Motto tygodnia: Idzie PiS przez las, nagle w gówno wlazł.

Autor
Michał Marszał

Kłamstwo kaczyńskie

numer 47/2016

Świeżo wyekshumowane zwłoki Lecha Kaczyńskiego, potrzebne jego bratu do prowadzenia rozgrywek politycznych, uznawane są przez prawicowe środowiska za pozostałości po najlepszym z prezydentów w polskich dziejach.

Choć z wykonanej przez CBOS tuż przed katastrofą oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego wynika, że miał on więcej zwolenników niż przeciwników jedynie przez pierwsze 3 miesiące urzędowania, postrzegany był raczej jako osoba niekompetentna…

niesamodzielna i niewyróżniająca się inteligencją, a na miesiąc przed śmiercią niechętnych było mu niemal 60 procent Polaków, to i tak politycy PiS usilnie starają się budować jego pozytywny mit.

Jednym z jego elementów jest sugerowanie, że umarły prezydent nie tylko zrobił wiele dla propagowania prawdy o Katyniu, ale wręcz że za tę prawdę oddał życie.

Podczas tegorocznych obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej prezydent Andrzej Duda mówił: „Zginął prezydent Lech Kaczyński, dla którego dzieło prawdy o mordzie katyńskim, dla którego dzieło budowy postaw patriotycznych, także w oparciu o tamtą wielką tragiczną ofiarę, było jednym z najważniejszych elementów jego prezydentury”.

Nie mniej odważną opinię wygłosiła swego czasu europosłanka PiS Jadwiga Wiśniewska, stwierdzając, że Lech Kaczyński „oddał swoje życie, aby o prawdzie Katynia mógł usłyszeć cały świat”. Anna Zechenter z krakowskiego oddziału IPN pisała w kwietniu tego roku na łamach „Naszego Dziennika”: „Za pamięć o Katyniu życiem zapłacili członkowie delegacji prezydenckiej w 2010 roku na lotnisku w Smoleńsku w 70. rocznicę zbrodni (…) Czy katyńska lista śmierci kiedyś się skończy?”.

Tymczasem z obrazu działań Lecha Kaczyńskiego wokół sprawy katyńskiej wynika jednoznacznie, że o bezpośredniej rocznicy zbrodni przypominał sobie jedynie wtedy, gdy zbliżały się wybory i można było na tym zbić kapitał polityczny – a 10 kwietnia 2010 r. leciał do Smoleńska po to, by za wszelką cenę ratować mizerne poparcie.

10 kwietnia 2006 r.

Prezydent Lech Kaczyński tego dnia dokonał wielu wybitnych czynów. Podpisał ustawę o ratyfikacji „Międzynarodowej umowy w sprawie kawy”, wręczył nominację na Doradcę Prezydenta RP Janowi Olszewskiemu, a także powołał swojego przedstawiciela w Komisji Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych. Z mniej ważnych rzeczy spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy. O zbrodni katyńskiej nie pisnął słowem przez cały dzień. W ogóle nie mówił o niej w kwietniu, podobnie zresztą jak w marcu.

10 kwietnia 2007 r.

Ten dzień był dla prezydenta bardzo pracowity. Najpierw przyjął w Warszawie panią prezydent Szwajcarii, potem poleciał do Wilna, a w końcu do Rygi. Na szczęście obyło się bez zamachów. Ofiar Katynia nie wspominał ani tego dnia, ani bezpośrednio przedtem, ani potem.

Sytuacja zmieniła się, gdy Sejm podjął decyzję o przedterminowych wyborach parlamentarnych, wyznaczonych na 21 października 2007 r. Kampania wyborcza trwać miała jedynie 6 tygodni, dlatego liczyła się każda okazja do pokazania się w mediach. Andrzej Wajda skończył właśnie kręcić „Katyń”, uroczystą premierę filmu zaplanowano na 17 września. Na 5 tygodni przed wyborami, w rocznicę agresji ZSRR na Polskę, Lech Kaczyński i jego świta udali się do Katynia, aby w błyskach fleszy złożyć hołd pomordowanym. Była to pierwsza i ostatnia wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego na rosyjskiej ziemi, nie licząc oczywiście tej późniejszej, podczas której rozbił się samolot. Dla porównania na Litwie prezydent był 16 razy, na Ukrainie 9, nawet Gruzję odwiedził 7 razy. Wycieczkę do Katynia udało mu się odbębnić tak szybko, że zdążył na szeroko komentowaną w mediach wieczorną premierę filmu Wajdy.

10 kwietnia 2008 r.

Tego dnia prezydent zbytnio się nie przepracowywał. Złożył jedynie życzenia muzykowi Jerzemu Matuszkiewiczowi z okazji jego 80. urodzin. „Swoje życie poświęcił Pan muzyce. Od lat podziwiamy Pana kompozytorski kunszt, mistrzowskie operowanie saksofonem i znakomite jazzowe interpretacje” – pisał prezydent.

O okrutnej zbrodni katyńskiej przypomniał sobie 13 kwietnia – odznaczył dwoje Rosjan za pracę nad monografią „Katyń. Dokumenty zbrodni” i pięciu Węgrów za przyczynienie się do nadania jednemu z placów w Budapeszcie nazwy „Plac Męczenników Katynia”. Ponadto wysłał jednego ze swoich przydupasów do parafii św. Joachima w Sosnowcu, aby przy jakiejś pośledniej uroczystości odczytał list upamiętniający mord polskich oficerów. Co takiego stało się, że Lech Kaczyński po raz pierwszy za czasów swej prezydentury w tych smutnych kwietniowych dniach przypomniał sobie o rocznicy zbrodni katyńskiej? Ano to, że kilka miesięcy wcześniej zdominowany przez Platformę Sejm przyjął przez aklamację, że 13 kwietnia ma być Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej – i wypadało jakoś na to zareagować.

10 kwietnia 2009 r.

Tego dnia Lech Kaczyński złożył Cesarzowi Japonii życzenia z okazji 50. rocznicy ślubu. Odznaczył także pośmiertnie czterech żołnierzy, którzy zginęli w katastrofie samolotu Bryza w Babich Dołach. Jak ustaliła komisja, przyczyną wypadku był błąd pilotów, którzy przez utratę kierunku podejścia uderzyli w drzewa, a następnie w wyniku niekontrolowanego przechyłu runęli na ziemię w położeniu plecowym – czyli podobnie do sposobu, w którym Lech Kaczyński miał zginąć rok później.

O Katyniu prezydent pamiętał niespecjalnie, ale i nie dziwota – 13 kwietnia kraj żył pożarem hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim, w którym zginęły 23 osoby. Na miejscu zdarzenia nie mogło zabraknąć prezydenta, który jako znany specjalista ds. pożarnictwa oznajmił: „Jeżeli budynek staje w takim tempie w ogniu, to jeśli ktoś nie rozlał benzyny po całym budynku i jej celowo nie podpalił, a nie ma teraz takiej hipotezy, to musiała być jakaś zasadnicza wada w budowie”. Oraz obiecał, że mimo złej sytuacji finansowej swojej Kancelarii wspomoże poszkodowanych. O mordzie katyńskim milczał, bo i po co o nim opowiadać, skoro wszystkie media zainteresowane były pożarem.

10 kwietnia 2010 r.

Pierwotnie zakładano, że wybory prezydenckie odbędą się między 19 września a 3 października 2010 r. Notowania Lecha Kaczyńskiego były gorzej niż słabe – według sondażu przeprowadzonego na 2 tygodnie przed katastrofą głosować na niego zamierzało jedynie 21 procent wyborców. Przegrywał w przedwyborczych szrankach nie tylko z Bronisławem Komorowskim, ale także z typowanym na kandydata Radosławem Sikorskim. Według sondażu TNS OBOP prezydenta Kaczyńskiego pozytywnie oceniało wówczas jedynie 27 procent Polaków, z kolei z badań CBOS wynikało, że aż 80 procent wyborców twierdzi, iż prezydent jest zbyt powolny, za mało energiczny w swych działaniach.

Lech Kaczyński za wszelką cenę chciał ten wizerunek odmienić i poniekąd mu się to udało – bardzo szybko i energicznie przywalił razem z 95 współpasażerami w zamgloną smoleńską ziemię.

1999 r.

Aleksander Kwaśniewski w roku, w którym nie odbywały się w Polsce żadne wybory, w ramach obchodów 59. rocznicy zbrodni katyńskiej mocno chwiejnym krokiem składa kwiaty na Cmentarzu Ofiar Totalitaryzmu w Charkowie. Mimo wielkiego skandalu rok później jako jedyny kandydat w historii wygrywa wybory już w pierwszej turze z wynikiem 53,9 proc. głosów. Do dziś we wszystkich badaniach CBOS oceniany jest jako prezydent, który zrobił dla Polski najwięcej.

Nie można mieć do Lecha Kaczyńskiego pretensji o to, że po kilkudziesięciu latach od zbrodni katyńskiej nie latał co roku wiosną na tamtejszy cmentarz, padał plackiem przed pomnikiem pomordowanych i wył z rozpaczy do księżyca. O krzywdach sprzed lat napomykał najchętniej przy okazji jesiennych obchodów agresji ZSRR na Polskę, a rocznice traktował czysto politycznie i nie robił nic ponadto, co zwykle robią głowy państw przy takich okazjach – czyli sadził banały i składał kwiaty.

Trzeba natomiast protestować przeciwko budowanemu usilnie przez PiS propagandowemu mitowi Lecha Kaczyńskiego jako najwybitniejszego w dziejach prezydenta ukochanego przez naród, którego jednym z celów polityki historycznej było odkłamywanie fałszerstw o Katyniu, znanych przecież od wielu lat oraz łączeniem mordów dokonanych w czasie II wojny światowej z lotniczym wypadkiem komunikacyjnym prawie 70 lat później.

Fakty są bowiem takie, że Polakom dużo bardziej podobał się pijany Kwaśniewski niż najbardziej nawet trzeźwy Kaczyński.

Wasze komentarze 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Ze pijany Kwaśniewski się podobał? A może.
    Ale jak Polska ma być silna i suwerenna, to całe to „podobanie się” motłochowi odłóżmy do tego samego kosza na śmieci, co „human rights” i „wolne wybory”.

  • A ja tam wolę L. Kaczyńskiego niż A. Kwaśniewskiego.
    L.K. przynajmiej o swoich nie zapominał i do Katynia poleciał. A A.K. poleciał do Berezy Kartuskiej?

    • No z takimi argumentami ciężko dyskutować… Ten poleciał, tamten nie. Czyli jeden jest lepszy i koniec. Weź człowieku przeczytaj jeszcze raz to co jest wyżej napisane, jak dalej nie skumasz o co biega, to przeczytaj sobie na głos, a jak i to nie pomoże(co jest raczej możliwe), to żadnego ratunku dla ciebie nie ma.