Motto tygodnia: Prezes jest już zdrowy jak ryba. Chyba...

Autor
Michał Marszał

Najbiedniejszy z biednych

numer 30/2017

Opowieść o prawdziwym człowieku, który ma 180 baniek. Na minusie.

Świętej pamięci Jan Kulczyk mawiał, że za powodzenie finansowe odpowiada to, że wcześniej od innych się wstaje, więcej uczy i więcej ryzykuje. Według rankingu tygodnika „Wprost” najbogatszymi Polakami są obecnie Dominika i Sebastian Kulczykowie, którzy wbrew słowom ojca nie musieli nawet kiwać palcem, lecz jedynie wizjonersko pozwolili mu się spłodzić – dzięki czemu dysponują majątkiem szacowanym na 15,5 mld zł.

Zwykły obywatel RP na taką kasę musiałby zaiwaniać ponad 675 tysięcy lat. A to oznacza, że aby czuć się dziś jak młode Kulczyki, do roboty musiałby iść mniej więcej w środkowym plejstocenie i przez cały czas odkładać dzisiejsze przeciętne wynagrodzenie do sakiewki z mamuciej moszny. Na Ziemi trwała wówczas epoka lodowcowa, nie istniał jeszcze homo sapiens, a człowiek wyprostowany dopiero opanowywał użycie ognia – ale, jak wiadomo, leniwi zawsze znajdą jakieś wytłumaczenie na brak życiowego sukcesu.

O ile możemy się domyślać, kim są najzamożniejsi Polacy, o tyle niewielu wie, kim jest najbiedniejszy Polak. Choć milionom rodaków trudno jest, delikatnie mówiąc, pogodzić dochody netto z przyzwyczajeniami brutto (według GUS 49 procent Polaków nie ma z czego pokryć nieoczekiwanego wydatku w wysokości 1000 zł), wbrew powszechnemu mniemaniu nieposiadanie żadnego majątku może się niekiedy okazać sytuacją luksusową. W ujęciu księgowym, oprócz tych, którzy nie mają nic, są bowiem jeszcze i tacy, którzy muszą spłacić długi. Ze wszystkich obywateli RP, którzy są pod kreską, największy dług ma Zbigniew Borowski z Jeleniej Góry. Według pobieżnych obliczeń – nawet 180 mln zł.

*

Pan Zbigniew poważną przygodę z kapitalizmem rozpoczął w 1999 r., gdy jako 32-latek postanowił dojrzeć i za namową ówczesnych władz oraz mediów wziąć sprawy we własne ręce. Przed założeniem jednoosobowej działalności gospodarczej pod jakże proroczą nazwą „Future” (po angielsku „przyszłość”) pracował m.in. jako sanitariusz, technik teatralny, gorzelnik, kierownik pensjonatu, sprzedawca kurczaków i renowator mebli.

– Nieźle się lata, gdy dupa jest wolna od bata – podsumowuje lata młodości i przyznaje, że choć niespecjalnie garnął się do nauki, to był obrotny, pracowity i miał smykałkę do interesu.

W 1998 r. podjął pracę jako sprzedawca samochodów i już rok później w ramach nagrody za najlepszą sprzedaż w kraju dostał od pracodawcy malucha.

– Nie miałem nawet prawa jazdy, sprzedałem go więc pospiesznie za kupkę dolarów. No i się zaczęło… – wspomina z rozrzewnieniem. – Wchodziłem do lokalu i mówiłem jak na filmach: trzy szklanki z lodem i butelkę „Johnnie Walkera”.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • a gdzie się podział artykuł o złodziejskim hrabim i jego Kaszalocie ?

  • Polaczki nie zapierdalają dla pieniędzy, bo nie są tyle warci. Dla polaczków praca to czas na odłożenie rozumu na półce. Komfort psychiczny doprowadziłby ich do szału, zresztą jak wszystko co wymagałoby myślenia. W pewnym momencie. Dość krótkim polaczek by się przeraził czym go stworzył Bóg:D

    Kurwa wiem dlaczego Żydzi i Muzułmanie nie wpierdalają świń. Bo świnie to inteligentne ponoć stworzenia a polak wpierdoli wszystko, zwłaszcza kiedy mu zrobić discount na potatos. Mina polaczka, kiedy nie będzie miał potatos bo pieniądze, które posiadał nie mają żadnego znaczenia, oj..to będzie tragedia. Każdy naród by sobie z tym poradził, ale polaczki się rzucą sobie do gardeł. Kwestia 3 dni bez michy ryżu, to nie to samo co kąpiel raz na sobotę. No chyba, że nauczą się nie żreć:P