Motto tygodnia: Sprawa Igora Stachowiaka pokazuje, jaka jest władza Ziobry i Błaszczaka.

Autor
Alicja Wilczewska

Nie wstydzę się Hitlera

numer 12/2015

Dziadkowie z Wehrmachtu pod opieką Instytutu Pamięci Narodowej.

Po II wojnie światowej byli największą, choć prawnie nieuznaną grupą kombatancką w Polsce: 500 tysięcy obywateli PRL, którzy służyli w armii hitlerowskiej.

Nie mówiono o nich aż do wyborów prezydenckich w roku 2005. Wtedy Jarosław Kurski poinformował opinię publiczną, że dziadek kandydata na urząd Prezydenta RP Donalda Tuska, niejaki Józef Tusk zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu.

Kandydatowi Tuskowi nie pomogło tłumaczenie, że dziadka powołano do Wehrmachtu jako obywatela Niemiec, a stał się nim, bo Wolne Miasto Gdańsk przyłączono do III Rzeszy.

Co było, a nie jest, wpisało się jednak w rejestr i Tusk bitwę o prezydenturę przegrał. Określenie „dziadek z Wehrmachtu” wpisało się z kolei do podręcznego arsenału oskarżeń wykorzystywanych przez krajową prawicę przy okazji lustrowania praszczurów konkurencji politycznej. Posiadacz dziadka z Wehrmachtu jako Polak ostatniej kategorii stał niżej niż potomek babci-Żydówki lub taty z SB.

Po 70 latach od upadku tysiącletniej Rzeszy żyjący w Polsce dziadkowie z Wehrmachtu opuścili strychy, pawlacze i piwnice i dokonali coming outu – mimo niebezpieczeństw w rodzaju „Operacja ostatniej szansy”, czyli zakrojonego na szeroką skalę pościgu za zbrodniarzami hitlerowskimi.

Wywoływanie duchów odbyło się na początku marca w ramach wernisażu wystawy „Dziadek z Wehrmachtu. Doświadczenie zapisane w pamięci”. W Opolu, w Muzeum Śląska Opolskiego, krainie dziadków z Wehrmachtu.

Na wernisaż zaproszono więc dwóch najmłodszych dziadków z Wehrmachtu, jeden z frontu zachodniego, drugi ze wschodniego. Publika obojga narodów waliła drzwiami i oknami, a oklaski fetujące bohaterów wojennych było słychać aż ze schodów przed wejściem do muzeum. Miało się wrażenie, że sam führer zmartwychwstał, przyjechał do Opola i przemawia.

Posmak surrealizmu przydawał moderator dyskusji, dr Grzegorz Bębnik – z Instytutu Pamięci Narodowej, oddział Katowice. Miał wiedzę, bo doktoryzował się z zagadnienia „Państwo jako ośrodek skupienia narodu Afrykanerów”. Jeśliby kto myślał, że został tam oddelegowany w celu dobicia dziadków z Wehrmachtu jakimś aktem oskarżenia czy choćby po to, by dodać wydarzeniu perwersji – to się mylił. IPN tak rzetelnie – choć nieskutecznie! – ścigający zbrodnie duchów III Rzeszy, tego wieczoru pokazał rozumną twarz. Akcent położono na tym, że historia nie jest czarna ani biała, przy czym najspokojniej podchodzili do tej kwestii „świadkowie historii”.

całość na łamach

 

Wasze komentarze (1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.