Motto tygodnia: Kubica rękę łamie. A Morawiecki? Jak zwykle kłamie.

Autor
L.

Harwardy Gowina

numer 40/2018

Koniec z uczelniami.

1 października weszła w życie niedawno podpisana przez prezydenta ogromna ustawa (ponad 400 artykułów, 199 stron druku) „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce”. Minister Jarosław Gowin i przyboczni zachwalają nowe prawo, obiecując złote góry. Za 5 lat najlepsze polskie uczelnie, dziś w czwartej setce rankingu światowego, mają awansować do pierwszej setki. Środowiska akademickie reagują ospale i sceptycznie. Studenci Uniwersytetu Warszawskiego w wigilię wejścia ustawy urządzili pogrzeb i powiedli w kondukcie trumnę z napisem: „Autonomia uniwersytetu i wolności akademickie”.

 

Wielki postęp małym kosztem

Według krytyków ustawy, która drastycznie wkracza w tradycyjny ład uczelniany, została ona zbudowana na dwóch złudzeniach. Pierwsze to nadzieja na osiągnięcie wielkiego postępu małym kosztem. Polska od dziesięcioleci skąpi na naukę i szkolnictwo wyższe. Plącze się pod tym względem w ogonie państw Unii Europejskiej.

Na radykalny wzrost nakładów się nie zanosi, m.in. dlatego, że polski przemysł w znacznym stopniu opanowały filie zachodnich koncernów. One nie inwestują w tutejsze zaplecze badawczo-rozwojowe, gdyż mają je w macierzystych krajach.

Gowin wpadł na pomysł, aby te skromne środki skupić w kilkunastu przodujących uczelniach i w ten sposób wyjść z dołka. Takie manipulacje nie rokują wiele.

 

Doświadczenie amerykańskie

Inne złudzenie wygląda jeszcze poważniej. Zmiany wprowadzane przez nowe prawo do struktur uczelnianych i akademickich oraz do dróg formowania kadry naukowej są wzorowane głównie na doświadczeniu amerykańskim. Tam te struktury formowały się w ciągu stuleci i funkcjonują zadziwiająco sprawnie. Pod dwoma wszak warunkami. Przy ogromnych nakładach na badania: państwa i przemysłu. Oraz przy niezwykłej elastyczności amerykańskich uczelni i instytucji naukowych, opartej na ich prawie absolutnej niezależności od państwowej biurokracji. W USA nie ma ministerstwa nauki, nie istnieje ustawa o szkołach wyższych ani państwowy, chroniony prawem system stopni naukowych. Cała organizacja opiera się na dobrowolnych porozumieniach i ustaleniach przodujących szkół wyższych oraz na ich autorytecie. Nawet system zwany u nas akredytacyjnym, czyli kontrola poziomu, tam opiera się na dobrowolnym porozumieniu uczelni. Również uczelnie publiczne, stanowe, korzystają pod tym względem z nieograniczonej autonomii. Te amerykańskie wzorce wprowadzane metodą biurokratycznego nakazu ustawowego i pod kontrolą urzędniczej biurokracji mogą z łatwością zmienić się w karykaturę. Zresztą takie niebezpieczeństwo sygnalizuje sama ustawa. Zawiera ona sporo przepisów w amerykańskich warunkach nie do pomyślenia ze względu na sprzeczność z logiką systemu. Rozbudowane zostały ogromnie kompetencje ministra, zwłaszcza wobec szkół niepublicznych, prywatnych. Tam one są nietykalne, tu ustawa i minister ustawicznie wkraczają w politykę personalną, mogą też zawieszać, anulować, stawiać w stan upadłości itp. Trochę mniej tej ingerencji w uczelniach publicznych, ale też wystarczająco dużo.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze 5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  • Wolskie osiagniecia „naukowe” tylko w dziedzinach teologicznych. Pierwsi na swiecie.

  • lada dzień będą mianowania „nadzwyczajnych” profesorów…

  • zamknąć ten cały burdel zwany szkolnictwem wyższy, jak ktoś chce kończyć studia albo pracować jako naukowiec nikt nie zabrania mu robić to w innych krajach. Po prostu szkoda państwowej kasy na „uczących się ” i „uczących ich” luzerów. Będzie jeden burdel mniej w III RP

  • Te cale uczelnie już obecnie, są jedynie atrapami, gdzie pozoruje się tylko działalność naukową. Pod rządami gówina i partii „pierdu i smrodu” będzie tylko coraz to zabawniej.Ja bym to wszystko zawierzył jakiemuś katolickiemu bożkowi, to wtedy nastąpi może jakiś cud dużego kalibru Jeśli ktoś chciałby to zreformować na poważnie, to najpierw należy się pozbyć tych wszystkich bab, specjalistek od nie wiadomo czego i pociotków pelętających się tam niewiadomo po c oi udających, że coś umieją albo wiedzą. Wszystkie tzw dziedziny humanistyczne do lock-outu.

  • Pojebane komuchy zwalczały analfabetyzm .Jeden z żyjących idiotów. Mam od niego przyzwolenie by go tak nazywać. Opowiedział o tamtych czasach.Na jednej ze wsi na ..zachodzie” uczył chłopskie umysły. Z chwilą ,gdy się jeden z drugim nauczyli składać litery to został wystartowały donos na tegoż nauczyciela do UB.Światły u-bek podpowiada zrób klasowe to będziesz wiedział kto.
    Teraz mamy takich na pęczki. Pokolenie ciemniaków na ministerialnych stołkach.