Motto tygodnia: Rozumie to już każdy muł – afera w KNF-ie pociągnie PiS w dół.

Autor
Robert Jaruga

Kurze skrzydła Polski

numer 31/2018

Prawdziwa historia lotniczej stolicy naszego dumnego kraju.

W lipcu 1939 r. była gotowa. Zaczęto tam składać pierwszy polski bombowiec o nazwie PZL.37 Łoś.

Ten samolot oprócz zasadniczej zalety, że został wymyślony przez Polaków, miał mnóstwo wad. Za mały jak na bombowiec. Trudny w pilotażu. Nieprzystosowany do piaszczystych lotnisk, jakie głównie występowały wówczas w Polsce. Z awaryjnymi silnikami, w których pękały cylindry. Co najważniejsze – dla polskiej armii, która miała w owym okresie wyłącznie charakter defensywny – niepotrzebny. Bombowiec był drogi, kosztował ok. 500 tys. zł, za co można było wyprodukować 3 do 5 bardziej potrzebnych myśliwców.

Propaganda komunistyczna wyszydzająca wszystko, co sanacyjne, twierdziła, że Łosie nigdy nie zostały użyte przez Polaków w wojnie obronnej. Że nie wiadomo, po co już po jej wybuchu 36 sztuk przekazano w ramach zawartych wcześniej kontraktów Węgrom i Rumunom. Obecna propaganda twierdzi, że 94 Łosie latały jednak w misjach bojowych września. Jednym z dowodów, że tak mogło być, jest informacja agencji TASS z 15 września 1939 r. – o tym, że polskie bombowce naruszyły obszar powietrzny ZSRR.

Łosie produkowane były w fabryce na Okęciu, natomiast w stolicy polskiego lotnictwa Mielcu siedmiuset pracowników zdołało zmontować 10 sztuk, zanim przechwycili je Niemcy.

Od roku 1940 rozpoczął się złoty okres mieleckiej fabryki, zupełnie przez Błaszczaka przemilczany. Pod okupacją hitlerowską polski przemysł lotniczy rozkwitł. Fabryka została 5-krotnie rozbudowana. Zatrudniała 5,5 tysiąca polskich robotników, którzy serwisowali transportowe Junkersy Ju-52, m.in. egzemplarz, którym fruwał Hitler. Produkowali bombowce Heinkel He-111, które napędzane radziecką benzyną bombardowały potem Londyn i były rozstrzeliwane przez hurricane’y i spitfirer’y pilotowane przez wybitnych polskich lotników z Dywizjonu 303.

Wyższość Polaków w Bitwie o Anglię nad angielskimi rekrutami polegała na tym, że widzieli już wojnę. Najwięcej szkopów strącili dlatego, że latali jak wariaci. Żaden niedoświadczony Anglik nie miał odwagi zbliżyć się do lecącego Heinkla bliżej niż na 50 m, kiedy bombowiec jest naprawdę duży, i wpakować mu cały zasobnik amunicji w kadłub. Polacy po wrześniowej szkole potrafili takie rzeczy.

W 1944 r. przed wkroczeniem Rosjan Niemcy wywieźli niemal całe wyposażenie fabryki. Przez 2 lata Rosjanie wykorzystywali ją jako zakłady remontowe dla dwupłatów ze sklejki i tkaniny Po-2. Zostawili zresztą większość wyposażenia, dzięki czemu Polacy mogli produkować owe radzieckie Po-2 pod nazwą CSS–13, aby pierwszy pełnogębny biznesmen Zbigniew Niemczycki w 50 lat później mógł pozwolić sobie na jakiś samolot.

Przez następne dziesięciolecia PRL dokonywaliśmy w Mielcu licznych lotniczych wynalazków. Egzemplifikacją polskiej myśli technicznej były: samolot LWD Szpak – wyprodukowano 13 sztuk. PZL S-1, jak nazwa wskazuje, wyprodukowano 1 egzemplarz. PZL M-17 Duduś Kudłacz – jedna sztuka uniosła się w powietrze. PZL S-4 Kania – co logiczne – 4 sztuki. PZL M-26 Iskierka – wyprodukowano 7 lub 14 sztuk. PZL M-15 Belphegor, pierwszy i jedyny dwupłatowy samolot rolniczy na świecie z silnikiem odrzutowym, który spalał 600 l paliwa na godzinę. Samolot szkoleniowy dla wojska TS-11 Iskra – bardzo dobry, ale niesprzedawalny poza Polską. Aha, był jeszcze niezbyt przystojny Bies.

W każdym razie chodzi o to, że z prawami aerodynamiki polska technika powietrzna słabo sobie radziła, choć to nie jest największy kłopot w historii naszej awiacji.

Zamiast wyważać otwarte drzwi i wymyślać wszystko od początku słusznie uznano, że lepiej kopiować to, co już ktoś gdzieś wymyślił i się sprawdziło. Logicznym partnerem był Związek Radziecki dysponujący drugim przemysłem lotniczym na świecie.

W celu produkcji samolotów Mielec zawarł z Rosjanami wiele korzystnych kontraktów. Przez długi czas na licencji MIG-a produkowano dla polskiego wojska odrzutowce znane jako LIM-y ( 5,6,1 etc.). Z Amerykanami zrobiono dość udanego rolniczego Dromadera. Jednak zasadniczym partnerem Mielca, zwłaszcza w latach 80. i 90., był wówczas radziecki zakład Antonowa na Ukrainie.

Umowy z Rosjanami były takie, że oni nam dawali myśl techniczną, a my ją mieliśmy spłacać produkcją. To przez dziesiątki lat był bardzo korzystny układ, Rosjanie bowiem zapewniali zbyt naszej produkcji na rynkach, na których operowali. W gruncie rzeczy dzięki takiemu układowi, mielczanie nie mieli żadnych partnerów poza Rosjanami/Ukraińcami ani bladego pojęcia o handlu samolotami.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 6 komentarzy

Odpowiedz na „OkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • a o drachach zapomnieliście To była potęga sił zbrojnych II Rzeczpospolitej !!!!!

  • Nie do końca z Łosiem było tak jak pisze autor. Rzeczywiście, był drogi, lecz w pozostałych kwestiach było inaczej. Niezależne podwozie pozwalało operować z nieutwardzonych lotnisk, zwrotnością przewyższał myśliwce P-11. Faktycznie ciasna kabina podporządkowana była aerodynamice kadłuba. Największy dramat polegał na tym, że Łosie zostały użyte przez „genialne” są akcyjne dowództwo do walk z kolumnami wojsk. W wizji konstruktorów Łosie miały dokonać odwetowych nalotów NA Berlin.

  • Nie wiem skąd taka opinia o Łosiach. Z powodzeniem bombardowały węgierskie Koszyce, czym sprowokowały atak Węgier na ZSRR. Później były wykorzystywane do nalotów na Odessę.

  • Oj, Panie Autorze. Ta „niesprzedawalna poza Polską ” Iskra jakoś całkiem dobrze się sprzedała do Indii