Motto tygodnia: PiS się nie patyczkuje, idzie na całego – aresztowano Gawłowskiego.

Autor
M.Z.

Gowiniarstwo

numer 4/2018

Agenci Służby Bezpieczeństwa na uczelniach? Bzdura.

Do tej pory ustawa o szkolnictwie wyższym nie nakładała na naukowców obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych. Jeśli na jaw wyszedł fakt współpracy ze służbami PRL, mogło to mieć konsekwencje moralne i zmniejszać szanse wyborcze do ciał akademickich, ale wpływu bezpośredniego na formalną sytuację prawną i karierę naukową nie miało. Jak informuje portal Tvp.info, teraz to się zmieni. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamierza wprowadzić „rewolucyjne zmiany”; projekt ustawy przewiduje nie tylko obowiązek składania oświadczeń lustracyjnych, ale też srogie konsekwencje w przypadku negatywnego wyniku lustracji. Naukowiec, któremu zostanie udowodniona „praca lub współpraca”, nie będzie mógł pełnić funkcji publicznych. Projekt ustawy dokładnie określa, o jakie funkcje chodzi. Naukowcy „z przeszłością” nie będą mogli być rektorami, prorektorami, dziekanami, prodziekanami ani kierownikami katedr. Zabronione będzie także pełnienie funkcji kierowniczych w Polskiej Akademii Nauk czy Polskiej Komisji Akredytacyjnej oraz praca w roli ekspertów tych instytucji.

Trudno pojąć, czym kierował się minister Jarosław Gowin, inicjując tę wzmożoną lustrację w nauce. Może chciał podlizać się swoim pisowskim mocodawcom. Może złe towarzystwo tak na niego wpłynęło. Partie posolidarnościowe nie grzeszą nadmiarem rozsądku. Ale Gowin, gdy przez lata należał do tej nieco rozsądniejszej PO, takich pomysłów nie zgłaszał. Tak czy owak ta lustracja, połączona z dezubekizacją to zamysł dziwaczny i jak na ministra od nauki wyjątkowo niemądry, mówiąc najoględniej. Z wielu powodów.

Po pierwsze, całkowicie zbędny. Wśród pracowników nauki byli funkcjonariusze i współpracownicy służb specjalnych trafiali się rzadko, byli nieliczni. Zaś w 30 lat po zmianie ustroju mogą to być już tylko pojedyncze osoby. Problem zbyt marginalny, aby z tego powodu psuć systemowe regulacje pragmatyki personalnej szkolnictwa wyższego i nauki.

Po drugie, logika tej propozycji dezubekizacyjnej jest dziwaczna. Według niej Andrzej Olechowski, który nigdy nie krył współpracy z wywiadem PRL, gdyby był profesorem, nie mógłby zostać kierownikiem katedry. Bez przeszkód jednak piastował funkcje ministra, a w 2000 r. kandydował na urząd prezydenta i w głosowaniu powszechnym uzyskał poparcie trzech milionów wyborców. Tego Gowin nie byłby w stanie mu zakazać bez zmiany konstytucji.

 

Całość na łamach

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.