Motto tygodnia: Opozycja podzielona, a Kaczor ze śmiechu kona.

Autor
Robert Jaruga

Polski obóz koncentracyjny

numer

…dla zwierząt.

Dzikie zwierzęta dzięki zwycięstwu cywilizacji nie występują niemal w swoim naturalnym środowisku. Dzikich lwów jest na świecie jedynie 40 tys., a wilków 200 tys.

Te egzotyczne stworzenia trzymamy niekiedy w miejskich więzieniach zwanych ogrodami zoologicznymi, które chętnie odwiedzają rodzice pod pretekstem, że chcą tego ich dzieci, chociaż tak naprawdę z motywów trudnych do wytłumaczenia. Prawdopodobnie dowartościowujemy się, widząc, jak nasi odwieczni wrogowie bez woli i mocy, bez nadziei nerwowo spacerują za kratami.

 

Rzezanie tygrysów przez Niemców

Najstarszym zoo w Polsce, działającym nieprzerwanie od 145 lat, jest to w Poznaniu. Obecnie również najsławniejsze, ponieważ dzieją się tam rzeczy, o których nie śniło się niedźwiedziom. Nawet zające są zdziwione.

W lutym z wizytą duszpasterską dwukrotnie nawiedziła ogród policja, aby przekonać dyrekcję ogrodu, że trzeba prokuraturze oddać jakieś dokumenty, ponieważ, jak ta przypuszcza, zamkniętym w zoo tygrysom i jednej antylopie wyrżnięto jaja, pozbawiając ich zdolności płodzenia nowych tygrysów i antylop.

Rzezania dopuścili się niemieccy specjaliści od kastracji (die Kastrationspezialisten) dr Frank Göritz, dr Marc Gölkel i dr Julia Bohner z Leibniz-Institut für Zoo-und Wildtierforschung, a uczynić mieli to nielegalnie, bo jakkolwiek na kastracjach się znają jak nikt inny na świecie, o czym zaświadcza dyrektor zoo Ewa Zgrabczyńska, to jako lekarze nie mieli uprawnień do wykonywania takich zabiegów w Polsce, a mieć powinni.

To niedopatrzenie formalne zauważył właściciel tygrysów, pan Maciej Maciejewski, któremu odebrano je pod zarzutem, że się nad nimi znęca. Znęcanie się Maciejewskiego miało polegać na tym, że topił tygrysy w gnoju i odchodach, pochodziły one z przemytu oraz wystawiane były na sprzedaż, co było zdaniem pani dyrektor Zgrabczyńskiej nadzwyczaj urągające ich tygrysiej godności.

 

Nowa dyrektor obozu w działaniu

Zające, które były w tej sprawie bardzo rozmowne, przyznają, że nie wiedzą dokładnie, co się dzieje w umysłach ludzi. Swoją percepcję przyczynowo-skutkową zdarzeń, które doprowadziły do tej straszliwej i nieodwracalnej rzezi, przedstawiają tak.

Bardzo dawno, jakieś 4 lata temu, starego dyrektora poznańskiego zoo Aleksandra Nielińskiego zastąpiła nowa dyrektor. Staremu zarzucano, że ogród jest zabiedzony, a zwierzęta pozbawione opieki weterynaryjnej.

Moralnie obciążała go sprawa dwóch osłów, w tym jednego Napoleona, które kopulowały bezwstydnie na wybiegu pod okiem dzieci i co gorsza kamer TVP, które seks nagrały.

Ciążyła na Nielińskim nieudowodniona odpowiedzialność za śmierć 35 żółwi czerwonolicych, które uśpiono, gdy były w zimowym letargu, a przecież można było poczekać z tym do wiosny.

Nowa dyrektor, przyjmując stanowisko nadane jej w drodze konkursu, stwierdziła, że zoo to nie obóz koncentracyjny i teraz wszystko będzie zupełnie inaczej. Lepiej. Miała do tego podstawy, ponieważ w wieku 14 lat już była wolontariuszką w poznańskim zoo, a w wieku 44 lat posiadała doktorat z zooznawstwa uniwersytetu w Poznaniu.

Na jej życiorysie zasadniczo nie było żadnej plamy z wyjątkiem tej po 50 kotach, które przetrzymywała w mieszkaniu, a te zasadniczo śmierdziały, co nie uszło uwadze sąsiadów. Ci donieśli straży miejskiej. Straż chciała dać mandat, Zgrabczyńska nie chciała go wziąć, sąd wymierzył jej więc 2 tys. zł grzywny.

Naigrawano się też z pani Ewy, że powołała fundację dla felinoterapi. Koty zrzeszone w tej organizacji miały leczyć ludzi niezdrowych na umyśle, nieśmiałych, wycofanych społecznie, z zespołem Downa i artretyzmem, ale fundacja upadła przez niezdolność zgromadzenia dostatecznych środków na utrzymanie kotów.

Nowa dyrektorka zoo zwolniła 42 osoby, ponieważ straciła do nich zaufanie, ale tylko dwie niesłusznie – co orzekł sąd, nakazując przywrócenie ich do pracy i wypłacenie 70 tys. zł odszkodowania.

W ciągu trzech lat wydatki Poznania na utrzymanie ogrodu zoologicznego wzrosły z 16 do ponad 31 mln zł, co jest sukcesem pani dyrektor, o którym się nie mówi.

Mówi się tylko o tym, że zoo za jej rządów odwiedza 372 tysiące osób, podczas gdy za poprzedniej władzy było ich 279 tysięcy. Ten wzrost odwiedzalności przełożył się na wzrost przychodów z biletów z 2,8 mln na 3,5 mln zł. To oczywiście nie zmienia faktu, że zoo jest nadal placówką deficytową, teraz nawet trochę bardziej niż kiedyś. Każdy poznaniak, statystycznie, wydaje na zoo 50 zł rocznie, choćby nigdy w nim nie był.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.