POPRZYJMOWAŁ SAMYCH SWOICH PRZYDUPASÓW (ŁĄCZNIE ZE SWOIM SYNEM ADAMEM), KTÓRYM NAWET NIE CHCIAŁO SIĘ PRZYCHODZIĆ DO PRACY ALE PO PENSJE BYLI JAKO PIERWSI ZA NIC NIE ROBNIENIE. NAWET PÓŹNIEJSZY DYREKTOR PAN PIOTR B. ZE STRACHU PRZED PANEM A. ICH ZOSTAWIŁ . DOPIERO TERAZ ZA OBECNEGO DYREKTOTRA SĄ ZWALNIANI ALE TEGO OCZYWIŚCIE PAN PISMAK TEGO ARTYKUŁU JUŻ NIE NAPISAŁ. TROCHĘ MAŁO RZETELNIE SIĘ PAN PRZYGOTOWAŁ LUB MIAŁ PAN ZŁYCH DONOSICIELI, KTÓRYM PEWNIE JEDNYM Z NICH BYŁ PAN EDMUND A. BOJĄCY SIĘ O SWOJĄ POSADKĘ.