Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

Autor
Michał Marszał

Najdroższy naród świata

numer 9/2018

Polki rodziły dla Hitlera, a nie dla Kaczyńskiego.

Według niedawno opublikowanych danych GUS, w 2017 r. urodziło się 403 100 nowych przedstawicieli dumnego narodu polskiego – o 21 tysięcy więcej niż rok wcześniej. „Demograficzny sukces rządu” – odtrąbiła na pasku TVP Info, a minister Rafalska mało nie fiknęła ze szczęścia.

„Jeszcze jakiś czas temu nie mogliśmy nawet marzyć, że ta nieosiągalna liczba 400 tys. urodzeń stanie się faktem! Młodzi ludzie, którzy decydują się na dziecko, mogą zmieniać dzisiaj pracę, mogą szukać atrakcyjniejszej oferty, mają większe poczucie stabilności zatrudnienia, pewność bezpieczeństwa materialnego” – bajdurzyła.

Jako świeżo upieczony ojciec (2 tygodnie temu urodziłem kamień nerkowy; jeszcze nie ma imienia), postanowiłem bliżej przyjrzeć się tym liczbom. Czy po dwóch latach istnienia programu „500 plus” faktycznie można mówić o wielkim sukcesie demograficznym? Czy może Jarosław Kaczyński, który – jak wiemy – program wymyślił i policzył w pamięci, pieprznął się w obliczeniach?

 

Cena nowego Polaka

Funkcjonowanie flagowego projektu PiS kosztowało do tej pory podatników ok. 42 mld zł (17 mld od 1 kwietnia 2016 i 25 mld w 2017 r.). Jeśli podzielimy tę kwotę przez liczbę spłodzonych w tym czasie dzieci (w zaokrągleniu 785 tysięcy), wyjdzie, że sztuka Polaka kosztuje ok. 53,5 tys. zł. Dużo to czy mało – trudno ocenić. Taka arytmetyka ma jednak tę wadę, że nie uwzględnia biologii. A mieszkańcy naszego pięknego kraju rżnęli się na potęgę już wiele stuleci przed tym, zanim bezdzietny prezes pomnożył w pamięci „500 plus”.

Jeśli więc porównamy koszty (42 mld zł) do faktycznej górki, którą można przypisać pisowskiemu programowi (w latach 2016-17 urodziło się o 39 tysięcy dzieci więcej niż w latach 2014-2015), wyjdzie, że jeden nowy Polak kosztuje średnio… 1,1 mln zł.

A takiego, co byłby tyle wart, w życiu jeszcze nie spotkałem!

Choć spicz minister Rafalskiej o rzekomym boomie demograficznym pięknie wyglądał w peanach TVP, dzięki statystykom widać jak na dłoni, że rzekomy gigantyczny wzrost dzietności rządowi zasadniczo nie wyszedł. Albo – co bardziej prawdopodobne – nigdy wyjść nie miał, bo głównym celem programu było i jest utrzymanie PiS przy władzy.

 

Bobasy Stalina

Oszałamiające 1,1 mln zł wydawane średnio obecnie na to, żeby przybył nam jeden Polak, wygląda jeszcze bardziej komicznie, gdy porówna się obecny przyrost naturalny z tym z okresu znienawidzonej przez PiS PRL – w której, jak wiadomo, były tylko więzienia, ocet i pałowanie.

Najwięcej Polaków w powojennej historii Polski rodziło się za stalinizmu i wczesnego Gomułki – najlepszy pod tym względem rok 1955 to prawie 794 tysiące nowych bachorów.

Tendencję tę można oczywiście tłumaczyć okresem stabilizacji po krwawej wojnie, niemniej praktycznie cała PRL była dla liczebności Polski okresem wyjątkowej prosperity. Coś, co wtedy uznawano za wielki kryzys demograficzny (522 tys. urodzeń w 1967 r.), dziś uznano by za niewyobrażalny sukces. Nawet niespokojny okres stanu wojennego był pod tym względem bardzo obfity: znów zaczęło rodzić się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie. Krach dzietności Polaków nastąpił wraz ze zmianą systemu. Od 1990 do 2003 r. następował coroczny spadek liczby nowych urodzeń. W 2003 r. sięgnął rekordowo małej liczby 351 tysięcy, by w 2009 r. – za rządów tego wstrętnego Donalda Tuska – odbić się do prawie 417 tysięcy, czyli wyniku, do którego prorodzinnemu PiS-owi nawet przy dzisiejszych wydatkach wciąż daleko.

 

Noworodki doktora Francka

Liczby te wyglądają jeszcze ciekawiej, gdy zestawi się je z wynikami dzietności Polaków, opisanymi przez dr. Walthera Föhla, funkcjonariusza SS w krakowskim dystrykcie Generalnego Gubernatorstwa. W 1943 r. uczony ten badał wzrost liczby Polaków na ziemiach okupowanych. I policzył, że mimo szerokiej dostępności aborcji, toczącej się wojny i związanych z tym śmierci i przesiedleń, w porównaniu z okresem przedwojennym na terenie GG i Galicji przybyło około 1,5 miliona Polaków. Przyczyny tego stanu rzeczy dopatrywał się w naszym przyroście naturalnym. Co przy peanach minister Rafalskiej wygląda o tyle zabawnie, że był to teren zamieszkany przez około 16, a – nie jak dziś – 38 mln Polaków i zamiast programem „500 plus”, objęty „Generalplanem Ost”, czyli powstałą pod kierunkiem Heinricha Himmlera koncepcją wyniszczenia Słowian.

 

Całość na łamach

 

Wasze komentarze 15 komentarzy

Odpowiedz na „CohnEvka z BiałegostokuAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • To oczywiste bzdury. Po pierwsze – program 500+ to wyciągnięcie z biedy, tych, których ambitne zera takie jak Miller z Kwaśniewskim, mieli w dupie. Czym innym jest duża liczba urodzeń, przy dużej liczbie zgonów nowo narodzonych a czym inna gdy rodzi się mniej ale żyją prawie wszystkie noworodki. Pierwsze lata po I wojnie to około 1 mln urodzeń. Czym innym jest duża dzietność biedoty a czym innym spowodowanie wzrostu dzietności u ludzi, którzy zaczęli się bogacić. To wie każdy kto ma odrobinę rozumu. Zachód musi importować nowych obywatele bo syci Europejczycy bzykają się tylko dla przyjemności i w dupie mają rodzenie. Pisiorów nie cierpię ale podziwiam za spryt dzięki któremu wyruchali Millera z Kwaśniewski. Wyruchali na amen. Za to im chwała!

  • Gdyby te nieuki PiSowskie umialy liczyć to dalyby te pieniadze na INVITRO

  • Duży boom demograficzny nastąpił za Gierka, kiedy zaczęto budować mieszkania i wprowadzono płatne urlopy wychowawcze. Do tego doszła stabilizacja zatrudnienia. I tyle w temacie.

  • patrzac na rafalska i cale to p—–e towarzystwo to nie zdecydowalbym sie na zadne potomstwo

  • nie jest sztuka urdzic dzieco.wychowac je tak.

  • demografia zwycieza wtedy gdy jest minimalny nawet przyrost naturalny..
    wszedzie indziej oprocz Afryki i muzulmanow prrzyrost jest ujemny – biada I’m!

  • Dallas drugie zwycięstwo z rzędu, chyba dni Carlisle na ławce są policzone, tym bardziej że po stylu widać że wcale tego meczu nie zamierzali przegrać!