Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Przeczytaj zanim spadniesz

numer 48/2015

Terroryści urządzą w Polsce krwawą rzeź. Wystarczy, że poznają nasz frywolny stosunek do procedur i zasad bezpieczeństwa.

„Stanowisko Portu Lotniczego we Wrocławiu w odniesieniu do pytań Tygodnika »Nie«”: „Z uwagi na nasilenie w Polsce i Europie obaw związanych z niedawnymi atakami terrorystycznymi apelujemy o niepodsycanie nastrojów niepokoju. Poddajemy w wątpliwość cel i zasadność publikacji w ogóle.

W przypadku jednak publikacji – domagamy się przedstawienia informacji ściśle i zgodnie z udzielonymi przez nas wyjaśnieniami i niewykraczania z tezami dziennikarskimi poza literalną treść odpowiedzi. Informujemy też, że z uwagi na wrażliwą materię pytań o ich treści i o fakcie dziennikarskiej penetracji obszarów związanych z bezpieczeństwem podróżnych poinformowaliśmy Straż Graniczną oraz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która to służba wspomaga nas w zabezpieczeniu antyterrorystycznym operacji lotniczych”.

Jedno z zadanych pytań: „Czy Pan Jarosław Wróblewski, wiceprezes zarządu Portu Lotniczego we Wrocławiu, bierze udział w odstrzale redukcyjnym dokonywanym na terenie lotniska?”.

Aby nie podsycać nastrojów niepokoju, zbyto je milczeniem. Ale znamy odpowiedź: wiceprezes bierze udział w polowaniach organizowanych na lotnisku. Strzały padają blisko pasa, nad głowami myśliwych latają samoloty, a kule niekiedy Pan Bóg nosi.

Bum

Port lotniczy im. Mikołaja Kopernika we Wrocławiu jest piąty w Polsce pod względem liczby pasażerów (ponad 2 milionów rocznie) i czwarty w kategorii „liczba wykonywanych operacji lotniczych” (prawie 30 tys.). Bezpański bagaż to chleb powszedni. Nie zawsze to efekt roztargnienia podróżnych: bywa, że walizę, gdy zawiera niewiele warte gacie, zostawiają świadomie, chcąc uniknąć wysokich opłat za nadbagaż. Tak czy siak zgodnie z przepisami laptop, torba, neseser lub zwykła foliówka, jeśli nie można ustalić właściciela, powinny być traktowane jak wór trotylu. Procedury są jasne: po ujawnieniu bagażu bez nadzoru należy go zabezpieczyć przed niepowołaną ingerencją, natychmiast zarządzić ewakuację osób przebywających w terminalu, wstrzymać wykonywanie operacji lotniczych i ściągnąć priotechników. Ci podejmują przedmiot, wywożą w ustronne miejsce i robią bum.

Salat

– We Wrocławiu procedurę tę stosuje się, ale tylko wtedy, gdy jest mały ruch – zgodnie twierdzą nasi informatorzy.

– Gdy lotów jest dużo, a w terminalu kłębią się tłumy, teren wokół bagażu odgradza się biało-czerwoną tasiemką, wyznacza osoby do pilnowania i trwa oczekiwanie. Ewakuację i resztę przewidzianych przez procedurę czynności wykonuje się w dogodnym dla portu momencie, czyli dopiero wtedy, gdy tłok na lotnisku zostanie rozładowany. Zwłoka niekiedy trwa kilka godzin. W tym czasie przez pole rażenia potencjalnego ładunku wybuchowego, a tak należy traktować bezpański bagaż, przechodzą tysiące pasażerów, osób odprowadzających i witających. Gdyby coś wybuchło – rzeź murowana. Ewakuacja bezwzględnie powinna być ogłoszona niezwłocznie po ujawnieniu bezpańskiego bagażu, bo terroryści odpalają ładunek w ciągu 20 minut od porzucenia walizki czy torby. Każda sekunda jest więc na wagę złota.

Port Lotniczy: „Informujemy, że wszystkie działania w przypadkach pozostawienia bagażu bez opieki na terenie Portu Lotniczego Wrocław SA były i są prowadzone zgodnie z obowiązującymi procedurami, we współpracy i w koordynacji z uprawnionymi do tego służbami państwowymi działającymi na terenie lotniska”.

My zaś uprzejmie informujemy, że zdjęcia numer 1 i 2 wykonano tuż po ujawnieniu bezpańskiego laptopa na terenie wrocławskiego portu. Znalezisko ogrodzono taśmą zabezpieczającą, ale ewakuacji nie ogłoszono. Dowód: na fotografii nr 1 widać dżentelmena z dzieckiem w wózku, dyskutującego z funkcjonariuszem straży granicznej, a fotka numer 2 przedstawia paradujących po terminalu podróżnych. Wykonanie ewakuacji i pozostałych punktów procedury zarządzono mniej więcej dwie godziny po wykryciu bagażu bez nadzoru. W tym czasie turysta z Państwa Islamskiego mógł odpalić bomby w stu komputerach, 5 razy odmówić salat i spokojnie zniknąć bez wieści.

Papierek

Od września tego roku każde lotnisko musi być wyposażone w urządzenia do wykrywania śladowych ilości materiałów wybuchowych. Pozwalają one na wykrycie miliardowej części grama substancji rozrywkowych na bagażu, odzieży i ciele pasażerów, czyli pożytek z nich nielichy: ktoś, kto choć chwilę obcował z semteksem albo używał broni palnej, zostanie przez detektor wykryty. Wrocławski port takie ustrojstwa posiada w wersji stacjonarnej i przenośnej.

Informacje uzyskane od zaprzyjaźnionych z redakcją osób wskazują, że niewiele z tego wynika.

– Do testu stosowane są papierowe wskaźniki. Prawidłowo powinno być tak: jeden papierek używany jest do badania jednego pasażera. I początkowo tak było. Po pewnym czasie uznano jednak, że to marnotrawstwo. Stan obecny: jeden papierek na kilkudziesięciu pasażerów. Stosowane po wielokroć wskaźniki niczego nie są w stanie wskazać. Wykonaliśmy próbę: funkcjonariusz Straży Granicznej zaraz po ćwiczebnym strzelaniu poddał testowi broń służbową za pomocą wielokrotnie używanego papierka. Detektor nie wykrył śladu po prochu.

Pożyczka

Przed zeszłorocznym audytem przeprowadzanym we wrocławskim porcie przez Urząd Lotnictwa Cywilnego wymóg stosowania detektorów śladowych ilości materiałów wybuchowych jeszcze nie obowiązywał. Nasi znajomi twierdzą jednak, że aby lotnisko podczas kontroli pięknie wypadło, pracownik portu takie urządzenie wypożyczył, co miało wpływ na ocenę poziomu bezpieczeństwa. Gdy audyt się skończył, detektor wrócił do właściciela.

Port Lotniczy: „Informujemy, że Port Lotniczy Wrocław SA w 2014 r. nie wypożyczał urządzeń do wykrywania śladowych ilości materiałów wybuchowych, ponieważ posiadał i posiada takie urządzenie na wyposażeniu”. Zapytaliśmy, od kiedy detektory są „na wyposażeniu”. Odpowiedź nie padła.

Nasze źródło: – Przenośne detektory stosowane są na wrocławskim lotnisku od 1 września 2015. Szkolenie zorganizowano dzień wcześniej, w rezultacie nikt tak naprawdę nie wiedział, jak to jeść. Urządzenia stacjonarne weszły na wyposażenie miesiąc później. Pożyczka detektora miała miejsce przed audytem ULC.

Ego

Przepisy stanowią, że kontroli bezpieczeństwa na lotniskach „nie poddaje się Prezydenta RP, Marszałka Senatu, Marszałka Sejmu, Prezesa Rady Ministrów, wicemarszałków Senatu, wicemarszałków Sejmu, członków Rady Ministrów, a także osób, którym towarzyszy ochrona służb państwowych”. Pozostali, bez względu na stan posiadania i rolę społeczną, bez przetrzepania nie mają prawa wstępu do strefy zastrzeżonej lotniska. Bez względu na to, czy Paweł Kukiz występuje jako poseł, czy jako szarpidrut, dopóki nie zostanie prezydentem lub ministrem, na pokład samolotu, nie poddawszy się kontroli bezpieczeństwa, wleźć więc nie może. Dodać wypada, iż muzyk z wrocławskiego airportu korzysta często, ale problemów nie sprawia – i jak przystało na patriotę – daje się wszechstronnie przetestować. Ale inni znani i wpływowi dają służbom lotniskowym zdrowo popalić.

Z myślą o pasażerach o większej potrzebie demonstrowania ego i nielubiących się bratać z tłumem latającym tanimi liniami wrocławski port ustanowił status VIP-a.

Kurtuazja

Informatorzy: – Status VIP mają właściciele samolotów stacjonujących na lotnisku i wszyscy gotowi zapłacić za jego uzyskanie. Żeby jednorazowo poczuć się jak ważniak, wystarczy 700 zł. W zamian można wejść do saloniku VIP i pić alkohol aż do odlotu. Wobec VIP-a stosuje się specjalną procedurę zwaną „kontrolą kurtuazyjną”. Polega ona na tym, że kontrolowany nie zdejmuje butów, paska, nie opróżnia kieszeni, czyli nie wykonuje czynności, które zwykły pasażer, jeśli nie chce kłopotów, musi wykonać bez szemrania. Kontrola VIP-a zaczyna się i kończy na sprawdzeniu manualnym i to niemal bezdotykowym, dopuszczalne są jedynie delikatne muśnięcia, a jak dojdzie do urazy majestatu, lecą kurwy, telefon do wierchuszki i po sprawie. To samo z bagażem. W rezultacie VIP-y wnoszą na pokład samolotów, co chcą, w tym przedmioty zabronione. O „kontroli kurtuazyjnej” w dokumentach nie ma nawet wzmianki, bo to procedura nieformalna, a jej stosowanie pachnie kryminałem. Często korzystają z niej właściciele Krajowego Rejestru Dłużników i oficjele z KGHM.

Port Lotniczy: „Informujemy, że wszyscy pasażerowie odlatujący z Portu Lotniczego Wrocław SA są poddawani kontroli bezpieczeństwa zgodnie z obowiązującymi przepisami z zakresu ochrony lotnictwa cywilnego”.

Pies

O tym, że na wrocławskim lotnisku organizowane są polowania, w kręgu myśliwych zrobiło się głośno w listopadzie 2012 r. Tak się bowiem złożyło, że jednemu z łowców uciekł pies tropiący, przelazł przez dziurę w ogrodzeniu i znalazł się na obszarze portu. Padły strzały, zwierz zaskomlał, zapadła cisza. Właściciel czworonoga powiadomił policję. Władze portu początkowo nie chciały stróżów prawa wpuścić na teren lotniska, pat trwał kilka godzin, wreszcie bramę otwarto. Ciała psa już nie było. Postępowanie w sprawie zabicia zwierzęcia umorzono.

Informator: – Polowania na lotnisku odbywają się od lat. Pies został zastrzelony podczas jednego z nich. Wszystko rozeszło się po kościach, ale strzałami zainteresowała się policja i powstało zamieszanie, więc dla świętego spokoju opracowano procedury polowań. Zgodnie z nimi prawo do odstrzału zwierzyny na lotnisku uzyskały trzy osoby, wśród nich Jarosław Wróblewski, wiceprezes zarządu portu. Na posterunku Służby Ochrony Lotniska pojawiła się też książka ewidencji pobytu myśliwych na polowaniu, a prawo wejścia na lotniskowe łowisko z bronią w ręku uzależniono od posiadania upoważnienia. Ale procedury swoje, a życie swoje i tak naprawdę wciąż panuje wolnoamerykanka. A obszar, na którym odbywają się polowania, położony jest 250 m od pasa, samoloty podchodzą tam do lądowania, czyli lecą nisko. Trudno uwierzyć, że to bezpieczne.

 

Myśliweczek

„Czy Portowi Lotniczemu we Wrocławiu wiadomo o działalności koła łowieckiego posługującego się pieczęcią o treści „Port Lotniczy – Wrocław S.A., ulica Graniczna 190, 54-530 Wrocław”?

Czy Pan Jarosław Wróblewski, wiceprezes zarządu Portu Lotniczego we Wrocławiu, bierze udział w odstrzale redukcyjnym dokonywanym na ternie lotniska? Czy działalność koła łowieckiego, a w szczególności odstrzał redukcyjny zwierzyny dokonywany w bliskim sąsiedztwie pasa lotniskowego jest zgodny z przepisami i nie zagraża bezpieczeństwu?” – zapytaliśmy.

„Informujemy, że na terenie lotniska koło łowieckie nie prowadzi działalności, a zarządzanie środowiskiem biotycznym na terenie Portu Lotniczego Wrocław SA i w jego bezpośrednim otoczeniu odbywa się zgodnie z powszechnie obowiązującymi regulacjami prawnymi i decyzjami administracyjnymi uprawnionych organów, jak i przyjętymi na świecie standardami w tym zakresie” – odpowiedział wrocławski airport.

Komunikat ten jest ogólnikowy, niejasny i lakoniczny jak odpowiedzi dotyczące procedur bezpieczeństwa, co może świadczyć, że ze względu na troskę o pasażerów kwestię polowań we wrocławskim porcie również objęto gryfem tajności.

 

Strach

Aby obraz nieco rozjaśnić, na fotografii numer 3 prezentujemy stronę tytułową książki ewidencji pobytu myśliwych na polowaniu. Uwagę zwraca pieczątka wskazująca że wbrew twierdzeniom zarządu portu, istnieje koło łowieckie prowadzące działalność na lotnisku.

Jednocześnie ogłaszamy dobrą nowinę dla Wielce Szanownych Islamskich Ekstremistów: w ogarniętej strachem Europie jest takie miejsce, w którym ludzie boją się mniej, a procedury bezpieczeństwa i zdrowy rozsądek traktują frywolniej.

W tym kontekście wyposażanie lotnisk w coraz bardziej wymyślną i kosztowną aparaturę detekcyjną, ustanawianie coraz bardziej szczegółowych procedur i nawoływanie do zsynchronizowania wysiłków służb w celu wychwycenia niebezpiecznych pasażerów samolotów brzmi niepoważnie.

Natomiast nad wyraz poważne pytanie, czy pasażerowie bardziej powinni się lękać muzułmańskich myśliwych niż katolickich strzelców, pozostawiamy bez odpowiedzi. Zauważając jednak, że ci pierwsi podczas roboty zwykle nie piją.

Wasze komentarze 5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Podróżuję dość często i na każdym lotnisku na którym bylem papierowe wskaźniki były używane kilka albo kilkanaście razy.

  • Bagaz pozostawiony bez opieki to nie tylko problem Wroclawia ale calego swiata. Gdyby kazdy pozostawiony bagaz byl traktowany powaznie na calym swiecie wszystkie lotniska, porty, dworce itp bylyby zamkniete 24/7. Z tym niestety trzeba sie pogodzic bo ludziom po prostu brakuje wyobrazni.

    • Nie sądzę, żeby był to powszechny problem. Mogę się wypowiedzieć na temat lotnisk angielskich – podróżuję z nich bardzo często. Nie ma tu miejsca na działania markujące, ostatni alarm w zeszłym tygodniu na Gatwick spowodował paraliż terminala północnego na dwie godziny, a drogi dojazdowe odczuwały to jeszcze kolejne trzy. Tu z pewnością nikt nie pozwloiłby sobie na użycie taśmy.

    • Ale na swiecie przypadki pozostawionegp bagazu traktuje sie powaznie