Motto tygodnia: Czapki z głów i w górę kiecki – będzie rządził Morawiecki.

Klęcząc pod szubienicą

numer 45/2014

Niewierni, wyłaźcie z szafy!

Mam zatem apel: zacznijmy stawiać pytania o istotę systemu wyznaniowego, który ma decydujący wpływ na nasz system polityczny.

Zacznijmy od krzyża, którego obecność w reklamie stanowi ponoć o istocie polskości.

Czy ludziom niewytresowanym od małego do bezrozumnej akceptacji katolickiego tabu ktoś jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego mamy odnosić się z bezkrytycznym szacunkiem do tego, co Richard Dawkins trafnie nazywa „paskudną sadomasochistyczną doktryną świętego Pawła”?

Ukrzyżowanie należało do najokrutniejszych, najobrzydliwszych i najbardziej upokarzających kar znanych w starożytności. Dlaczego religia, używająca w obfitości znaczonej nadmiarem wzmocnień pozytywnych – obietnic „miłości”, „życia wiecznego”, „zbawienia” – uczyniła ten akurat przerażający spektakl centralnym punktem swojej doktryny? Z kilku lekcji religii z dzieciństwa pamiętam tłumaczenie, które brzmiało mniej więcej tak (musiało to być dość przerażające, skoro utkwiło w pamięci 7-latki): ludzie obrazili Boga grzechem pierworodnym, a ponieważ godność Boga jest nieskończona, to żadne ludzkie prośby czy ofiary nie są w stanie zadośćuczynić tej obrazie. Toteż Bóg musiał uczynić człowiekiem swojego Syna, który był także nim samym (ten koncept zawsze wydawał mi się nieco karkołomny) i skazać go na tortury, upokorzenie i wyjątkowo bolesną śmierć, żeby ten, występując w imieniu ludzkości, ale zachowując jednocześnie boskie kwalifikacje w obszarze godności, zrównoważył krzywdę, jaką Bóg poniósł w związku z tym, iż pierwsza para ludzka, którą wyprodukował, okazała mu nieposłuszeństwo – a także w wyniku wszystkich następnych aktów nieposłuszeństwa ludzkości, również tych jeszcze niedokonanych. Może nie jest to najbardziej precyzyjny teologicznie wywód, ale z grubsza odpowiada katolickiej doktrynie.

To dobry start do dyskusji.

W dokumencie zatytułowanym sugestywnie „Korzenie zła” Dawkins zadaje pytania, które z rozkoszą usłyszałabym w polskim dyskursie publicznym. Po co Bóg skazał swojego Syna/alter ego/człowieka na potworną śmierć w męczarniach? Jeśli Bóg chciał ludziom wybaczyć, to czy nie mógł im po prostu wybaczyć? Na kim Bóg próbuje zrobić wrażenie? A także – co nie mniej ważne – za co właściwie Jezus miał przebłagać Boga w imieniu całej ludzkości?

To ostatnie pytanie stało się szczególnie istotne dzięki rozwojowi genetyki. Dowiodła ona ponad wszelką wątpliwość, że nie istnieje możliwość, aby cała ludzkość pochodziła od dwóch osobników. Różnorodność genetyczna jest tak wielka, iż „najwęższe gardło” rozwoju ludzkości – najbardziej zredukowana populacja – musiała liczyć 10-15 tysięcy osobników i działo się to 50-100 tys. lat temu. To rozsadza biblijny koncept, iż Bóg stworzył Adama i Ewę, którzy najpierw dopuścili się grzechu pierworodnego, a potem – wygnani z raju – rozpoczęli proces reprodukcji, wydając potomstwo, które (w stosunkach ewidentnie kazirodczych) wyprodukowało kolejne pokolenia potomstwa i tak aż do dzisiaj. Kościół katolicki przyznaje, że historia o Adamie i Ewie jest historią symboliczną – np. w dyskusji z Dawkinsem powiedział to wprost australijski kardynał George Pell, obecny prefekt nowo powołanego watykańskiego sekretariatu ds. gospodarczych – ale to stawia przed Kościołem nowy problem. Dlaczego dla odkupienia mitycznego grzechu, popełnionego w symbolicznej opowieści przez nieistniejącego osobnika konieczna była całkiem realna, niekwestionowana w zasadzie przez historyków, okrutna śmierć człowieka – który dodatkowo, zdaniem Kościoła, był także Bogiem oraz Synem Boga?

Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, iż nikt nam na tak postawione pytania nie odpowie. Ale to nie znaczy, że nie warto ich zadawać. Wątpliwości bywają zaraźliwe.

całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.