Motto tygodnia: Za Platformy ciepła woda z kranu, za PiS-u koncertowy zamach stanu.

Piłko, pozwól żyć!

numer 24/2016

Kaczyński pragnie, aby Polska zmiażdżyła wszystkie nacje, ale wola Wodza nie stanie się ciałem.

Dyżurna klaka: „Mówią, że Jarosław Kaczyński to ostatnia lebiega, bo nie ma prawa jazdy ani konta w banku, że jedyne, co ma, to kota i długi. Poza tym na sporcie też się nie zna. Ech…tylko popukać się w czoło. Tak mogą myśleć jedynie kibice Ryszarda Petru albo Grzegorza Schetyny”.

Wyznawcy dobrej zmiany: „Gołym okiem widać, że po dojściu PiS do władzy nasi sportowcy dostali pozytywnej energii i godnie, o wiele lepiej niż w poprzednich latach reprezentują swój kraj.

Nareszcie dobra zmiana, nie tylko w polityce, ale i w sporcie. Panie premierze, dla pana te mecze będą wygrane! Piłkarze, musicie pokazać światu, że w Polsce nie rządzi już mafia PO-PSL!”.

Mecze dla premiera będą wygrane w trakcie Euro 2016. Problem w tym, że

słynący z ostrych zagrań Kaczyński pragnie, aby Polska została mistrzem kontynentu, wzmacniając wśród ludu poczucie tożsamości oraz dumy narodowej. A to zadanie znacznie trudniejsze niż rozdanie pieniędzy w ramach programu 500 plus.

Borubar

Prezes ma świadomość, że wyzwanie jest poważne, dlatego podpowiada trenerowi Nawałce, żeby polskiej bramki strzegł Maciej Szczęsny, a jako wielki strateg i jeszcze większy taktyk wie, co mówi, nie takie stanowiska obsadzał ku powszechnej szczęśliwości. Tyle że niechcący otworzył puszkę Pandory, bowiem wyznaczając golkipera przypomniał o nieszczęsnym Borubarze. I ożywił spór o to, co w 2008 r. po meczu z Austrią powiedział śp. Lech Kaczyński.

Przypomnijmy: dziennikarz zapytał prezydenta, jaki piłkarz zwrócił jego uwagę. „Roger Pereiro” – bez wahania odparła głowa państwa, mając na myśli Rogera Guerreiro, zawodnika do złudzenia przypominającego zagorzałego islamistę, zatem w dzisiejszej reprezentacji, z powodów pryncypialnych opartej wyłącznie na białej sile, zupełnie nie do pomyślenia. Tu wątpliwości nie ma: prezydent popełnił lapsus, choć kilka miesięcy wcześniej w nadzwyczajnym trybie nadał śniademu Brazylijczykowi obywatelstwo polskie. Gdyby Lech Kaczyński na Pereiro zakończył występ, nikt o tej pomyłce by nie pamiętał. Ale, po krótkiej pauzie dodał: „Ale dobry był też nasz bramkarz, Artur Borubar”. Z tym że „Borubar” nie jest oczywisty.

Piar

Obrońcy prezydenta początkowo nie kwestionowali, że pomylił Boruca z Borubarem, dowodząc, iż w porównaniu z grzechami Tuska i Kopacz, wtedy ministry od zdrowia w rządzie Donalda, codziennie skazujących chorych na raka na pewną śmierć, to zwykły pryszcz. Gdy się okazało, że cała Polska kona ze śmiechu, zmienili zdanie, utrzymując, iż wypowiedź prezydenta brzmiała: „Ale dobry był też nasz bramkarz, Artur Boruc, bardzo!”.

„Wśród kibiców i dziennikarzy pokutuje przekonanie, że Lech Kaczyński powiedział »Artur Borubar«. Ale to nie dziwi – wszystkie działania prezydenta były przedstawiane w złym świetle. Każde poprawienie krawatu przez żonę, każda niezauważona dłoń, która została doń wyciągnięta były powodem do kpin. Również ten słynny Borubar, który ma posłużyć do udowodnienia tezy, że zupełnie nieznający się na piłce Kaczyński pojechał do Austrii, tylko po to by zdobyć trochę popularności, a nie zna nawet nazwiska polskiego bramkarza, który zatrzymał austriackich piłkarzy. Ten czarny PR był widoczny poprzez całą prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, a także po jego śmierci” – napisał czołowy publicysta strefy wolnego słowa.

Sporu o Borubara nie rozstrzygnięto do dziś, a imię kocura stało się ikoną prezydentury Kaczyńskiego, za to jego słynnego wystąpienia w Gruzji publika nie pamięta ni w ząb. To dowód, że Jarosław Kaczyński, jak zawsze, ma rację: piłka jest zjawiskiem narodowym, głęboko sięgającym do strefy politycznej. I że komisja Macierewicza od katastrofy smoleńskiej powinna nagranie wypowiedzi prezydenta przebadać i raz na zawsze orzec, iż padł „Boruc bardzo”. W przeciwnym wypadku naród zapamięta Lecha Kaczyńskiego nie jako wyzwoliciela Gruzji i poskromiciela Putina, lecz jako profana mylącego kota z bramkarzem.

Tak czy siak wypełnienie woli prezesa i zmiażdżenie podczas Euro wszystkich nacji jest misją niewykonaną, choć Borubar znalazł się w 23-osobowej kadrze i poleciał do Francji.

Częstochowa

Balon pompowany jest od dawna.

Czarnym koniem turnieju Polska została już 1,5 roku temu, zaraz po wygranej z Niemcami. Media i liczni eksperci zgodnie orzekli, że gramy znakomicie i nasz zespół zdolny jest do stawienia czoła najlepszym, choć mecz przypominał obronę Częstochowy. Szkopy ostrzeliwali polskie rubieże bez litości, oddając 19 strzałów, w tym 8 celnych, przeprowadzili 61 niebezpiecznych ataków i stworzyli 22 sytuacje bramkowe. Biało-czerwoni wykreowali 4 sytuacje, 4 razy strzelali, a niebezpiecznych ataków zaliczyli 27. Wygraliśmy nie dlatego, że rodzima ekstraklasa przeobraziła się w kuźnię piłkarskich talentów, a Boniek zreformował PZPN i wprowadził skuteczny system szkolenia młodych piłkarzy, ale dlatego, że futbol jest grą losową i bywa, że szczęście uśmiecha się do drużyny gorszej. Ale mit wygranej z mistrzami świata pozostał.

I ma się dobrze.

Wow!

Przed tegorocznym Euro polscy dziennikarze stają na głowie, aby od zagranicznych speców usłyszeć komplement pod adresem biało-czerwonych, a ci – nie bardzo wiedząc, co począć z natrętami – plotą androny o koniach i triumfie nad Niemcami. I tak przyparty do muru Gerard Houllier, były trener Liverpoolu, powiedział naszemu pismakowi, że Polska będzie czarnym koniem Euro 2016. „Nie mówię tego przez kurtuazję. Widziałem wasze zwycięstwo nad Niemcami. Polska drużyna gra bardzo ofensywnie” – wyjaśnił.

Franck Leboeuf, były reprezentant Francji, ogłosił, że to będą mistrzostwa pełne niespodzianek i właśnie Polska ma szansę być czarnym koniem. „Pokazują to wyniki, w końcu wasza drużyna wygrała z Niemcami. Gdy o tym się dowiedziałem, pomyślałem: wow, to niesamowite”.

Gdy dziennikarz zapytał żabojada, czy poza Lewandowskim zna innych piłkarzy z orłem na piersi, odparł: „Nie za bardzo. Kojarzę tych dwóch, którzy grali z Lewandowskim w Borussii, ale nazwisk nie pamiętam”.

O tym, że Polska okaże się niespodziewanym zwycięzcą turnieju, wie nawet angielska sprzątaczka. Oto w programie „Football Daily Show” żartobliwie rozmawiano o mistrzostwach Europy. W dyskusję gości notorycznie włączała się krzątająca się po studiu konserwatorka powierzchni płaskich, wykazując niezwykłą wiedzę na temat futbolu. Serca wszystkich Polaków zabiły mocniej, gdy wygłosiła następujący kawałek: „Czarnym koniem mistrzostw będzie Polska. Bo pokonała Niemcy. No i ma Roberta Lewandowskiego, który w Bayernie miał 64 procent celności strzałów, a Wolfsburgowi wbił 5 goli w 9 minut”. Sprzątaczka była podstawiona i podpowiadał jej Jose Mourinho, co nasze media skwapliwie odnotowały, dodając, że „to trener, który rzadko się myli”.

Chabeta

Biało-czerwoni są czarnym koniem przed wszystkimi piłkarskimi turniejami od 2002 r. Przed pierwszym gwizdkiem kadra zawsze ma potencjał, wyjątkowych zawodników, stanowi monolit i świetnie rozumiejący się kolektyw. Na boisko wybiega zaś jakaś inna drużyna, nieskuteczna, ślamazarna, bez pomysłu na grę i niepojmująca wyzwań współczesnego futbolu. Słowem – wyliniała chabeta.

Nie ma powodów, by sądzić, że w tym roku będzie inaczej. Wszczęta przez PiS dobra zmiana piłki kopanej jeszcze nie objęła, wciąż gramy mizernie, wielki sukces Adama Nawałki odtrąbiono na podstawie fuksiarskiej wygranej z Niemcami, dwóch wymęczonych remisów ze Szkocją, remisu i zwycięstwa z Irlandią oraz wiktorii nad Gruzinami i amatorami z Gibraltaru.

Rozgrywane przed turniejem mecze towarzyskie wypadły koszmarnie, zaś tłumaczenia szkoleniowców, komentatorów i zawodników – jeszcze gorzej. Najczęściej beznadziejną grę usprawiedliwiano względami taktycznymi („trener nie chciał ujawnić opanowanych przez drużynę schematów”) i kondycyjnymi („drużyna nie miała świeżości po ciężkim zgrupowaniu w Arłamowie”). Otóż po zgrupowaniu w Arłamowie w nędznej kondycji mógł być obywatel Wałęsa, bo skonsumował 289 butelek wódki i ponad 1000 piw, piłkarze takiej ilości toksyn raczej nie połknęli. Opowieści o przetrenowaniu zaczęto podawać dopiero po kompromitujących występach, a wcześniej podkreślano, że Nawałka nie popełnił błędów poprzedników, zawodników nie przeciążył i są świeżutcy niczym zawsze dziewica. Co do taktyki: schematów gry zapewne nie chciała zdradzać również Ukraina. Mimo to wygrała 3:1 z Albanią. Niemcy zaś na stojąco rozprawili się z Węgrami.

Kurs

Bukmacherzy na piłkarskie umiejętności naszych kopaczy patrzą trzeźwo i roli czarnego konia wcale im nie przypisują. Kurs na zwycięstwo z Irlandią Północną po błędach i wypaczeniach w meczach towarzyskich podskoczył i wynosi 1,8 (dane z 8 czerwca). Oznacza to, że prawdopodobieństwo wygranej orłów Nawałki z najsłabszą drużyną w grupie organizatorzy zakładów oceniają na 55 proc. W starciu z Niemcami, mimo wielkiego i wspominanego przez cały świat zwycięstwa w 2014 r., szanse na wiktorię wynoszą 18 proc. Na wygraną z Ukraińcami są większe (38), ale prawdopodobieństwo, że przerżniemy jest mniejsze ledwie o 3 proc.

Balon w narodowych barwach pęknie z hukiem. I to prędzej niż ten dmuchany przez Kaczyńskiego.

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Nawet jak przegramy to prezes winnego ma…

  • Prezes znajdzie winnego nawet jak wygramy.

  • A ja podziwiam Prezesa, ze do tej pory nie popełnił samobójstwa jak jego brat. Jak bardzo musi cierpieć patriotyczny 66 latek mający świadomość, ze żadna Polka nie chciała mu urodzić dziecka. Nawet Szczypińska wołała watykańskiego dewianta od Jarka.