Motto tygodnia: Idzie PiS przez las, nagle w gówno wlazł.

Rozpacz nad grobem Millera

numer 47/2014

Bilans powyborczy: ani tak dobrze, jak chce PiS, ani tak dobrze, jak chce PO. Tylko z SLD coraz gorzej.

Tragedia SLD i sukces PSL mają wspólne źródło. To relacja tych partii z władzą. A precyzyjnie: pytanie o to, kto wygląda na partię władzy z perspektywy powiatu.

Dół Sojuszu

Sojusz Lewicy Demokratycznej, uczciwie powiedziawszy, znajduje się w sytuacji opisywanej ludowym przysłowiem…

„Jak nie staniesz, dupa z tyłu”.

Przez ostatnie 3 lata SLD posługiwał się konsekwentnie lewicową retoryką, głosował za tym, za czym lewica powinna głosować i był przeciw temu, z czym lewica powinna walczyć. Niestety, to nie wystarcza. Dla elementu, który (moim zdaniem) jest dziś na lewicy najbardziej wartościowy – młodych lewaków, radykalnie, ale i intelektualnie ideowych dwudziesto- i trzydziestolatków – SLD jest po prostu niewiarygodny. I już.

Gdy pytam moich zaprzyjaźnionych radykałów, co właściwie Sojusz i sam Miller mogliby zrobić lepiej – ogólny wniosek jest taki, że nic, ten okręt już dawno odpłynął w siną dal. Wielu spośród nich rządy Millera pamięta słabo, ale na nieszczęście Sojuszu, jest to element uświadomiony, czytający, także poważne publikacje i analizy – a te niestety konsekwentnie dowodzą, że lewicowa polityka to to nie była. Dla tego środowiska SLD Lewica Razem jest nie do łyknięcia: ani jako oferta wyborcza, ani jako koalicjant. Szkoda, bo np. w Warszawie kandydaci kojarzeni generalnie z lewicą (Guział, Wierzbicki, Rozenek, Erbel, Nosal-Ikonowicz) wzięli do kupy prawie 20 proc. głosów, co przełoży się na zero wpływu na miasto.

Z drugiej strony akurat w Warszawie Sojusz Lewicy Demokra-tycznej uprawiał politykę, którą delikatnie można określić mianem niemądrej. Ogólnie rzecz biorąc, była to polityka dawania dupy Platformie. Kamieniem milowym było zachowanie SLD w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Sojusz nie tylko nie poparł referendum, ale także – całkiem samobójczo – dołączył do triumfalnego tonu prezentowanego przez PO, gdy okazało się, że frekwencja było o 4 proc. za niska.

Potem przewodniczący Wierzbicki nie pojawił się na głosowaniu w sprawie cofnięcia podwyżki cen biletów, bo poszedł oddawać hołd Daszyńskiemu – i akurat tego jednego głosu zabrakło inicjatywie „Stop podwyżkom” do zwycięstwa. Potem ten sam Wierzbicki został kandydatem SLD na prezydenta miasta, co przez offową lewicę zostało odczytane jednoznacznie jako gest na rzecz niewchodzenia w drogę HGW. W polityce krajowej na poziomie decyzji Sojusz zachowywał się słusznie i pryncypialnie – ale ogólne rozłożenie akcentów w uprawianym przez SLD dyskursie sugerowało, że lewica za swe główne zadanie uważa walkę z PiS, co budziło podejrzenie, że szykuje się do koalicji z PO. To nie jest dobry komunikat dla opozycji.

Z trzeciej jednak strony trzeba odnotować, iż kierownictwo SLD ma ważkie powody do tego, aby taki komunikat z siebie wydawać. Wiele wskazuje na to, że partia rozłazi się w szwach.

SLD jest partią władzy. Powstał – w swej dzisiejszej formie – w 1999 r., kiedy wiadomo już było, że rząd Buzka skazany jest na wyginięcie, a lewica pod kierownictwem Millera twardo parła do władzy i nic nie mogło jej zatrzymać. Dziś – po dekadzie w opozycji, z najmniejszym w historii klubem parlamentarnym – partia straciła oparcie w terenie. Wrażenie z ostatniej kampanii jest takie, że Sojusz praktycznie nie istnieje w powiatach. Że ten sprawny, świetnie zorganizowany aparat, na którym SLD opierał się przez wiele lat i którego wszystkie partie mu po cichu zazdrościły, jakoś – jak to ująć… – wyparował. Pewnie jest ku temu wiele powodów – poczynając od bio-logii, nieuchronnie wyłączającej z aktywnego życia ludzi, których związek z SLD miał najtwardsze, bo życiorysowe postawy.

Inna kwestia jest taka, że brak posłów oznacza brak biur poselskich – a to na nich opiera się infrastruktura partii w terenie, choćbyśmy nie wiem, jak się na to oburzali. I wreszcie w grę wchodzi ta dość ponura rzeczywistość, która polega na tym, iż ludzie, którzy zapisują się do partii władzy, rzadko robią to z pobudek ideowych – np. z głębokiej postawy propaństwowej. Przeważnie liczą na takie czy inne profity, bo – jak śpiewał wieszcz antykomunistycznej opozycji Jan Krzysztof Kelus – „życie jest, bracie, życiem”. Ci, co nie mają pracy, liczą, że ją dostaną, ci co mają, chcą ją utrzymać i awansować, inni mają nadzieję na zatrudnienie żony lub zięcia, wygranie jakiegoś większego czy mniejszego przetargu, że nie wspomnę już o biorącym miejscu na liście w jakichś wyborach. Oczywistym jest, że ci, którzy myślą tymi kategoriami, po 10 latach w izolowanej opozycji raczej się z partii wykruszają. Niezależnie od tego, co partia robi czy mówi.

I to działa w obie strony. Czego najlepszym dowodem jest sukces PSL.

Górka PSL

Gdy Janusz Piechociński został szefem ludowców i przystąpił do zmiany wizerunku partii – pierwszy raz pomyślałam, że istnienie PSL może być zagrożone. Piechociński, sam zamieszkały w stolicy ekonomista po SGPiS, nie ukrywał nadmiernie, że buractwo go mierzi i wolałby kierować ugrupowaniem o obliczu inteligencko-biznesowym. W ułożonym przez niego kierownictwie SL nie ma ani jednego przedstawiciela ludu: ani jednego chłopa. Są starannie wykształceni trzydziestolatkowie, technokraci, którzy postawili na PSL w bardzo młodym wieku i dzięki temu swą życiową drogę zaczynali od stanowisk w administracji samorządowej. Pasują na liderów ruchu ludowego mniej więcej tak jak turniej golfa na zwieńczenie dożynek. Na szczęście dla PSL nikt tego nie zauważył.

Błędy i odpały kierownictwa partii w Warszawie spływają po potężnym aparacie ludowców w powiatach i gminach jak woda po gęsi. Dopóty partia będzie dotrzymywać dwupunktowego kontraktu, jaki ma z wyborcami – chronić KRUS i blokować zmiany podatkowe dla wsi – gwarantując przy tym swemu aparatowi te etaty w agendach rządowych, które od lat znajdują się w peeselowskiej nomenklaturze, dopóki aparat dotrzyma swojej części umowy. Zresztą walcząc o wynik wyborczy całej partii, walczy też o własne mandaty i synekury – kontrakt jest więc obustronnie korzystny. Takie wybryki jak nazwanie rolników, którzy nie chcą niszczyć swoich plonów, „niezasługującymi na szacunek frajerami”, mogą wzbudzić publicystyczne oburzenie, ale jak widać, dla wyniku wyborów w terenie nie mają większego znaczenia. Minister jest w Warszawie, a szwagier z PSL na miejscu, w urzędzie gminy. To jest kapitał, którego SLD już nie ma.

całość na łamach

Wasze komentarze 5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Faktycznie postępuje agonia SLD.Właściwie jest to smutne, ale istnieje też szansa na powstanie zupełnie nowej, socjalistycznej-demokratycznej formacji politycznej w Pomrocznej.Idee będą miały istotne znaczenie w postępującym procesie globalizacji, gdyż zintegrują wykluczonych społecznie, a których przybywa i będzie przybywać.Natomiast polscy politykierzy tych ludzi nie dostrzegają i nie zamierzają dostrzec, ponieważ żyją we własnym urojonym świecie.Uczmy się od braci Czechów, a którzy pragną nowej, zdemokratyzowanej formy socjalizmu, bo neoliberalnej wersji kapitalizmu mają dosyć.

  • Nie rozumiem Millera ..ma emeryturę wnuki po h…. mu ta cała zabawa . W 2004 roku sam przytopił SLD a teraz jeszcze chce dryfować na tej wpół zatopionej łajbie

  • Agonia SLD i Milera zaczęła się jak wypieprzył na rozkaz Glempa wszystkich tych co walili w kler z list wyborczych. Brawo Leszku Ciebie oznaczy historia jako grabarza SLD.Czymyśliś że za to cie bozia weźmie na swoje łono….

  • Miller mnie rozczarowal.Powinien ustapic.Teraz kopulujac z Kaczorem shanbil SLD.Tylko Cimoszewicz moze uratowac SLD,inaczej w wyborach do parlamentu SLD nie przekroczy progu

  • Jako dozgonny lewicowiec od dobrych kilku lat ciągle się szczypię, czy aby to co się dzieje z SLD nie jest jakąś zmorą, złym snem.
    To wkurwia!!!