Motto tygodnia: Wpadki, pomyłki i byki – Duda poleciał do Ameryki.

Autor
Michał Marszał

Kaczyński wyjdzie na durnia

numer 3/2018

Precz z opozycją! Brawo PiS!

Gdy byłem mały i zapytałem ojca, czym jest aborcja, stwierdził, żebym poszedł zapytać o to starszego braciszka.

– Ale ja nie mam starszego braciszka – odpowiedziałem.

– To właśnie jest aborcja, synku.

Po bodaj jedenastej od 1993 r. poważniejszej sejmowej debacie na temat tego, czy płody w Polsce powinno się skrobać, a może niekoniecznie, przez media – w tym propisowskie – przetoczyła się fala oburzenia na posłów opozycji, którzy zamiast wesprzeć prace nad liberalnym projektem, gapili się na głosowaniu na ściany lub dłubali w nosie. Wbrew pospolitej opinii uważam, że w tym wypadku opozycja zachowała się dokładnie tak, jak było trzeba.

 

*

Pierwszym i najważniejszym na to argumentem jest fakt, że spuszczając na drzewo projekt „Ratujmy kobiety”, posłowie PO i Nowoczesnej postąpili zupełnie odwrotnie niż Jarosław Kaczyński – a to w polskiej rzeczywistości politycznej wydaje się niemal jedynym niezawodnym drogowskazem. Z zadziwiającą gracją komentatorzy przeszli do porządku dziennego nad faktem, że

czołowi obrońcy życia poczętego – sam prezes, ale także Krystyna Pawłowicz, Antoni Macierewicz czy świętszy od papieża Jarosław Gowin – podnieśli ręce za rozważaniem w komisji projektu rozszerzającego prawo do aborcji. Jest to wydarzenie tak nadzwyczajne, jak gdyby w grudniu spotkać w markecie karpia nawołującego do świętowania Wigilii!

 

*

Wstępną tezą, jaką wywróżyli zszokowani wynikiem głosowania liberalni krytycy, było stwierdzenie, że Kaczyński chciał w ten sposób dopełnić obietnicy z tzw. pakietu demokratycznego z 2014 r., w którym PiS deklarowało, że nie będzie uwalało w pierwszym czytaniu obywatelskich projektów ustaw. Przesłankom tym przeczy choćby fakt, że łap za aborcją nie podniosło aż 166 z 237 posłów PiS. Większość, której ustawienie do pionu to dla prezesa jak splunąć, na pakiet demokratyczny zwyczajnie się wypięła. Wiara zaś w to, że tak doświadczony polityk w drażliwej społecznie kwestii aborcji postanowił poświęcić swój wizerunek za cenę dotrzymania obietnicy wyborczej, wydaje się do tego stopnia naiwna, że aż śmieszna. Elektorat prezesa z łatwością wybacza mu antydemokratyczne maniery, wybaczyłby mu je więc i teraz. Nie raz jeszcze zresztą mu to daruje – choćby, co wkrótce zapewne nastąpi, przy ujebaniu na dzień dobry obywatelskiego projektu przywracającego świadczenia emerytalne mitycznym ubekom, pod którym podpisało się ponad 250 tysięcy osób. Skoro nie w dążeniu do słowności szukać należy przyczyn postępowania Kaczyńskiego, to gdzie?

 

*

Inną popularną wśród publicystów tezą było dopatrywanie się w proaborcyjnym głosowaniu 58 posłów PiS chęci upokorzenia opozycji w oczach opinii publicznej – oto rozkochany w autorytaryzmie prezes i spółka okazują się większymi demokratami niż Schetyna czy Lubnauer. Tu jednak zadać należy pytanie, czy Kaczyński mógł przewidzieć, że opozycji zabraknie głosów – tym bardziej, że ona sama wynikiem głosowania wydała się mocno zaskoczona. Obejrzałem archiwalne nagrania z późnonocnych obrad 10 stycznia. W środkowej i po lewej stronie sali sejmowej wcale nie widać rzędów pustych krzeseł. Politycy PO i Nowoczesnej w zdecydowanej większości siedzą dziarsko na dupach. Część z nich nie wkłada jednak kart w urządzenia do głosowania – czego z ław PiS rzecz jasna nie widać. Marszałek Kuchciński trzyma zaś tempo – głosowanie trwa z zegarkiem w ręku 17 sekund i niemal nikt nie podnosi rąk. Czy Kaczyński i jego ludzie mieli szansę dostrzec potencjał na wycięcie opozycji psikusa podczas głosowania? Zdecydowanie nie. Czy mieli policzone co do jednego głosy opozycji przed głosowaniem? Równie niewiarygodne. Dlaczego zatem niektóre tuzy PiS, w tym sam prezes, wzięły na swoje barki wątpliwe politycznie przepchnięcie proaborcyjnego projektu?

 

*

Motywem, jaki za tym stał, była zapewne słuszna obawa Kaczyńskiego o niepotrzebne zaognienie emocji wokół kwestii aborcji. Polityk tej klasy gdzieś ma dzieci nienarodzone, z Downem i bez nóżek – służą mu one jedynie do prowadzenia gier politycznych. Grą, której prezes najbardziej się obawia, jest presja środowisk fundamentalistycznych, odstraszająca od PiS wyborców centrowych, potrzebnych do uzyskania większości konstytucyjnej.

Pozwalając zdrajcom z Solidarnej Polski czy planktonowi od Gowina (poparcie dla obu partii oscylowało przed wyborami w 2015 r. w okolicach 3 proc.) na start z list zjednoczonej prawicy, Kaczyński zlikwidował konkurencję po prawej stronie sceny politycznej. Tam nie obawia się już nikogo, czego świadectwem jest fakt, z jaką łatwością wypieprzył z rządu Antoniego Macierewicza i gdzie ma związane z tym skomlenie ludzi z „Gazety Polskiej”. Wie, że głosy tamtych środowisk ma jak w banku.

To, czego wedle analiz socjologicznych Kaczyńskiemu brakuje, to poparcie mieszkańców dużych miast, osób z wyższym lub średnim wykształceniem i tych, którym częściej dobrze wiedzie się pod względem materialnym. To do nich zamiast przaśnej Szydło przemawiać ma dziś technokrata Morawiecki, bajdurzący o innowacjach, inwestycjach i silnej gospodarce.

Takiemu mówiącemu po angielsku krawaciarzowi nie do twarzy jednak z robieniem z kraju drugiego Iranu. Środowiska wielkomiejskie nie łykną tak łatwo mitu o silącej się na nowoczesność Polsce, jeśli w warstwie obyczajowej będzie ona jeszcze bardziej zamordystyczna niż teraz.

Tu właśnie należy dopatrywać się powodu zaskakującego głosowania prezesa i pozostałych ważniaków z PiS – chcieli przepchnąć projekt „Ratujmy kobiety” do dalszych prac, by móc niewielkim kosztem wygasić konflikt wokół aborcji i zachować status quo. A po wielu miesiącach posiedzeń komisji sejmowej stwierdzić w sprawozdaniu: nastroje społeczne są podzielone, przedstawione zostały 2 odmienne projekty, wychodzimy im naprzeciw i pozostawiamy kompromisowe rozwiązanie. Prawica by to Kaczyńskiemu wybaczyła, szczególnie widząc rosnące szanse na uzyskanie większości konstytucyjnej i ostateczne wpisanie tam ochrony życia od poczęcia, a co najważniejsze – w oczach wyborców liberalnych prezes wyszedłby na człowieka umiarkowanego i zdolnego do ugody.

 

*

Pozostawienie Kaczyńskiego z projektem „Zatrzymaj aborcję”, zakazującym usuwania nawet nieodwracalnie uszkodzonych płodów, naraża więc PiS na presję religijnych oszołomów, na której prezes przejechał się już dwukrotnie.

Pierwszy raz w 2007 r., gdy na znak protestu wobec porażki projektu wpisania do konstytucji ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci z PiS odszedł wiceprezes partii Marek Jurek, a za nim podążyli Artur Zawisza, Marian Piłka i dwoje innych posłów, zakładając Prawicę Rzeczypospolitej. Drugą porażką Kaczyńskiego na tym tle był słynny ogólnopolski strajk kobiet z 2016 r., skutkujący 143 manifestacjami w całej Polsce, w tym – o zgrozo! – także w małych miastach i miasteczkach. Jego efektem było – co wydawać się może równie zaskakujące – odrzucenie tuż po fali protestów w drugim czytaniu przy zdecydowanym wsparciu PiS projektu „Stop aborcji” autorstwa Ordo Iuris, zakładającego do 5 lat pierdla za skrobankę. Wówczas Kaczyński, Pawłowicz, Macierewicz i Gowin też byli przeciwni zaostrzaniu prawa.

„Zapewniam, że PiS w dalszym ciągu jest i będzie za ochroną życia. I będzie podejmowało w tym kierunku odpowiednie działania. Ale będą to działania o charakterze przemyślanym. Jestem głęboko przekonany, że to, co państwo proponują, nie jest właściwym działaniem” – tłumaczył wówczas Kaczyński. A na posiedzeniu klubu wyjaśniał posłom, że dobry dowódca, widząc wielki szturm nieprzyjaznych wojsk, musi się wycofać, przeszeregować, żeby potem przeprowadzić atak frontalny.

Takim atakiem frontalnym ma być zdobycie przez PiS większości konstytucyjnej i przerobienie Polski na kaczyńską modłę – nie ma jedną czy dwie kadencje, lecz na dziesięciolecia. Gmeranie przy drugorzędnym „kompromisie” aborcyjnym jest więc Wielkiemu Strategowi wyjątkowo nie na rękę. I dobrze się stało, że PO i Nowoczesna zrobiły sobie wolne.

 

*

Projektem „Ratujmy kobiety” – przy całym szacunku do jego twórczyń – można sobie bowiem w tej kadencji Sejmu najwyżej buty wytrzeć. Inicjatywa skanalizowała energię wyzwoloną podczas „Czarnego protestu” i posłużyła za paliwo polityczne dla środowisk feministycznych. Barbara Nowacka mogła dzięki temu pokazać się w Sejmie i poopowiadać prawicowym – bo lewicy w tym Sejmie nie ma – posłom i posłankom o zachodnich zjawiskach, które dla ciemnego polskiego ludu pozostają kosmiczne: prawach reprodukcyjnych, świadomym rodzicielstwie i przerywaniu ciąży na życzenie.

Jeśli ktokolwiek liczył na coś więcej niż puste gesty i gadaninę, najzwyczajniej nie umie liczyć do 460. Wejście w życie w tym składzie Sejmu takiej ustawy byłoby bowiem fikcją nie z rodzaju spotkania gadającego karpia – ale takiego, co jeszcze wali się młotkiem w łeb, panieruje i kładzie na patelnię.

Problemem lewicy w obecnych smutnych czasach jest nie to, że znalazła się w dupie – ale to, że zaczęła się w niej urządzać. Świadectwem czego przekonanie o konieczności bronienia za wszelką cenę rzekomego „kompromisu” aborcyjnego.

Według danych Ministerstwa Zdrowia w 2015 r. w Polsce przeprowadzono jedynie 1040 legalnych aborcji. 996 ze względu na uszkodzenie płodu, 43 z powodu zagrożenia życia matki, a jedną (!) wskutek gwałtu. Według szacunków organizacji pozarządowych, opierających się m.in. na tym, ile aborcji przeprowadza się w podobnie zaludnionej Hiszpanii – liczba realnie usuwanych przez Polki ciąż wynosi rocznie grubo ponad 100 tys. O utrzymaniu jakiego kompromisu więc tu mowa? Takiego, że i tak w razie wpadki przeciętna polska kobieta musi zapierdalać na skrobankę na Słowację albo ryzykować i szukać konowała w kraju? To tego tak warto bronić, żeby przypadkiem PiS nie zaostrzyło przepisów i ledwie tysiąc kobiet rocznie nie znalazło się w jeszcze głębszej dupie niż jest?

 

*

Kaczyński powinien udławić się całkowitym zakazem aborcji. Niech zgwałcone Polki pozują do zdjęć z wydętymi brzuchami i fruwają skrobać się za granicę. Oby dzień i noc media nadawały łzawe reportaże o nastolatkach zaciążonych z własnymi ojcami i zmuszonych przerwać naukę celem oddania się matkowaniu. Bezmózgie zaś dzieci niech zbierają na respirator, śliniąc się w telewizjach śniadaniowych. Niech przyglądają się temu polscy biskupi i wciskają ludowi kit o cudach narodzin i o tym, że Bóg jest wszechmocny.

A taksówkarze niech wędrują do pierdla za podwożenie ciężarnych. Tylko powszechny gniew społeczny na skurwysyństwo tej skali naruszyć może raz na zawsze ów mityczny „kompromis”, który przez 25 lat istnienia uderzył w miliony polskich kobiet, chcących usunąć ciążę tak po prostu – bo im bachor zwyczajnie nie pasował.

Brak wypracowania spójnego przekazu przez skompromitowane głosowaniem PO i Nowoczesną stworzył ponadto szanse na budowanie kapitału przez opozycję pozaparlamentarną, w tym Razem i SLD. Po pogonieniu starego kierownictwa, które w kwestiach światopoglądowych przez lata dawało dupy po całości, Sojusz ma wreszcie okazję choćby w części spróbować odzyskać zaufanie elektoratu. Partia Razem, inicjator „Czarnego protestu”, zyskuje zaś paliwo do atakowania na kolejnych manifestacjach i PiS-u, i opozycji. Jednych wyzywać może od talibów, a drugich od zdrajców.

Byłoby rzeczą wspaniałą, gdyby PiS walczyło na noże na wielu frontach, w tym z własnym ultrakatolickim skrzydłem. Tłumaczyć by się musiało, dlaczego trudniejsze od antyaborcyjnej ustawy przepycha przez Sejm kolanem i nocą, a tej jakoś nie potrafi.

„To pytanie było tak skombinowane, że w odruchu wszyscy nacisnęliśmy »czerwone«. Okazuje się, że w skutek wewnętrznego zaprzeczenia trzeba było nacisnąć, że »tak«. Żeśmy się pomylili” – bredziła na antenie Radia Maryja Krystyna Pawłowicz, którą dzień po głosowaniu „Nasz Dziennik” wymienił na pierwszej stronie w kontekście zdradzieckiego proaborcjonizmu. I zrzucała winę na marszałka Kuchcińskiego, który według niej źle sformułował pytanie.

„Biorę to na klatę. Wyzywajcie mnie. Jak ktoś chce bardzo, niech przyjdzie, da mi w mordę i ulży sobie” – łkała.

I oby kiedyś w mordę dostała – najlepiej wprowadzeniem w Polsce takiego prawa, które faktycznie będzie aborcyjnym kompromisem: kto chce, niech rodzi, a kto nie chce, niech się skrobie do woli.

 

MICHAŁ MARSZAŁ

Wasze komentarze 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Słaby artykuł. Po pierwsze – jeżeli wierzy Pan w to iż na ustawie pro/antyaborcyjnej można dziś zbudować kapitał polityczny, to jest Pan w BŁĘDZIE. Do głosu dochodzi dzisiaj pokolenie „Y”, pokolenie „X” siedzi w robocie w UE i ma w dupie to czy w Polsce można się legalnie skrobać czy nie. Pokolenie „Y” jak się będzie chciało wyskrobać to weźmie komórkę, ustali wszystko przez Internet, wsiądzie w pendolino i pojedzie do Berlina czy Pragi na umówioną usługę skrobanki. Po drugie – SLD w oczach pokolenia „Y” to są leśne dziadki. Sorry ale tak jest. Pokolenia „Y” nie obchodzi to kto komu ciągnie lachę w domu tylko jak przestać być ruchanym w dupę przez Państwo Polskie – a to ruchanie polega na płaceniu ZUS-u na mityczną emeryturę, której pokolenie „Y” nie dostanie. To płacenie składek na NFZ podczas gdy i tak trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne aby w przypadku nagłego ataku wyrostka nie stać 3 lata w kolejce. To płacenie podatków czyli karanie ludzi, za to że są wykształceni i chcą zarabiać więcej, a podatki te idą na finansowanie dzieciorobów – przecież życie w Polsce jest dziś zajebiście proste – Seba bierze Dżesikę i płodzą się jak króliki. Szybko naruchają sobie 6 dzieciaków i już mają 2500 miesięcznie do kieszeni. Ponieważ on nie pracuje (legalnie), ona nie pracuje – więc dochodzi opieka socjalna – uwaga – 500+ nie wlicza się do dochodu czyli jest to uboga rodzina wielodzietna. Należy się zasiłek socjalny w wysokości 800 pln miesięcznie, mieszkanie socjalne, ubranka dla dzieci z opieki społecznej, paczka bożonarodzeniowa z parafii itd. I tak przez 18 lat. A jak brakuje – to dawaj następnego bachora albo dwa a przy okazji dorobię sobie na czarno na budowie. Pod tym względem obecne pokolenie 30 – 40 latków które gryzło beton korporacyjny, pluło sobie w oczy, znosiło upokorzenia ze strony kierowników, dyrektorów, polityków bo odmówiło sobie rodziny aby GODNIE żyć, ma 1 dziecko, albo wcale, obecnie czuje się WYRUCHANE W DUPĘ. Po chuj było się uczyć, dorabiać, walczyć o pozycję skoro za to wszystko teraz przypierdolą 32% podatku a taki Seba sobie żyje, państwo płaci na niego i ma w dupie cały świat. Kurwa, czy tego na prawdę ŻADNA PARTIA TEGO NIE WIDZI?

    • Partie od Lewa do Środka muszą w końcu zrozumieć – że z legalnie pracujących i zarabiających zrobiono totalnych FRAJERÓW. I ludzie to powoli widzą. Kukiz na tym właśnie zbił kapitał polityczny – na wkurwionych. Ale jego ogień został wyssany i zgaszony przez Młodzież Wszechpolską.