Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

Wietrzenie po Macierewiczu

numer 2/2018

Jeśli dziś Kaczyński wywali Macierewicza, to za pół roku wyrzuci Morawieckiego?

W 1989 r. Jacek Kuroń opowiadał dykteryjkę o Stanisławie Ciosku i barwnej metaforyce, którą opisywał on koncept prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego. My siedzimy z wami przy stoliku i gramy w karty – mówił ponoć Ciosek opozycjonistom w szczególnie kuluarowych rozmowach – i zamierzamy grać uczciwie, przestrzegając zasad. Ale jak nam się karty źle ułożą, to prezydent ma być tym, który kopnie ten stolik. Metafora musiała przypaść do gustu Wałęsie, który – w odróżnieniu. od Generała – dokładnie tak rozumiał swoją prezydenturę, czemu sprzyjało wprowadzenie w małej konstytucji resortów prezydenckich, czyli decydującego wpływu głowy państwa na obsadzenie MON, MSW i MSZ.

Dziś resorty prezesowskie są 2 – co, nawiasem mówiąc, wskazuje, że Kaczyński ze swoim żoliborskim wychowaniem i doktoratem z prawa jest znacznie bardziej prowincjonalny niż elektryk z Popowa – ale wizja kopania stolika pozostaje w mocy. Co nietrudno zrozumieć: w myśleniu Jarosława Kaczyńskiego o sprawowaniu władzy wpisany jest konflikt, a konflikt – jak podpowiada doświadczenie życia polityka urodzonego w roku 1949 – może prowadzić do kryterium ulicznego. Żeby było jasne: nie próbuję przez to powiedzieć, że Kaczyński chce strzelać do ludzi. Na pewno nie chce i, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby się na to odważył. Ale lider zorientowany na konfrontację ewentualność użycia siły – albo chociaż jej demonstracji – musi mieć z tyłu głowy.

Nie jest to koncepcja nowa: w poprzednich trzech rządach, na które decydujący wpływ miał Kaczyński (Marcinkiewicza, jego własnym i Szydło), MON i MSW z zasady pozostawały w rękach osób z najwęższego kręgu zaufania. Trzeba zresztą przyznać, iż oba przypadki, w których zasada ta została złamana, zakończyły się raczej niedobrze. W lutym 2007 r. w wyniku konfliktu z Macierewiczem w spektakularny sposób rozstai się z rządem ówczesny szef MON Radosław Sikorski, przez następną dekadę jeden z głównych wrogów partii braci.

7 miesięcy później równie nieprzyjemny rozwód zakończył misję chwilowego szefa MSW, protegowanego Ziobry, Janusza Kaczmarka, gwiazdy pamiętnej prezentacji multimedialnej prokuratora Engelkinga – tej, w której dowodem na zamieszanie Kaczmarka w przeciek w sprawie afery gruntowej miał być brak krawata po jego rzekomym spotkaniu z Ryszardem Krauzem. Aresztowany i oskarżony przez Ziobrowych podwładnych, Kaczmarek także stał się zaprzysięgłym wrogiem kaczyzmu.

Poza tymi dwoma przypadkami szefowie MON i MSW w kaczyńskozależnych rządach nieodmiennie cieszyli się zaufaniem wodza – bądź to, jak Ludwik Dom, należeli do „zakonu PC”, bądź to, jak Aleksander Szczygło czy Władysław Stasiak, byli ludźmi z najbliższego kręgu Lecha Kaczyńskiego, jego współpracownikami z NIK.

Obsadzenie na tych strategicznych miejscach Macierewicza i Błaszczaka było logiczną konsekwencją wcześniejszej polityki. Są nią także obecne nominacje. Nikt, nawet najwierniejsi piewcy rządu nie twierdzą, że są one w jakiś sposób związane z kompetencjami (na nieśmiałą sugestię dziennikarza, że przecież minister Błaszczak ma doświadczenie międzynarodowe, bo organizował Światowe Dni Młodzieży, jeden z etatowych ekspertów TVP Info odpowiedział zdaniem zaczynającym się od frazy: „Z całym szacunkiem…”). Wszyscy zgadzają się bez słów, że Błaszczak i Brudziński na czele armii i policji to – mówiąc językiem amerykańskim – „plany ewentualnościowe”.

Pod tym względem Błaszczak może być nawet lepszym szefem MON niż Macierewicz – nie dlatego, żeby Antoni nie był zdolny do wyprowadzenia wojska na ulice, ale dlatego, że mógłby mieć w tej mierze własne opinie. W przypadku Błaszczaka takie niebezpieczeństwo nie istnieje. Także Joachim Brudziński, zapewne cokolwiek inteligentniejszy od Błaszczaka, jest człowiekiem najwyższego zaufania i pełnej dyspozycyjności. Roszada w MON i MSW, obejmująca zgodę na odwołanie Macierewicza, jest ustępstwem Kaczyńskiego, które tak naprawdę nic nie zmienia w kluczowej dla prezesa kwestii kontroli nad resortami siłowymi. Pomimo to dymisja Macierewicza wywołała furię pisowskiego betonu.

Rafał Ziemkiewicz w TVP odpowiedział, że czepianie się prezydenta za decyzję, którą de facto podjął naczelnik, oznacza „brak jaj” i zaproponował obrońcom Macierewicza, żeby ogłosili, że Antoniego Macierewicza zdradził Jarosław Kaczyński.

Doceniając bon mot red. Ziemkiewicza, zapytałabym: czy aby na pewno?

Oczywiście godząc się na dymisję Macierewicza, Kaczyński w istocie dopuścił się zdrady wobec najwierniejszego rycerza chorągwi smoleńskiej. Rodzi się tu kilka pytań.

Pierwsze – pisałam o tym miesiąc temu („Przelotny Mateusz”, „NIE” nr 50/2017) – jest takie: czy obecny rząd rzeczywiście ma rządzić do wyborów? Czy może jednak miał służyć łagodnemu przejściu od „naszej Beatki”, która okazała się zaskakująco trwała i popularna, do władzy prawdziwego władcy – w sposób, który nie zirytowałby wyborców przywiązanych do Szydło? Jeśli taki był zamysł – a podejrzewam, że Kaczyński będzie jednak chciał zaistnieć w podręcznikach historii jako premier stojący na czele obchodów stulecia niepodległości – cały projekt pn. Morawiecki obliczony jest na pół roku.

Inna kwestia, czy Kaczyński w przyszłości będzie w stanie – jak niewątpliwie sądzi – usunąć Morawieckiego w każdej chwili, tak jak uczynił to z Szydło.

Czy też może Duda do spółki z Morawieckim zdążą uwierzyć w to, że Polska naprawdę ma konstytucyjne władze w postaci prezydenta i premiera, które nie muszą przychodzić na gwizdnięcie „zaplecza politycznego”? Byłby to z ich strony kompletny brak realizmu.

 

AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

 

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Dobrze, ale co to zmienia? Po wywaleniu starych ministrów przyjdą nowi. Nowi mianują swoich podsekretarzy stanu. Ci mianują swoich dyrektorów departamentów i dyrektorów w podległych instytucjach. Sparaliżują działalność swoich resortów na jakieś 3-6 miesięcy. Zanim nowi się w pełni ogarną co się dzieje, tow. Kaczyński ma zrobić nową rekonstrukcję i sam stanąć w roli premiera

  • Kaczyński nie stanie na czele rządu, jeśli nie przygotuje kolejnego gratisu dla swojego betonu. Sprawa o tyle trudna, że będzie mu potrzebny jeszcze zapas centroprawicowy. Jaka to będzie musiała być obietnica, żeby uwieść kogoś więcej, niż beton? I jak potem wytłumaczyć kolejny raz, że tzw. „lepsze życie” trzeba będzie jeszcze długi czas lizać przez szybkę TVP? Może niektórzy zdążą jeszcze przed brexitem, ale reszta? Pójdzie w końcu na Nowogrodzką po prezesa.