Motto tygodnia: Fantastyczne! Antoni i jego wojska cybernetyczne…

Autor
Michał Marszał

Honor w szatni

numer 41/2017

O tym, czy często się uśmiecha, z czego się najbardziej cieszy i czy jest komunistycznym pezetpeerowskim karłem, który jest przefarbowany na SPP, „NIE” rozmawia z JANEM RODZENIEM, dyrektorem Klubu Księgarza w Warszawie.

 

– 9 lat temu reporterka Telewizji Puls przeprowadzała na Krakowskim Przedmieściu sondę uliczną na temat poczucia humoru Polaków. Zaczepiła przypadkowego mężczyznę, a temu najwyraźniej nie było do śmiechu. Stwierdził – cytuję – że Jan Rodzeń to durny idiota, że ma go w dupie, chętnie by go pobił…

– I tak dalej, i tak dalej.

 

– Owym wkurzonym przechodniem był podobno Grzegorz Szelwach, historyk literatury i idei, doktor nauk humanistycznych ze specjalnością w dziedzinie literatury romantyzmu. Co takiego nieromantycznego mu Pan zrobił?

– Któregoś dnia latem 2008 r., a wówczas na dole Klubu Księgarza była jeszcze szatnia, do naszej pracownicy, pani Krysi, ustawiła się kolejka. Wśród oczekujących był rzeczony doktor nauk. Problem z nim polegał na tym, że cały rok na spotkania autorskie zjawiał się u nas w jednym, nigdy nie pranym palcie. Był wtedy upał, pamiętam ponad 30 stopni, i czuć było to palto na parę metrów. Podbiegła do mnie pani Krysia, która już wówczas pryskała ciuch dezodorantami, bo nie byłaby w stanie w szatni wysiedzieć, i mówi: ten pan wszczął dziką awanturę, zaczął mnie wyzywać i grozić: „Ja tu jutro przyjdę z nożem i zrobię porządek”!

 

– Postraszył go Pan policją?

– Nie dałem rady, bo uciekł. Następnego dnia około 16.00 zjawił się u nas i czytał informacje na tablicy ogłoszeń. Podszedłem i powiedziałem, że mam troje świadków na to, że wczoraj wykrzykiwał groźby karalne, nie chcę go więcej w klubie widzieć, a jeśli się zjawi, to wezwę policję.

 

– Wyszedł?

– Wyszedł. I tak się złożyło, że 2 kilometry dalej dopadła go ta telewizja.

 

– Nagranie trafiło na YouTube, wyświetlono je prawie 2,5 mln razy, a doktor nauk stał się internetową gwiazdą.

– Wiedziałem, że mężczyzna jest, delikatnie mówiąc, niezrównoważony psychicznie. I co mogłem z tym zrobić? Ganiać się z nim po sądach? Pozwać telewizję, która to opublikowała? Nie miałem na to czasu, bo jestem tu w zasadzie sam od wszystkiego.

 

– „Widać, że wykształcony i porządny facet, a nie jakieś pseudo-pojeby, co chcą zgrywać inteligentów” – pisze pod filmem jeden z widzów. „Jestem fanem tego człowieka! Precz z czerwonymi świniami u koryta” – twierdzi drugi. I najwyżej oceniany komentarz: „Ten Jan Rodzyń to musi być niezła menda, żeby do takiego stanu doprowadzić Doktora Nauk”.

– Podobno nie jest ważne, jak mówią, byle nie przekręcali nazwiska, niemniej w moim wypadku mylono je notorycznie: Rodzyn, Rodzyń…

 

– Jak zareagował Pan, gdy zobaczył nagranie po raz pierwszy?

– Zdenerwowałem się, nie ukrywam, bo ludzie w kółko o tym mówili. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to był jak popularnie się mówi – wariat, machnąłem więc po pewnym czasie ręką.

 

– Jest Pan kojarzony z nazwiska? Rozdaje autografy?

– Trzecią dekadę prowadzę klub, większość ludzi ze środowiska literackiego mnie kojarzy. Ale nikt mnie w związku z filmem nie zaczepiał.

 

– Często się Pan uśmiecha?

– Często. Zawsze staram się np. kończyć nasze klubowe spotkania anegdotą.

 

– A z czego się Pan śmieje najczęściej?

– Najbardziej bawi mnie serial „Ranczo”. Mam nagrane wszystkie odcinki. Radość sprawiają mi też filmy Jacka Bromskiego, szczególnie seria „U Pana Boga…”. Gdy chcę zapomnieć o problemach, to sobie to włączam: znakomita obserwacja życia, wspaniale grane postacie, gotowe recepty na wszystko.

 

– Jest Pan komunistycznym pezetpeerowskim karłem, który jest przefarbowany na SPP?

– Nie jestem twórcą, w związku z czym nie jestem też członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. O swoich związkach z PRL chętnie opowiem, choć wątpię, by mówiąc te słowa, doktor nauk miał o mojej przeszłości jakiekolwiek pojęcie. W połowie lat 70. kierowałem Dzielnicowym Domem Kultury Ochoty i władze dzielnicy postanowiły stworzyć Dzielnicową Organizację Partyjną Pracowników Kultury. Szukano I sekretarza, trzeba było wykazać się 5-letnim stażem. Pierwsza kandydatura upadła, drugą był Jan Machulski, wybitny aktor i reżyser, znany choćby z roli w filmie „Vabank”. Janek był wspaniałym artystą, natomiast nie miał drygu do spraw organizacyjnych.

 

– I zwycięzcą został Pan?

– Tak. Trzeci w kolejce byłem ja.

 

– Od kiedy jest Pan dyrektorem Klubu Księgarza?

– 1 lipca minęło 30 lat. Przyszedłem tu na chwilę, żeby uratować klub przed zagładą. Miała tu powstać cukiernia. Zadzwonił do mnie Jan Przybysz, ówczesny dyrektor Domu Książki, i powiedział: pracujesz w ośrodku kultury za dwie osoby, a pieniądze bierzesz za pół. Przyjdź do mnie, zaktywizujemy to. Przyszedłem i dostałem 3 razy wyższą pensję, mimo że z dyrektora poważnej wojewódzkiej instytucji spadłem na kierownika klubu.

 

– Chwilo, trwaj.

– Co ciekawe, dobre czasy Klubu Księgarza zaczęły się od promocji „Alfabetu Urbana”. Za pieniądze od wydawcy starczyło nam na wypuszczenie na rynek jeszcze kilku tomików wierszy. Staramy się promować literaturę najwyższych lotów…

 

– A tu przyłazi Urban ze swoim „Alfabetem”.

– Pamiętam do dziś, że na promocji jego książki na żyrandolach były podczepione olbrzymie pęta kiełbasy i każdy mógł sobie urżnąć kawałek nożem. Na kasecie wideo mam nawet nagraną scenkę, jak Janusz Korwin-Mikke stoi i trzyma w jednej ręce kieliszek z koniakiem, a w drugiej banana. I w oczach widać wielką pracę umysłową, co zrobić, żeby nie odstawiając koniaku, zjeść tego banana.

 

– Poradził sobie czy stoi tam do dziś?

– Ząbkami, tak jak małpka.

 

– Kogoś obchodzą jeszcze dzisiaj książki ?

– Z moich obserwacji wynika, że czyta głównie spauperyzowana inteligencja. A olbrzymią rolę w tym, czy człowiek polubi literaturę, odgrywa pierwszy nauczyciel.

 

– W 2012 r. doktora nauk zaczepiła inna telewizja i spytała, czy coś jeszcze do Pana czuje.

– I co odpowiedział?

 

– Że już go Pan nie obchodzi. Ale stwierdził, że za to prof. Mikołaj Sokołowski, dyrektor Instytutu Badań Literackich i jego były zwierzchnik, prowadzi politykę na kształt Fidela Castro i…

– Doktora nauk spotkałem później tylko raz. Czekaliśmy razem na przystanku na autobus. Widział mnie, ale zachował kamienną twarz. Marnie wyglądał, chudy, zaniedbany. Jest to ewidentnie nieszczęśliwy człowiek i chyba zbyt często się dziś nie uśmiecha. Byłbym nawet gotów mu jakoś pomóc, ale nie wiem, gdzie przepadł. Policją go w każdym razie już nie będę straszył.

 

Rozmawiał MICHAŁ MARSZAŁ

Wasze komentarze 7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.