Motto tygodnia: Prezes jest już zdrowy jak ryba. Chyba...

Pierdolenie o pieprzeniu

numer 46/2015

Jeśli ktoś myśli, że naszym hierarchom od bogactwa w dupach się poprzewracało, bo nie chcą kasy, to błądzi. Bardzo błądzi.

Jedyne, czym październikowy watykański synod o rodzinie zaowocował w ojczyźnie papieża Polaka, to zapowiedź likwidacji weekendowych kursów przedmałżeńskich. Najpierw skasował je rządca duszyczek warszawsko-praskich Hoser, a po chwili zawtórował mu kolega zza Wisły kardynał Nycz. Dlaczego? Bo jego zdaniem „służą one tylko po to, by mieć odpowiednie zaświadczenie przed ślubem”. I dodał jeszcze: „Rozumiem, że trzeba ludziom wychodzić naprzeciw, ale nie za wszelką cenę”.

Kursy przedmałżeńskie to jeden z warunków zawarcia ślubu kościelnego. Polegają one na tym, że przymierzający się do ról głównych w spektaklu rodzinno-towarzyskim o nazwie ślub muszą popieprzać na organizowane przez proboszczów trucia, w zamian za co dostają przepustkę do ołtarza.

Standardem są bezpłatne zajęcia odbywające się przez 3 miesiące. Co tydzień amatorzy żeniaczki i amatorki zamążpójścia przez godzinę muszą wysłuchiwać pogadanek kościelnych fachowców od małżeństwa i rodziny. W większych miastach prelegentami są lekarze ginekolodzy, psychologowie, małżeństwa z wieloletnim stażem i księża. W mniejszych – panie z kółka parafialnego i proboszcz.

Zdecydowana większość przyszłych nowożeńców szuka sposobu na to, jak tę przedmałżeńską rafę ominąć. Zwłaszcza że aby wpaść co tydzień na parafialne umoralnianie, trzeba zmarnować czas na przygotowanie i dojazd. Dla normalnych ludzi, którzy mają pracę, to nie do wykonania.

Weekendowe kursy były dla nich rozwiązaniem interesującym. Płaciło się 150–250 zł od łebka i zaliczało kurs w ciągu soboty i niedzieli. A jak ktoś miał hajs i szczęście, to mógł nawet załapać się na weekendowy wyjazd do organizującego takie szkolenie klasztoru. Za 500 zł od pary miało się 2 noclegi, pełne wyżywienie i upragniony kwit.

Wyjazdowe szkolenia miały jeszcze i tę zaletę, że rozwijały wyobraźnię, tak istotną w późniejszym pożyciu. Ponieważ panie i panowie spali tam osobno, pary prześcigały się w wymyślaniu miejsc i sposobów, by pokopulować w sakralnych okolicznościach architektury.

Tak naprawdę jednak zdecydowana większość miłośników marsza Mendelsohna załatwia zaświadczenia o kursie bez kursu, ale za to za szmal.

Czyżby zatem Nycz i Hoser byli tak oderwani od rzeczywistości, że wierzą, iż owieczki będą przez 3 miesiące co tydzień zbiegały się w salkach parafialnych i z nabożną czcią wsłuchiwały w nauki przedmałżeńskie? Czy może sądzą, że gdy zlikwidują płatne kursy, to wierni uznają, że Kościół jest mniej nastawiony na forsę, czyli taki bardziej Franciszkowy?

Nic bardziej mylnego. Hierarchowie umieją liczyć i doskonale wiedzą, że hajs, jaki do tej pory trafiał do parafii ze szkoleń weekendowych, nie ucieknie. Narzeczeni przyniosą go w zębach proboszczom, a ci łaskawie wysłuchają próśb i nauki im odpuszczą. Im bardziej upierdliwe i bezsensowne staną się kursy bezpłatne, tym więcej forsy spłynie bezpośrednio tam, gdzie ma spłynąć. Do księżej skarbonki.

Przy wszystkich kosztach współczesnych wesel, zaczynających się od kilkunastu tysięcy, wyskoczenie z tysiakiem od pary za świadectwo odbycia kursu to finansowy pryszcz.

całość na łamach

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Jestem proboszczem od kilkunastu lat. Nie robię tzw. kursów przedmałżeńskich, tylko podczas jednego spotkania staram się przybliżyć narzeczonym najważniejsze – z mojego punktu widzenia jako duszpasterza – kwestie. Nigdy nie brałem za to kasy, nie biorę i nie będę brał. Ofiarę za ślub pobieram, jeśli nupturienci dadzą, choć dzisiaj błogosławiłem małżeństwo bez żadnej ofiary/opłaty – jak kto woli. Poprosiłem tylko, żeby narzeczeni dali cokolwiek dla pracowników: organisty i kościelnego, bo to ich jedyne źródło dochodu. Czytam czasem NIE (w necie, żeby kupując, nie wspierać finansowo zdeklarowanego wroga chrześcijaństwa), aby zobaczyć, co myślą o mnie ci, którzy a priori mnie nie szanują. Ta lektura uczy (przynajmniej mnie) pokory, bo każdy z nas księży jest tylko człowiekiem, który grzeszy i błądzi, ; niewątpliwie zdarzają się zatem przypadki, które są opisywane. Jednak w licznych artykułach dotyczących Kościoła jest wiele nie tylko złej, ale nawet najgorszej woli. I tak odczytuję, niestety, powyższy materiał. Z Panem Bogiem!

  • Proszę księdza, proszę się nie obruszać, to co opisało nie, dotyczy 99,9% parafii. Ksiądz jest wyjątkiem, w tym wypadku chlubnym i tak wyjątkowym, że aż ciężko mi uwierzyć, czy to aby nie prowokacja. Niestety nastawienie kościoła na kasę jest tak dobrze znane, że powstały portale typu colaska.pl gdzie wierni mogą dowiedzieć się, gdzie najtaniej wziąć ślub, czy pochować rodziców… Niestety społeczeństwo jest biedne i choć, i tak buli z podatków na kościół to ten domaga się jeszcze niefiskalnej kasy w kopercie, w zasadzie za wszystko. Nie tędy droga…

  • W myśl prawa kanonicznego, mąż po ślubie cywilnym żyje w bezżenności, czyli w celibacie.