Motto tygodnia: Młody Tusk też ma mózg, ale mniejszy...

Polska nie dla Polaków

numer 28/2016

Masowy exodus Polaków z Wysp do kraju jest równie prawdopodobny jak kanonizacja Stalina.

Po tym jak Angole odpłynęli ze swoją wyspą z Unii, premier Szydło – z właściwym sobie poczuciem humoru – zapowiedziała, że Polska czeka na wyganianych z Wielkiej Brytanii Polaków z otwartymi ramionami. Oraz z programem powrotu z emigracji, którego tworzenie jest już na ukończeniu.

Tuska wina

Wszystkim tym, których nie dotknęła przypadłość odkryta przez Alzheimera, po takich słowach winien przyjść na myśl Tusk. Tusk sprzed dziewięciu lat.

– Nie przyjechałem namawiać emigrantów do powrotu, ale chcę ich przekonywać, by uwierzyli, że sytuacja w Polsce może się zmienić tak, że za rok, dwa czy trzy znajdą swój Londyn w Warszawie, Biłgoraju czy Łomży – mówił Tusk na spotkaniu przedwyborczym nad Tamizą we wrześniu 2007 r. Kilkanaście miesięcy później, w listopadzie 2008 r., już jako premier zielonej wyspy wśród morza pogrążonych w recesji gospodarek, Tusk na spotkaniu z Polonią wyrażał się oględniej: – Moim zadaniem jako premiera jest przygotować polską administrację tak, aby ludzie, którzy chcą wrócić, mieli rzetelną informację, jak zaadaptować się w polskich warunkach.

W ślad za tymi słowami ruszyła kampania: niby informująca, a w praktyce mająca zachęcić naszych emigrantów do powrotów na ojczyzny łono. Powstał internetowy portal informacyjny, zrodził się „Powrotnik”, czyli książkowy poradnik dla wszystkich, którym po głowie chodziło przywleczenie się na stare śmieci.

– Chcieliśmy stworzyć system, który będzie pomagał rozwiązywać konkretne, często bardzo indywidualne problemy Polaków wracających do kraju – deklarował odpowiedzialny za projekt szef doradców premiera Michał Boni.

I stworzyli. 170 stron porad zebranych w prawie dwustustronicowym „Powrotniku. Nawigacji dla powracających”.

Emigrant dowiadywał się z nich, jakie formalności należy załatwić przed wyjazdem, że może przewieźć ze sobą do 5 kilo świeżych warzyw – z wyłączeniem bulw ziemniaków – i do jakiego urzędu udać się zaraz po powrocie do kraju. Twórcy poradnika deklarowali, że pomogą wykorzystać doświadczenia zdobyte za granicą oraz załatwić formalności związane z zakładaniem własnej firmy czy renty lub emerytury, a także podpowiedzą, jak zarejestrować zagraniczny akt małżeństwa i zapisać dzieci do polskiej szkoły.

Realnie rząd Tuska olał powracających emigrantów. Nie byli mu w kraju stojącym na skraju recesji do niczego potrzebni. Tak samo jak polskiemu rynkowi pracy, który z powodu galopująco rosnącego bezrobocia i tak nie był powracającym w stanie zapewnić jakiejkolwiek roboty.

Ci, którzy odważyli się na powrót, albo przebijali się przez barierę wykluczenia społecznego, albo błyskawicznie uciekali znad Wisły gdziekolwiek. Choćby do Norwegii.

Wbrew obietnicom Tuska, administracja na żadne powroty nie była przygotowana. Dzieci reemigrantów przynosiły ze szkół pały, bo nikt nie wpadł na pomysł stworzenia edukacyjnych programów wyrównawczych. Pośredniaki, zamiast ofert pracy, były w stanie zaproponować tylko zasiłki. A i to po zgromadzeniu przez delikwenta szafy obcojęzycznych dokumentów przetłumaczonych przez tłumacza przysięgłego.

Statystyki ujmowały to tak: w roku 2007 na emigracji było 2270 tysięcy Polaków. Potem trochę wróciło, bo dane za rok 2010 pokazują, że jest ich równe 2 miliony. Tyle że od tej pory spieprzamy z Polski na potęgę. W tamtym roku nasza emigracja liczyła już 2,4 miliona osób.

Nie rzucim Anglii

W Zjednoczonym Królestwie jest nas teraz jakieś 850 tysięcy. Większość mieszka tam od ponad pięciu lat. Ponieważ wychodzenie Wielkiej Brytanii z Unii potrwa przynajmniej 5 lat, to można śmiało przyjąć, że wszyscy pracujący i mieszkający dziś nad Tamizą zdążą do tej pory złożyć stosowne papiery i zyskać status poddanego Jej Królewskiej Mości lub inny tytuł umożliwiający legalny pobyt i pracę na Wyspach.

Najnowsze wieści z okolic Londynu mówią, że tuż po ogłoszeniu wyników referendum rozpoczął się szturm Polaków na urzędy, w których składa się wnioski o rezydenturę i obywatelstwo. Skąd zatem w pisowskich mediach pojawiła się nagle liczba ponad 300 tysięcy osób, które wraz z dobytkiem zjadą pod Grójec?

Pojawiła się otóż z sufitu, a niewykluczone też, że z poślinionego palca lub innego równie wiarygodnego narzędzia badawczego. Demografowie, socjologowie i specjaliści od rynku pracy są bowiem zgodni co do jednego. Ktoś wróci, bo migracja ma to do siebie, że niektórzy wracają. Ale będzie to margines. Za to o wiele więcej wyjedzie. Wyniki badań potwierdzone statystyką są nieubłagane. A na dodatek potwierdza je to, co się działo z polskimi emigrantami po kryzysie roku 2008.

Wbrew temu co opisywały wówczas media, w Irlandii nie doszło do zapaści gospodarczej. Po dwóch kwartałach wszystko wróciło na ścieżkę wzrostu. Przegrali tylko ci Polacy, którzy się wystraszyli i wyjechali. Tak samo było w Anglii. Przegrana uciekinierów była jednak chwilowa, bo jeśli nie wybrali się do ojczyzny, to spadali na 4 łapy. Dziesiątki tysięcy naszych w tym czasie skorzystało z dobrodziejstwa przemieszczania się po wspólnym rynku. Nasza diaspora stała się Europejczykami. Takimi, którym wszystko jedno, czy pracują w Hiszpanii Holandii, czy Niemczech. Najważniejsze, żeby nie była to Polska, Rumunia albo Bułgaria. Ba, dzięki znajomości angielskiego ręce po nich zaczęli wyciągać headhunterzy z Kanady, Australii czy Nowej Zelandii.

Ciesz się, kiedy wyjadę

W ostatnim raporcie Work Service poświęconym migracjom zarobkowym stoi jak byk, że około 4 milionów osób rozważa wyjazd z Polski. Większą chęć emigracji zgłaszają osoby pochodzące z hołubionych przez PiS województw położonych na wschodniej ścianie Polski.

Naukowcy szacują, że z Lubelszczyzny, Podkarpacia, Podlasia, Pomorza oraz z województwa opolskiego na emigrację czasową mogło zdecydować się powyżej 15, a w niektórych przypadkach nawet 20 procent osób przed 35. urodzinami. Czyli z Lubelszczyzny mógł wyjechać nawet co piąty młody mężczyzna, który nie skończył 24. roku życia, a z Podkarpacia nawet 28 procent.

Nie możemy zapominać, że cały czas mówimy o pracownikach z kraju, który nieprzerwanie się rozwija. Gdzie bezrobocie spadło poniżej 10 proc. Gdzie zaczyna brakować rąk do pracy. Tak przynajmniej twierdzą pracodawcy. I mają rację. Tyle tylko że chodzi przede wszystkim o rosnące niedobory na rynku pracy w takich branżach jak handel, budownictwo, usługi hotelarskie i gastronomiczne. Wszystkie te fachy były opłacane przez szefów w sposób nieszczególnie hojny. Regułą były zarobki rzędu 1 300–1500 zł miesięcznie. Pracodawcy płaczą, bo dziś za tyle nikogo do roboty nie znajdą. Żaden jednak nie wpadnie na pomysł, aby poszukać sprzedawczyni czy kelnerki za 2–2,5 tys. zł na rękę. Taka innowacyjność przekracza granice percepcji polskiego pracodawcy. Pracodawcy, o którego względy PiS tak zabiega.

Premier Szydło – tak jak niegdyś Tuskowi – powracający z emigracji nie są do niczego potrzebni. Jednak na potrzeby kibiców dobrej zmiany musi opowiadać, jak to scala polską substancję narodową i nie szczędzi sił, aby każdy Polak wrócił „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”.

Na szczęście dla niej poza gadaniem nie musi nic robić. Bo do polskich realiów gospodarczych nikt mieszkający i pracujący, czy to w Anglii, czy w Holandii nie wróci. Pierwsze badania, przeprowadzone wśród brytyjskich Polaków po brexicie, pokazują, że na większy desant z Wysp nie ma co liczyć, jeśli powracający nie będzie miał pracy pozwalającej mu zarobić 5000 zł na rękę.

Cóż, Pani Premier! Do czasu, gdy dwoje młodych pracujących przy sortowaniu ogórków czy marchewki nie będzie u nas zarabiało tyle, żeby dostać i spokojnie spłacać kredyt na mieszkanie, kupić sobie w tym czasie 5-letnie auto i myśleć bez ekonomicznego strachu o rozmnożeniu się, to nie ma chuja, aby zrezygnowali z pracy pod holenderską Bredą i wrócili pod Piłę. Nie ma też chuja, by pod Bredę nie pojechali kolejni.

Wasze komentarze 6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Nie będą wracać, bo i po co? W Polsce nic się nie zmieniło. Mnóstwo moich znajomych i rodzina już dawno wyjechała. Ja kierownik dużego działu w dużym przedsiębiorstwie w Polsce, zarabiam ciut mniej niż znajomy , który jest brygadzistą w 4-6 osobowej grupie. Przez 10 lat dorobił się własnego domu ( 50% kredyt), samochodu (u nas nowy samochód to dalej luksus), ożenił się i ma już dziecko. Jako osoba zarabiająca niewiele płaci minimalne podatki.

  • Wracać do Polski? Po co? Żebym trafił za kratki za obrazę uczuć jakiegoś mohera? Albo żeby jakiś klecha do moich drzwi sie dobijał, bo brakuje mu kasy na utrzymanie kochanki i kupno nowego autka? Zróbcie z Polski wielki skansem i żyjcie z oglądania was przez turystów!

    • A to dopiero niezwykły przypadek! – może 0,5 promila księży ma kochankę i trafiło WŁAŚNIE na ciebie. Może zagraj w lotto? Ja u Angoli robić nie będę, bo ich mordy mi się nie podobają i niewyraźnie mówią. Nowy samochód i dom też mam, zaczynałem w PL od zera. I jestem wdzięczny Mieszkowi I, że wyprowadził nas kiedyś z pogaństwa, do którego ty byś chętnie wrócił.

      • Fakt ze klechy preferuja chlopcow lub gejow w roli kochankow.
        Z wypowiedzi jasno wynika ze waz jest ‚PRAWDZIWYM POLAKIEM KATOLIKIEM’ reprezentujacym zelazny elektorat PiSu.

  • Bardzo dobry tekst , dodał bym tylko że mieszkańcy w/w województw głosowali na PiS i zpierdolili na zachód przed dobrą zmianą .