Motto tygodnia: Czy to dublerka jest Dudowa? Nie, to prezes Gersdorfowa.

Nie dać hrabiemu

numer

Reprywatyzacja gnoi samorządy.

 

Gdy cała Polska rwie włosy z głowy z powodu dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, niewielka małopolska gmina Krzeszowice (32 tysiące mieszkańców) toczy nierówny bój z potężnym rodem Potockich.

Spadkobiercy magnatów domagają się zwrotu kilkudziesięciu nieruchomości, z czego większość używana jest przez instytucje publiczne, głównie samorządowe. Wśród nich są m.in. Ośrodek Rehabilitacji Narządów Ruchu, siedziba władz gminnych, centrum kultury, dom nauczyciela, boisko i 2 parki.

Roszczenia jaśniepaństwa początkowo opiewały na ponad 500 mln zł; w kwocie tej zawarto kary za bezumowne korzystanie z nieruchomości i zadośćuczynienie za zaginioną rzeźbę gladiatora z trójzębem, co świadczy o wyrafinowaniu estetycznym powodów. Gmina nie była w stanie spełnić żądań Potockich nie tylko z powodu wrodzonego braku wrażliwości na sztukę, ale także dlatego, że roczny budżet Krzeszowic jest 5 razy mniejszy niż żądania. Hrabiostwo oddało sprawę do sądów.

***

Sprawa przewaliła się przez wszelkie instancje, aż po dwunastu latach trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten prawomocnie orzekł, że znaczną część nieruchomości Potockich znacjonalizowano z naruszeniem dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o przeprowadzeniu reformy rolnej, albowiem upaństwowiono obiekty niemające niczego wspólnego z produkcją rolną.

To był wstęp. Ciąg dalszy polegał na unieważnieniu decyzji o skomunalizowaniu przejętego mienia i przekazaniu go we władanie gminie Krzeszowice. Państwo, wydając korzystny dla niebieskokrwistych nadludzi wyrok, postawiło gminę pod ścianą i skwapliwie umyło ręce – żaden organ Najjaśniejszej nie poczuł się zobowiązany do udzielenia Krzeszowicom jakiejkolwiek pomocy.

Pozostawiona na lodzie gmina miała 2 wyjścia: zapłacić Potockim albo oddać im nieruchomości. Zapłata nie wchodziła w grę z powodu braku środków, oddanie nieuchronnie doprowadziłoby zaś do paraliżu instytucji gminnych.

***

W „trosce o dobro wspólnoty samorządowej” w 2013 r. Rada Miejska Krzeszowic zaapelowała „o podjęcie działań związanych z uchwaleniem przepisów prawnych, dotyczących rekompensaty dla jednostek samorządu terytorialnego ze strony skarbu państwa z tytułu utraconego mienia, w wyniku roszczeń reprywatyzacyjnych byłych właścicieli i ich spadkobierców”.

„Gmina w niedalekiej przyszłości może być zobowiązana do wydania spadkobiercom kilkudziesięciu nieruchomości, w których obecnie prowadzone są funkcje publiczne. To nieruchomości istotne dla funkcjonowania zbiorowości lokalnej. Obecnie wysokość zgłoszonych roszczeń wynosi ok. 500 mln zł. Gmina nie ma możliwości zaspokojenia takich i znacznie mniejszych roszczeń. Wskazujemy również, że w przypadku zwrotu nieruchomości gmina będzie miała znacznie utrudnioną możliwość realizacji zadań własnych, polegających na zaspokojeniu zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej” – czytamy.

Apel wysłano do prezydenta Komorowskiego, premiera Tuska, marszałków Sejmu i Senatu oraz posłów i senatorów województwa małopolskiego. Nikt nie kiwnął palcem.

Przed natychmiastowym bankructwem lub paraliżem uchroniły Krzeszowice kłopoty Potockich z dokonaniem stosownych wpisów do ksiąg wieczystych. A w 2015 r. pomocną dłoń wyciągnął Trybunał Konstytucyjny.

***

Sąd konstytucyjny orzekł, że zapis kodeksu postępowania administracyjnego dopuszczający możliwość uznania decyzji za nieważną, nawet gdy od jej wydania nastąpił znaczny upływ czasu, jest niezgodny z ustawą zasadniczą. Gmina Krzeszowice doszła do wniosku, że skoro od wydania decyzji skutkujących skomunalizowaniem majątku zabranego Potockim minęło 70. lat, ich uchylenie w świetle orzeczenia TK było niezgodne z prawem. I wniosła do sądów o wznowienie postępowań zakończonych stwierdzeniem nieważności komunalizacji poszlacheckiego mienia.

A do władz RP wystosowała kolejny apel, tym razem o „kompleksowe uregulowanie kwestii reprywatyzacyjnych, uwzględniające interesy zarówno obecnych użytkowników i właścicieli, jak i ubiegających się o odzyskanie utraconych majątków dawnych właścicieli i ich następców prawnych”. No i ponagliła ustawodawcę, by zastosował się do orzeczenia TK. Trybunał, orzekając niezgodność z konstytucją zapisu pozwalającego na uznanie decyzji za nieważną nawet po stu latach od jej wydania, polecił bowiem, aby w przepisach określono, po jakim czasie jest to dopuszczalna praktyka, lecz władza olała zalecenie sikiem prostym i przepisu nie zmieniła.

Swój drugi apel Krzeszowice sformułowały na progu dobrej zmiany, ale kodeksu postępowania administracyjnego nie poprawiono do dziś, a ustawy reprywatyzacyjnej jak nie było, tak nie ma. Osamotnione i porzucone przez państwo Krzeszowice dalej walczą z Potockimi. Tymczasem powiat zaczyna kapitulować i chcąc uniknąć niekończącego się sporu, zapłacił spadkobiercom wielkich patriotów kilka milionów złotych za budynek, w którym mieści się krzeszowickie liceum ogólnokształcące.

„Wszyscy jesteśmy ofiarami systemu” – powiedział papuga Potockich na tą okoliczność.

***

Działania wielce zasłużonych dla Rzeczpospolitej rodów nie kończą się na Krzeszowicach. Czartoryscy wyciągnęli ręce po zespół pałacowo-parkowy w Pełkiniach Wygarkach. Radziwiłłowie herbu Jelito od 2009 r. starają się o zwrot pałacu z licznymi hektarami w Nieborowie oraz zespołu parkowego w Arkadii. Rzewuscy dostali majątek w Gardzienicach.

Schemat wszędzie ten sam – państwo nie dochodzi, w jakim stanie były nieruchomości w momencie nacjonalizacji, czy ciążyły na nich zobowiązania i jaki był ich status – czy były to użytki rolne, nieużytki, czy teren przewiedziany pod zabudowę. A sądy zasądzają zwrot majątku albo wypłatę ekwiwalentu, jego wysokość określając na podstawie współczesnych parametrów, czyli biorąc pod uwagę dzisiejszą wartość gruntów.

W latach 1944-1948 znacjonalizowano 3,5 mln ha, z czego 1,2 mln dostali chłopi. Resztę albo pozostawiono w rękach państwa, albo skomunalizowano wraz z budowlami w postaci pałaców, stajni, oficyn i czworaków. I tu jest pies pogrzebany – np. odebranie pałacu, jeśli był on siedzibą rodu Zamoyskich lub Czartoryskich i nie miał bezpośredniego związku z produkcją rolną, uznawane jest za niezgodne z dekretem PKWN. Potem unieważnia się decyzje o komunalizacji mienia i samorządy zostają z ręką w nocniku.

W minionych dwóch latach zapadło 460 decyzji o zwrocie rezydencji i innych budowli niezwiązanych z produkcją rolną, a kolejnych 600 spraw czeka na rozpatrzenie. To na dobry początek.

W 2001 r. wartość potencjalnych roszczeń dawnych właścicieli oszacowano na 190 mld zł. Dziś z czystym sumieniem kwotę tę można pomnożyć przez 2; wszak nie brak szacunków, że tylko w samej Warszawie w powietrzu wiszą pozwy o 100 mld. Gminy takiego ciężaru nie są w stanie udźwignąć. Jeśli państwo nie pomoże, samorządom grożą masowe bankructwa albo pożary w burdelach związane z koniecznością oddania tysięcy budynków. Na razie państwo na pomoc nie ma specjalnej ochoty. Wyjątek: kilka lat temu Zamoyscy dostali 17 mln zł za pałac w Kozłówce, a forsę dało m.in. ministerstwo od kultury, albowiem od lat znajduje się tam muzeum socrealizmu.

***

Po 1989 r. spłodzono 20 projektów ustaw reprywatyzacyjnych. Wszystkie przepadły. Najbliżej sukcesu było w roku 2001; projekt AWS został klepnięty przez Sejm i Senat, ale Aleksander Kwaśniewski skutecznie go zawetował. Koncepcja zakładała oddanie nieruchomości wszystkim właścicielom majątków objętych nacjonalizacją, nawet jeśli dokonano jej zgodnie z dekretem PKWN, albo wypłatę odszkodowań w wysokości 50 proc. wartości przejętego majątku. To była najbardziej szczodra propozycja w dziejach III RP i ekonomiści ostrzegali, że „bezpośrednio zagraża ona bezpieczeństwu ekonomicznemu Polski, stwarzając obciążenie rzędu ponad 10 proc. PKB przy ogólnym braku środków na najważniejsze cele rozwojowe i społeczne kraju”, ale hrabiostwo i tak zawyło wniebogłosy o gwałcie na świętym prawie własności.

***

Przedwojenni właściciele mają nie tylko świetnych prawników – są także dobrze zorganizowani, a Polskie Towarzystwo Ziemiańskie czy Związek Szlachty Polskiej potrafią lobbować i na dodatek brzmią dostojnie. Nikt natomiast nie słyszał o organizacjach reprezentujących tych wszystkich, którzy przez 70 lat pracowali na to, aby znacjonalizowane nieruchomości były dziś więcej warte niż funt kłaków.

Ustawa reprywatyzacyjna, mogąca zaspokoić apetyty spadkobierców i jednocześnie mieszcząca się w granicach możliwości finansowych państwa, nigdy nie ujrzy światła dziennego.

Właściciele pałaców mają w tym oczywisty interes, bo dopóki nie ma regulacji określających, że za rezydencję rodową nie dostaną więcej niż np. 20 proc. jej przedwojennej wartości, mogą liczyć na przychylność i głupotę sądów.

Dopóki zwrot majątku albo wypłata odszkodowania będzie głównie kłopotem samorządów, państwo też się raczej nie wychyli. Zwłaszcza obecne. Wszak PiS słucha zwykłych Polaków, a zwykli Polacy nie chcą, żeby Żydzi i potomkowie magnaterii otrzymywali pieniądze za zabrane majątki nawet w symbolicznym wymiarze. Dlatego zamiast ustawy reprywatyzacyjnej powstanie komisja weryfikacyjna, trudniąca się wyłapywaniem nieprawidłowości w procesie restytucji znacjonalizowanego mienia. Komisja Nadzwyczajna do walki z Kontrrewolucją i Sabotażem niewątpliwie wykryje wiele szwindli, ale doli samorządów wcale nie uczyni lżejszym.

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Ale o co chodzi? Rzewuscy sami zapierdalali na swoich hektarach? Najpierw wg stawek wolnorynkowych zwrot potomkom ich niewolników kasy za nadgodziny, niezapłacone w XIX w. urlopy, macierzyńskie i wczasy pod gruszą, a jak coś zostanie to proszę bardzo. Tylko nie wiem czy dobra zmiana jest za czy przeciw.