Motto tygodnia: Czy Kościół zmieni pedofilskie trzęsienie ziemi?

Radar łże jak PiS

numer 11/2019

„Star Wars” na polskim asfalcie.

Ten sam kierowca, mieszkaniec Krakowa, 3 razy w ostatnim czasie nadział się na policyjne lasery.

Za pierwszym razem jechał przez Kraków. W okolicach wodociągów został zmierzony przez patrol drogówki. Policjanci strzelali do niego z odległości pół kilometra. Jednak urządzenie podało inny dystans. Na wyświetlaczu były 273 m. Ten sam cudowny wyświetlacz napisał, że auto poruszało się z prędkością ponad 70 km/h.

Policjanci zatrzymali kierowcę, ale odmówił przyjęcia mandatu. Upierał się, że jechał nie szybciej niż 50 km/h. Z tą samą prędkością, co pozostałe samochody w kolumnie, w której się poruszał.

Policjanci skierowali sprawę do sądu. Sądowi Rejonowemu w Krakowie nic nie pasowało. Na mapach geodezyjnych sędzia ustalił, że odległość od miejsca pomiaru do miejsca, gdzie był samochód, wynosi ponad 500 m. Sędzia zwrócił się więc do biegłego, żeby stwierdził, skąd błędne dane w informacji przekazanej sądowi.

Biegły zbadał urządzenie i okazało się, że popełnia ono mnóstwo błędów. Dodajmy, że chodzi o słynny, nabyty niedawno przez polską policję amerykański laser Ultra Lyte (poprawnie należy to urządzenie nazywać nie laserem, lecz lidarem). Niektóre błędy wynikają z tego, że laser zachowuje w pamięci wyniki poprzednich pomiarów i czasami to, co wyświetla jako wynik bieżącego pomiaru, to średnia z poprzednich wyników.

Urządzenie można też porównać do staroświeckiej flinty strzelającej śrutem. Wynika to z fatalnej konstrukcji celownika. Z odległości powyżej 100 m nie sposób ustalić, w co naprawdę wycelował policjant. Urządzenie ma też kolejną wadę, polegającą na rozszerzaniu się pola pomiarowego. Wspomniane pole na odległości większej niż 200 m obejmuje więcej niż jeden pojazd.

W konsekwencji nie tylko nie było wiadomo, czy mierzony samochód jechał z prędkością ponad 70 km/h, ale również nie było wiadomo, o który dokładnie pojazd chodzi. Na tej podstawie sąd uniewinnił kierowcę. Sprawa była tak oczywista, że policja nawet nie wniosła apelacji. Ale policjanci z krakowskiej drogówki dalej zasadzają się na kierowców w tym samym miejscu, zatrzymują na chybił trafił (co teraz już dzięki wyrokowi krakowskiego sądu wiedzą) i wypisują mandaty za przekroczenia prędkości. Używają tego samego urządzenia. Sprawa kolejnego kierowcy trafiła do sądu i w aktach podany jest ten sam seryjny numer produkcyjny lasera.

Za drugim razem uniewinniony w Krakowie kierowca niewiele tygodni po wyroku jechał przez Jaworzno. Z krzaków miejscowa drogówka zmierzyła mu prędkość takim samym Ultra Lytem. I znowu na odcinku, gdzie wolno jechać nie szybciej niż 50 km/h, miał on rzekomo jechać 70 km/h.

Tym razem kierowca dysponował żelaznym argumentem w postaci odczytów zamontowanego w samochodzie urządzenia GPS. GPS twierdził, że laser łże, a samochód poruszał się z prędkością 52 km/h. Policjanci nie dali się przekonać i koniecznie chcieli wypisać mandat. Ponieważ kierowca upierał się, że GPS pokazał prawidłową prędkość, sprawa trafiła do sądu.

Sędzia nie znał się ani na satelitach krążących po orbicie i wysyłających sygnał GPS, ani na gwiezdnych wojnach, ani na strzelających laserach. Znał się natomiast doskonale na tym, jak się gromadzi dowody, wysłał więc dokumentację sprawy biegłemu z zakresu optoelektroniki. Biegły napisał, że sposób używania laserów przez policjantów (w tym funkcjonariuszy z Jaworzna) jest skrajnie amatorski. Szczegółowo wyjaśnił, jak powinni obsługiwać laser, a jaka jest praktyka. Powtórzył opinię z poprzedniej sprawy, że nie wiadomo, co zmierzyło urządzenie, gdyż policjanci nie potrafią go prawidłowo obsługiwać.

Biegły stwierdził, że laser policji z Jaworzna ma uszkodzony celownik i w zasadzie nie wiadomo, w co celuje. Taką opinię wysłał do sądu. Wyrok jeszcze nie zapadł.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.